środa, 8 listopada 2017

"Światło i postęp wśród nas się szerzy, a najwięcej przyczyniają się do tego kobiety". List o kobietach kurpiowskich z 1901 roku

W czerwcu 1901 roku na łamach „Gazety Świątecznej” ukazał się list Piotra Kaczyńskiego z Dylewa, dotyczący kobiet kurpiowskich. Ten cenny list postanowiłem przedrukować w całości, bowiem to ciekawy dokument pokazujący jak ów znany działacz ruchu ludowego widział kobiety i ich rolę w życiu codziennym.


List Piotra Kaczyńskiego to część cyklu, który zainspirowała „Gazeta Świąteczna” w 1901 roku. Początkiem dosłownej lawiny listów jakie doszły do redakcji czasopisma były artykuł niejakich Antoniego J. i M. Sitko z marca 1901 roku. Sitko w liście pt. „Nieprzyjaciółki światła” pisał m.in.: „My gospodarze po wsiach, potrochu i coraz to bardziej dochodzimy do przekonania, że Gazeta mogłaby nam być najlepszym doradcą w życiu i że stosując się do jej rad i wskazówek moglibyśmy zapewnić sobie spokój i dobrobyt. Ale baby nasze! Gdyby nie to, iż wiem, że Pisarz Gazety nie lubi rozwlekłych listów, o! rozpisałbym się szeroko o tem, jakiemi wrogami i nieprzyjaciółkami wszelkiej nauki są nasze wiejskie gosposie”.

Redakcja Gazety pytając czy ktoś nie weźmie w obronę tak atakowanych kobiet, doczekała się prawie setki listów, z których zaledwie część została wydrukowana, w tym m.in. list Kaczyńskiego. O tym co ów znany Kurp sądził o kobietach zamieszkujących Puszczę, najlepiej przemówi on sam. Oto treść listu (zachowano pisownię oryginalną):

Z Puszczy Kurpiowskiej, w gubernji łomżyńskiej.

Od lat kilku czytuję w Gazecie z wielką przyjemnością listy z różnych okolic i miałem chęć podać również jaką wiadomość z naszej okolicy; wahałem się jednak, bo słabo umiem pisać. Ale kiedym przeczytał w Gazecie list o nieprzyjaciółkach światła, to mię skłoniło do wystąpienia w obronie tych białogłów. Przytem chcę i o czem innem skreślić słów kilka. 

Otóż co się tyczy kobiet naszych, po wielkim namyśle postanowiłem i ja dać im przydomek, tylko zupełnie przeciwny temu, jaki otrzymały od Antoniego J. i M. Sitki. Oni nazwali je nieprzyjaciółkami światła i nauki, ja zaś nazywam je przyjaciółkami światła i nauki. Sam zdrowy rozsądek przyznać mi każe, że u nas tak jest. Gdyby kobiety nasze były nieprzyjaciółkami światła, tobyśmy na naszej puszczy wszyscy już zbydlęcieli, bo któżby nas nauczył tej modlitwy Pańskiej „Ojcze nasz, któryś jest w niebie"? Któż dziecię trzy lub czteroletnie prowadzi za rączkę do świątyni Pańskiej i wskazuje mu tam ubożuchny przybytek Chrystusa Pana utajonego w Najświętszym Sakramencie? Kto zanosi gorące modły przed tron Boga za dzieckiem chorem, cierpiącem? To matka! Na 10 tysięcy ludności mamy tu jedną tylko szkołę, 12 łokci długą, 8 łokci szeroką, a jednak ze świecą nie znajdzie u nas dziecka 12-letniego, któreby nie umiało dobrze czytać. Komuż to zawdzięczać? Matce, nie komu innemu. Gdyby matka nie była przyjaciółką światła, to cóżby sprzyjanie ojca pomogło? Ojca noc do chaty przypędzi, a dzień wypędzi, a matka od nocy do nocy mozoli się z dzieckiem. Świadkiem jestem, że w naszych stronach zazdroszczą sobie matki, gdy której dziecko lepiej może czytać lub pisać. Taka, której dziecko mniej umie, woła wtenczas na męża: 

- A niedbałku! a taki, a owaki! Patrzaj, Mateuszów chłopak to już i pisać może, a twój to będzie chodził jak nieuk? Cóż on ci powie, jak urośnie? Powie, że miał niedbałego ojca!

Znam kilka kobiét, które mają mężów nieuczonych, nie umiejących czytać; te prosiły, aby za każdym razem, gdy będziemy się schodzili do czytania Gazety lub książki, wołać razem i ich mężów, żeby chociaż posłuchali, co się czyta. A kiedy której zachoruje dziecko lub nawet coś z żywiny, to zaraz śpieszy do takiego sąsiada, który czytuje Gazetę, i radzi się, co ma począć. Miałem takie zdarzenie: Jednemu znajomemu zachorowało dziecko na chrypę i na trzeci dzień umarło. Po śmierci tego, zachorowało drugie. Wtedy matka owych dzieci przychodzi do mnie i opowiada ze łzami o swojem strapieniu. Radzę jej, rozumie się, żeby nie zwlekała, tylko co tchu śpieszyła do doktora, a ona na to rzecze: 

- Mówili mi ludzie, że w takiej chorobie to niepodobna dziecka leczyć, bo doktor rozrzyna cały brzuszek i dopiero tam lekarstwem smaruje. Ale nie wierzyłam temu, tylko mówiłam: Pójdę do Piotra, to on mi prędzej co doradzi; on czyta Gazetę i różne książki, to nie wprowadzi mnie w błąd. 

I na tę samą chorobę zachorowało jej jedno po drugiem troje dzieci, i wszystko troje doktor uratował. Więc ta kobieta tyle nabrała przekonania do Gazety, że gotowa cały rok chodzić boso, a ostatnie trzy ruble oddać mężowi na opłacenie Gazety, byle tylko ją chciał czytać. 

Lud na Kurpiach nie jest zamożny; zaledwie dwóch albo trzech takich znajdzie się w wiosce, którzyby mieli kilkaset rubli złożonych; i to tylko tacy, którzy z dawnych lat zaoszczędzili, lub po rodzicach odziedziczyli, a żadnych spłat ani nieszczęść nie mieli. Teraz w każdej wiosce prawie połowa jest takich, którzy choć nie mają grosza zaoszczędzonego, ale mogą, jak to mówią, brzeg do brzegu dociągnąć i sypeł zawiązać; z pozostałych zaś połowa od jednego bierze, drugiemu oddaje, i tak biedę pcha; a reszta, to można rzec, że tylko dogorywa i szuka zarobku w dalszych okolicach, albo zagranicą. To też wychoctwo tak się tu rozpowszechniło, że nawet tacy, co nie potrzebują, co mogliby na swojem pracować, także idą w świat za innymi. Jak tylko Bóg da wiosny doczekać, to gromadami idą ztąd ludzie do Prus lub gdzieidziej; jedni, aby zaspokojić głód, okryć nagość, opłacić podatki, drudzy bez potrzeby. W domu nieraz na 15, 20 lub 30 morgach pozostaje dwoje staruszków, co gorsza, często z dwojgiem lub czworgiem małych dzieci; można więc sobie wyobrazić, ile się oni napracują i jaki skutek tej ich pracy. Wyglądają kilku rubli od syna lub córki to na podatek, to na chleb lub kasę, to na robotnika, i tak przez całe lato. We wrześniu wreszcie lub w listopadzie schodzą się synowie i córki do pracy ojcowskiej. Ale jaki ich powrót? Boże odwróć! Kieszenie najczęściej mają puste, ale niejeden obsypany jest grzechami, jak nędzarz wszami. I używa przez zimę ośmioro lub dziesięcioro tego, co dwoje staruszków pracą swą przysposobiło. Niejeden nie doczeka owego zarobku zagranicą, albo nie dojdzie do domu i ginie marnie jak zwierz, nie jak człowiek. I w tym roku był taki wypadek na granicy w Dąbrowach. Dwóch zostało śmiertelnie postrzelonych; odwieziono ich do szpitala do Chorzel. 

Może kto zapyta, dlaczego niektórzy zdawna mogą mieć jakiś grosz w zapasie, a dziś prawie nikt nie może nic zaoszczędzić? Otóż postaram się to w krótkości wytłómaczyć. Najpierw przed trzema, a nawet jeszcze przed dwoma dziesiątkami lat ziemia dawała tu daleko lepsze plony, bo gleba prawie w połowie była nowo wyorana. Rodziło się najlepiej proso, gryka i kartofle. Powtóre, ceny zboża i żywiny były znacznie wyższe, bo i w dalsze strony można było wywozić nietylko zboże, ale i bydło, i konie, i świnie, i drób'; więc który gospodarz był skrzętny, nie leniwy, i nie brak mu było oleju w głowie, to mógł sobie w kilka lat znaczne pieniądze złożyć. 

Teraz granica zamknięta, więc ceny spadły, przytem ziemia się wyczerpała, proso i tatarka nie chcą się rodzić, fabryk ani przemysłu żadnego niema, miasta handlowe daleko, a dróg bitych w naszej okolicy niema, więc stała się bieda i niedostatek. Zdawało się, że Bóg zesłał tę klęskę za grzechy na cały świat, aż tu dowiadujemy się z gazet, że w innych okolicach nie tak źle jest, jak u nas, bo ludzie daleko lepiej sobie radzą. Więc i my teraz chciwie się bierzemy do czytania, oświecamy się i już lepiej nam się wiedzie. Grunta piasczyste, które mieliśmy prawie za nic, teraz najlepiej nam się opłacają, bo siejemy łubin, a na łubinie żyto doskonale się rodzi. Sprowadzamy nasiona warzyw, marchew pastewną, buraki, seradelę, koniczynę, i wszystko nieźle nam się udaje. A największy plon zbieramy z czytania. Miłość i ufność wzajemna jakby z pod ziemi wyrasta; ustają kłótnie, swary, obmowy. Przed kilku laty, gdy się trafiło być w sądziie gminnym, to aż ściany pękały od tłumu ludzi, a to wszystko za wymysły, za potwarze, za szkodnictwo; ten temu zaorał, ten temu zasiał; tam kumy, czy sąsiadki podarły się o własne dzieci, o kury, lub świnie. A dziś, Bogu dzięki, po sądach o byle co się nie włóczą, więcej sobie wierzą, sąsiad sąsiada w potrzebie i bez rewersu poratuje kilku rublami. Wogóle w głowach się ludziom rozjaśniło, w zabobony nie wierzą i nie pozwolą się już wyzyskiwać ani oszustom, ani spekulantom, ani nikomu innemu. Słowem, światło i postęp wśród nas się szerzy, a najwięcej przyczyniają się do tego kobiety. One i dzieci dobrze wychowują, i nas, dorosłych zachęcają do nauki, do pracy nad sobą samymi. 

Czytelnik Piotr Kaczyński.

Źródło: "Gazeta Świąteczna", 1901, nr 1069.

Oprac.: Łukasz Gut

czwartek, 14 września 2017

"Nie masz podobno i jednego Kurpia, żeby tam nie był". Pielgrzymki Kurpiów na Jasną Górę 1864-1939

„Nie masz podobno i jednego Kurpia żeby tam nie był”

„Mówiąc o pobożności Kurpiów, pominąć nie można owego zapału do pielgrzymek na święte miejsca. Nie mając u siebie kościoła wsławionego cudami, szukają go w innych stronach”. To słowa z 1868 roku, które tłumaczyły ów zapał Kurpiów do pielgrzymowania. W dzisiejszym tekście opowiedzmy trochę o dawnych peregrynacjach do Częstochowy, bo jest i o czym.


Kiedy Kurpie rozpoczęli pielgrzymowanie na Jasną Górę, nie sposób dokładnie odpowiedzieć. Znawca tematu, Szczepan Zachariasz Jabłoński ZP łączy tę kurpiowską tradycję z czasami „potopu” szwedzkiego, kiedy mieszkańcy puszczy włączyli się w walkę ze Szwedami. Wiemy na pewno, że po powstaniu styczniowym, a szczególnie na przełomie XIX i XX wieku Kurpiów w Częstochowie zauważali coraz liczniejsi obserwatorzy. Korespondent „Przeglądu Katolickiego” już w 1865 roku pisał, iż „ten lud (…) ma wielką pobożność do Matki Boskiej Częstochowskiej, stąd jak już się ociepli, to już ciągną kompanje dosyć liczne do Częstochowy, tak że nie masz podobno i jednego Kurpia żeby tam nie był”.

(Kurpie na Jasnej Górze. Fot. prawdopodobnie z 1937 roku.)
Skowronki odpustowe

Rzeczywiście, obecność mieszkańców regionu wśród „kompanji” zauważyła prasa. Nazywano ich „skowronkami odpustowemi”, gdyż jako pierwsi z ludu polskiego corocznie odwiedzali Jasną Górę na Wielkanoc, a czasami również na Zesłanie Ducha Świętego. Jak notował jeden z publicystów w 1882 roku, „przychodzą oni w Wielki Wtorek lub Środę, boso, nie zważając nawet na mróz i śnieg, i dnie świąteczne przepędzają w Częstochowie”. Kurpie nie tylko bywali pierwszymi pielgrzymami na Jasnej Górze, ale także ostatnimi. W 1884 roku „Kurier Warszawski” donosił, że Częstochowa z okazji nabożeństwa odpustowego w dniu Wszystkich Świętych zaroiła się po raz ostatni w roku tłumem pobożnych, a wśród nich wymieniona została również „kompanja kurpiów z łomżyńskiego”. Szczególnie ok. 1900 roku coraz liczniej trafiamy na opisy Kurpiów jako pierwszych przedstawicieli „ludu włościańskiego” w Częstochowie. Zwyczaj peregrynacji na Jasną Górę w okresie Wielkanocnym utrzymał się także po I wojnie światowej w warunkach II RP. O tradycji sięgającej „niepamiętnych czasów” informował w 1939 roku jeden z warszawskich dzienników, a zamieszczona wyżej fotografia również pochodzi z okresu międzywojennego.


Co skłaniało naszych przodków do pielgrzymowania? Oprócz sprawy oczywistej, a więc ich wiary, swoją rolę odgrywało kultywowanie procesji niedzielnych, w których udawano się do kościoła parafialnego z krzyżem, chorągwiami, czasami także z obrazami. Do tego dochodził kult Matki Boskiej Częstochowskiej, najczęściej czczonej wśród wizerunków Madonny. Do podtrzymania tego kultu przyczynił się szczególnie ks. Stanisław Bosacki, który „szczególniejszą miłością pała ku Najświętszej Maryi Pannie w Obrazie Częstochowskim i miłość tę stara się wzbudzić w sercach swych parafian”. Starania ks. Bosackiego zaowocowały umieszczeniem kopii NMP z Jasnej Góry w kościołach w Myszyńcu w 1882 roku, w Krzynowłodze Małej w 1900 roku i w Kadzidle w 1902 roku. Powyższe czynniki skłaniały Kurpiów do udziału w pielgrzymkach, ale nie zawsze ich motywacje oceniano pozytywnie. Znany działacz ruchu ludowego na Kurpiach, Piotr Kaczyński z Dylewa pisał ironicznie w „Zaraniu” w 1913 roku, atakując pobożność swoich ziomków: „(…) w naszym ludzie takie jest mniemanie, że nie jest godzien imienia katolickiego ten, kto przynajmniej raz w życiu nie odprawi pielgrzymki do stóp Matki Boskiej Częstochowskiej pieszo, a w razie niemożności, to choć koleją".



Pielgrzymki w praktyce


Ruch pielgrzymkowy z całego Królestwa Polskiego (nie tylko z Kurpiowszczyzny) przybrał na sile po wydaniu ukazu tolerancyjnego przez cara Mikołaja II w 1905 roku. Tytułem przykładu powiedzmy tylko, że 15 sierpnia 1906 roku w uroczystościach poświęcenia jasnogórskiej wieży brało udział ok. 500 tys. pątników. „Skowronki odpustowe” z samej parafii Kadzidło na Wielkanoc tegoż 1906 roku przybyli w liczbie ok. 400 osób. W tym 240 osób przybyło wówczas od Warszawy koleją, a pieszych pielgrzymów naliczono 150. Relacje prasowe notują w zasadzie najczęściej pielgrzymów z parafii Kadzidło i Myszyniec, ale można znaleźć wzmianki chociażby o pątnikach z parafii Brodowe Łąki i Chorzele, którzy w 1896 roku przybyli na Jasną Górę w liczbie 160 osób po 12 dniach podróży.

Jak wyglądały w praktyce pielgrzymki mieszkańców okolic Myszyńca, Kadzidła, czy Brodowych Łąk? Piesze pielgrzymki trwały około dwóch tygodni. „Kompanja” rozpoczynając swoją wędrówkę ruszała z umówionego wcześniej miejsca, np. spod przydrożnego krzyża. Posiadała swojego przewodnika, którego zwano „ojcem” lub „ojczulkiem”. Jak pisał Adam Chętnik w latach 30., „za kompanją idą tabory wozów z płóciennymi budami”. Na wozach są zapasy, chorzy itp. Z powrotem zwykle wraca kompanja koleją, inni zaś wracają furami w parę tygodni później”. Wspomniany wyżej Kaczyński w artykule pt. „Nasza pobożność” kpił z „ojczulków” rzekomo zainteresowanych tylko ofiarami pątników i z tych ostatnich, zarzucając pielgrzymującym niechęć do ponoszenia kosztów na budowę potrzebnych szkół, a także religijną „straszną ciemnotę i fanatyzm”.


(Warszawski Dziennik Narodowy. R. 5, 18 kwietnia 1939.)
Tradycja i co dalej?


Dwa tygodnie na pielgrzymce musiały dawać oczywiście ważne przeżycia religijne, jak też wrażenia związane po prostu z podróżowaniem i poznawaniem innych regionów Polski, na co w innych warunkach nie zawsze, a raczej rzadko przecież mogli Kurpie sobie pozwolić. Tak np. w 1903 roku pielgrzymka licząca ok. 200 osób przeciągnęła przez Warszawę, gdzie pątnicy brali udział w nabożeństwie przed kościołem św. Floriana na Pradze, by później zwiedzać po drodze inne kościoły. Dodatkowo, ważnym elementem związanym z pielgrzymkami było nabywanie w Częstochowie obrazów, którymi Kurpie zdobili ściany domów, niejednokrotnie chyba przesadzając z ich liczbą, na co wskazywał wymieniany już Piotr Kaczyński. Obrazy w domu to nie jedyne co przywożono z Częstochowy. Jak zauważył Jacek Olędzki, spuścizną po pielgrzymkach na Jasną Górę były obrazy w feretronach. Feretrony z Częstochowy stanowiły zgodnie z badaniami tego wybitnego znawcy kurpiowskiej sztuki ludowej, pokaźną ich część.

Na zakończenie wypada stwierdzić, że tradycja pielgrzymowania do Częstochowy na Kurpiach trwa nadal, choć dzisiaj chyba nikt już nie nazywa mieszkańców regionu „skowronkami odpustowymi”, chyba głównie dlatego, że zdecydowana większość pielgrzymek trafia na Jasną Górę 15 sierpnia. Może warto powrócić do tradycji Wielkanocnej?

Bibliografia:
I.
Chętnik Adam, Kalendarzyk zwyczajów dorocznych, obrzędów i niektórych wierzeń ludu kurpiowskiego, Nowogród 1934.
Chętnik Adam, Krzyże i kapliczki kurpiowskie, „Polska Sztuka Ludowa”, 1977, R. 3, nr 1, s. 39-52.
Olędzki Jacek, Kultura artystyczna ludności kurpiowskiej, Wrocław 1971.
Jabłoński Szczepan Zachariasz, Jasna Góra. Ośrodek kultu maryjnego (1864-1914), Lublin 1984.
Jabłoński Szczepan Zachariasz, Ruch pielgrzymkowy na Jasną Górę w Częstochowie. Tradycja i współczesność, „Peregrinus Cracoviensis”, 1996, z. 3, s. 125-152.
II.
„Dzwonek Częstochowski”, 1903, t.5.
„Gazeta Świąteczna”, 1901, nr 1059.
„Kurier Warszawski, 1884, nr 306b; 1896, nr 97; 1903, nr 89.
„Przegląd Katolicki”, 1868, t. 6.
„Warszawski Dziennik Narodowy”, 1939, nr 106b.
„Zaranie” 1913”, nr 41.

Autor: Łukasz Gut

środa, 29 marca 2017

Wyrzeczysko. Kurpie i alkohol w drugiej połowie XIX wieku

„Kurpie przez długie lata pijali gorzałkę”. W ten sposób Adam Chętnik rozpoczął wątek alkoholu na Kurpiach w swej znakomitej pracy Pożywienie Kurpiów. Przez lata, czyli do 1857 roku. Wtedy to wiele zmienić miało tzw. wyrzeczysko, czyli uroczyste zaniechanie picia wódki.

W opracowaniach dotyczących Kurpiowszczyzny można znaleźć sformułowania jakoby Kurpie dotrzymywali od 1857 roku aż do wybuchu I wojny światowej wstrzemięźliwości. Misjonarze jezuici wizytujący Kadzidło mieli tak wpłynąć na Kurpiów, że stali się oni „moralniejszymi i pracowitszymi”, co podkreślał w dwa lata po wydarzeniach w Kadzidle Aleksander Połujański. Zanim postawili na wstrzemięźliwość, mieli żyć nędznie i leniwie, „a przyczyną główną takiego stanu było pijaństwo, na obszerną skalę praktykowane”. Jak podaje tradycja, w latach 40. i 50. XIX wieku Puszczę Zieloną nawiedzały klęski żywiołowe, kurczyły się lasy, co miało Kurpiów przekonać do wyrzeczenia się okowity. Wyrzeczysko stało się punktem odniesienia dla wielu ówczesnych moralistów, którzy podkreślali niemal wrodzone Kurpiom pijaństwo i zalety jakie wynikały z odstawienia alkoholu.


Korzyści miały być natychmiastowe. Korespondent „Gazety Codziennej” w artykule z lutego 1858 roku wyrażał się w tej sprawie jasno:
„Kurpie zaprzestawszy pić wódkę; podczas karnawału oddawali się więcej niż kiedykolwiek pracy i dlatego w r.b. nie było owych dawnych pijatyk, ani burd i bójek (…)”.

Uroczyste wyrzeczenie się wódki przez Kurpiów podobno pozytywnie przyjęli sami zainteresowani. W numerze czwartym czasopisma „Kmiotek” z 1862 roku trzej Kurpie z parafii Kadzidło, tj. Adam Sikorski, Michał Szatanek i Tomasz Kowalczyk opisali redaktorowi Kazimierzowi Góralczykowi sytuację po 1857 roku: 

„Bogu dzięki, już piąty rok jak u nas zaprowadził proboszcz wstrzemięźliwość od wódki i innych trunków upajających, i dzięki Opatrzności ślicznie się utrzymuje”. 

Wtórował parafianom kadzidlańskim Walenty Kowalczyk z Lipnik. W październiku tego samego 1862 roku opowiadał jak „wielce nam się oczy otworzyły w naszych gospodarkach (…)”. Przyznawał jednak, że abstynencja alkoholowa nie przychodziła łatwo i ciężko było zaprzestać dosłownego tonięcia w nałogu. Proboszcz parafii Kadzidło, ks. Tomasz Suski miał z kolei przekonywać jakoby Kurpie modlili się za tego „kto wynalazł wstrzemięźliwość”. 



Czy jednak Kurpie dotrzymali na dłużej abstynencji? Czy wytrwali w powstrzymaniu się od alkoholu przez sześćdziesiąt lat? 22 stycznia 1863 roku wybuchło powstanie styczniowe. Kurpie tradycyjnie już wzięli udział w walkach, cenieni szczególnie jako strzelcy, których oko rzadko miało zawodzić, a także jako przewodnicy po lesistym terenie, nadającym się do prowadzenia charakterystycznej dla styczniowego zrywu wojny partyzanckiej. Major Władysław Brandt, organizator powstania na terenie Puszczy Zielonej, pisał już 10 lutego w optymistycznym tonie: „Całe Kurpie nasze, duch dobry”. Kurpie pomagali powstańcom w codziennym życiu, m.in. zaopatrując ich w żywność. Szczegóły powstańczego jadłospisu podał w swych pamiętnikach żołnierz z oddziału Brandta, Konstanty Borowski: 


„(…) każdy prawie żołnierz miał zawsze w torbie kawałek chleba, mięsa lub sera; przynosili bowiem do oddziału ludziska z poblizkich wiosek produkty i dawali je powstańcom darmo. Nawet i wódkę przegotowaną z miodem (krupnik) przynosili nam kurpie, ale za wódkę samiśmy płacili”. 


Kurpie nie dorobili się chyba jednak na sprzedaży wódki, bo jak sam Borowski dodawał, wódka była wówczas bardzo tania. Nie wiadomo czy ówcześni mieszkańcy Puszczy wódkę jedynie posiadali czy mimo przyrzeczenia z 1857 roku również sami pili. Kurpie chyba jednak solidnie wypełniali przyrzeczenie, skoro w latach 1858-1869 według statystycznych zestawień na terenach puszczańskich miało dojść „tylko” do trzech zabójstw, co według autora artykułu z „Gazety Rolniczej” (1870) było widocznym osiągnięciem przestrzeganej sumiennie wstrzemięźliwości. W połowie lat 70. notowano, iż Kurpie nadal dotrzymują „wyrzeczyska”, choć z wyjątkami. Mieszkańcy okolic Myszyńca nie pili wódki, ale piwo owszem, „a od wielkiego święta i barbara (bawara)”. Rysy na kurpiowskiej wstrzemięźliwości zaczęły pojawiać się w latach 80. XIX wieku. Przynajmniej wtedy zaczęto wyraźnie o tym pisać. 



Głód na Kurpiach jaki pojawił się na przednówku 1881 roku i rozpaczliwe w związku z tym warunki życia, doprowadziły jak się wydaje do rozluźnienia obyczajów. Prowadzona od kwietnia akcja filantropijna z pewnością ulżyła nieco doli Kurpiów, ale potrzeby przerastały ofiarowaną pomoc. Czy głód i bieda jakie dotknęły i tak przecież niezamożnych mieszkańców puszczy myszynieckiej, wywarły wpływ na powrót do popijania okowity? Adam Chętnik był przekonany, że zmiany uczyniła dopiero I wojna światowa, która „zrobiła wyłom, a potem zupełny przewrót. Kurpie zawrócili do gorzałki (…)”. Wydaje się, że ów wyłom nastąpił wcześniej.
("Gazeta Świąteczna" 1888, nr 379)
W obszernym liście jaki ukazał się w listopadzie 1881 roku w „Gazecie Świątecznej”, Franciszek Pieńkos, gospodarz z Brodowych Łąk, omawiał lokalne działania i zwrócił uwagę na kwestię alkoholu. Przypomniał w sposób barwny o dawniejszym wyrzeczeniu się wódki, jednocześnie ubolewając, iż młode pokolenie „śpieszy do szynków na bawara, a nareszcie dochodzi do rozpusty i poniewierki przykazań Bożych”. Jeden z piszących z parafii Turośl podobnie skarżył się na młodzież, która „wraca do tego obrzydliwego trunku, jak muchy do miodu”. To co tyczyło się młodzieży w Brodowych Łąkach i Turośli, nadal według niektórych z korespondentów miało być wyjątkiem. Mieszkaniec Kadzidła w 1882 roku choć zapewniał jakoby „pijaka nigdzie we wsi ani na pokazanie”, to dodawał jednak półgębkiem: „Toć nie bez tego, żeby czasami nie przyszła chętka komu w tej albo innej wsi do przemytnięcia okowity z zagranicy, gwoli zarobku”. Zapewniał jednak stanowczo, że chodziło tylko o zarobek. Sam przemyt okowity kończył się czasami źle, jak historia pewnego Kurpia ze wsi Leman, który w marcu 1888 roku został znaleziony zamarzniętym z wódką pod ręką, gdy przeprawiał się przez granicę z Prusami. 

Obyczaj wstrzemięźliwości psuć miała więc młodzież, tym bardziej, gdy ruszyła na emigrację, zarówno czasową (Prusy), jak i stałą (Stany Zjednoczone). Ci, którzy wracali, mieli gorszyć miejscowych, co Adam Chętnik ujął treściwie: „Z Ameryki przychodzi tylko złoto i obok niego często zepsucie obyczajów i rozwiązłość”. Dodajmy również: przychodził alkohol, a konkretnie obyczaj picia wódki i piwa. Dominik Staszewski pisząc w 1902 roku o kurpiowskich obyczajach zauważył, że wódkę piją młodzi, szczególnie Ci, którzy wrócili z Ameryki, przynosząc w ten sposób demoralizację (nie tylko zresztą w tej dziedzinie) na tereny puszczańskie. Piciu piwa i wódki miały sprzyjać istniejące w niektórych miejscowościach karczmy gromadzące stałych bywalców. Karczmy takie powstawały również po wyrzeczysku, np. w Dylewie ok. 1890 roku. Przytoczmy dłuższy ustęp z korespondencji zamieszczonej w „Echach Płockich i Łomżyńskich” (1899), oddający znakomicie nastroje światlejszych mieszkańców Kurpiowszczyzny:

„Pomimo ogólnej biedy, stracić kilka złotych w szynku wydaje się niejednemu z naszych gospodarzy drobnostką. (…) Nęci również szumna nazwa „restaurant”, którą przybrały dawne szynki: 

Piękna nazwa restaurant
każdy dąży wieśniak i pan
i mieszczanie i strażnicy.
I chłop z torbą, z nad granicy
woła: piwa, funt kiełbasy –
dziś na chłopa dobre czasy…
Chociaż w domu licha strawa,
Jak jest za co wypić – sława!
"

W ówczesnych karczmach popijano nie tylko wódkę, ale przede wszystkim wspomnianego już „bawara” , czyli tzw. piwo bawarskie, które po wyrzeczeniu się wódki stało się ulubionym napojem Kurpiów. Chętnik widział związek pomiędzy wyrzeczyskiem a „bawarem” w tym, że ten ostatni trunek „gmerał” w głowie, do czego niejeden miał tęsknić. 

Głód z 1881 roku, emigracja zarobkowa do Prus i Stanów Zjednoczonych, a także I wojna światowa wydają się być wydarzeniami, które przynajmniej pośrednio wpływały na wzrost spożycia alkoholu w Puszczy Kurpiowskiej. O picie wódki oskarżano młodzież, przy czym starsze pokolenie miało dotrzymywać wyrzeczyska z 1857 roku. Tak czy inaczej, alkohol na Kurpiach w XIX wieku był obecny, a gdy bywało gorzej, wtedy i alarmowano o wzroście spożycia. Po wielkiej wojnie też nie bywało lekko o czym przekonuje opis pióra Janusza Korczaka z 1918 roku. Zakończmy na tym powyższe rozważania: 

„Myszyniec. Miasto pograniczne. Rynek. Sklepy zrabowane, okna wybite, drzwi rozwalone. Już są spalone budynki. Mieszkańców prawie niema, Żydów wcale niema. Wozy wojennych obozów, konie, żołnierze piesi i konni”. 

Bibliografia:
I.
Borowski Konstanty, Na schyłku powstania styczniowego, „Biblioteka Warszawska”, 1914, t.1.
Chętnik Adam, Pożywienie Kurpiów, Kraków 1936.
Niedziałkowska Zofia, Kurpie. Bory ostrołęckie, Warszawa 1988.
Połujański Aleksander, Wędrówki po guberni augustowskiej w celu naukowym odbyte, Warszawa 1859.
Staszewski Dominik, Moralność i umoralnienie Kurpiów, Płock 1903.
II.
„Echa Płockie i Łomżyńskie”, 1899, nr 20.
„Gazeta Codzienna”, 1858, nr 65.
„Gazeta Rolnicza, 1870, nr 22.
„Gazeta Świąteczna”, 1881, nr 48.
„Gazeta Świąteczna”, 1882, nr 92.
„Gazeta Świąteczna”, 1888, nr 379.
„Gazeta Świąteczna, 1889, nr 469.
„Gazeta Warszawska”, 1863, nr 16.
„Gazeta Warszawska”, 1875, nr 180.
„Głos Żydowski”, 1918, nr 25.
„Kmiotek”, 1862, nr 4.
„Kmiotek, 1862, nr 45.
„Pamiętnik Religijno-Moralny”, 1862, t.10.

Autor: Łukasz Gut
Tekst pierowtnie ukazał się w magazynie "Kurpie".

środa, 8 lutego 2017

Kapliczki, krzyże i figury przydrożne, czyli rozmowa o dziedzictwie Kurpiowszczyzny

Przydrożnych krzyży, czy kapliczek ciągle nie brakuje na Kurpiach. Czy istnieje coś takiego jak kapliczka kurpiowska? Przydrożne krzyże, figury i kapliczki na naszym terenie wyróżniają się na tle innych takich obiektów w kraju?

Maria Weronika Kmoch, historyk, regionalistka: Na pewno warto podkreślić formę – wśród krzyży najczęściej spotkamy niskie, kute przez wiejskich kowali krzyże żelazne w kamiennych cokołach, charakterystyczne generalnie dla Mazowsza, Podlasia i Sulwaszczyzny. Wśród drewnianych krzyży na wyróżnienie zasługują wysokie z korunami (małymi krzyżykami na szczytach belek). Spotkamy je też na północnym Podlasiu, ale te kurpiowskie są świadectwem niesamowitego kunsztu twórców – nie znajdziemy dwóch takich samych, każdy wyróżni się wyszukaną formą. 

Jeśli chodzi o kapliczki, to na Kurpiach popularne są przedstawienia kłodowe, wykonane z jednego kawałka drewna z jakąś figurką w środku. Spotkamy tu też kapliczki słupowe (słup i kapliczka wykonane osobno), ale równie dobrze znajdziemy je w innych częściach Mazowsza czy Podlasia. Na Kurpiach przetrwały też kapliczki domkowe, które odnajdziemy też np. w Lubelskiem czy Rzeszowskiem. Forma kurpiowskich jest prostsza niż przedstawienia z innych regionów. Mamy też liczne przedstawienia figuralne św. Jana Nepomucena, charakterystyczne szczególnie w zachodniej części regionu (prosta figura na słupie, toporne ciosy statycznej postaci, oszczędność kolorystyczna), na pozostałym terenie mające formę figury w kapliczce.

Podsumowując, jeśli chodzi o typy przydrożnych obiektów sakralnych, to Kurpie wpisują się w specyfikę Mazowsza. Wyróżnia je jednak wyjątkowe zdobnictwo i liczba omawianych pamiątek. Dotyczy to oczywiście obiektów starych, choć i obecnie zauważyć można nawrót tradycyjnych form.


Czy podczas Twoich badań nad przydrożnymi obiektami sakralnymi w gminie Jednorożec niektóre z nich stanowiły część historii danej wsi? Mogłabyś podać jakieś przykłady, gdzie wiązały się z nimi jakieś historyczne wydarzenia?

Oczywiście! Kapliczki, krzyże i figury stawiano niejednokrotnie stawały się one świadkiem wydarzeń historycznych. Same też wystawiane były na pamiątkę ważnych zdarzeń, czy to dla fundatorów, czy dla całej społeczności wiejskiej. Przykładów jest wiele, podam 4 z miejscowości o kurpiowskich tradycjach.
W Parciakach stał kiedyś drewniany krzyż z 1866 r. W 1915 r. w jego pobliżu spotkali się dwaj żołnierze wrogich armii – carskiej i niemieckiej. Jechali konno, byli uzbrojeni. Nie rozpoznali jednak, że obaj są Polakami. Jeden z żołnierzy rozciął drugiemu głowę szablą, powodując natychmiastową śmierć. Poszkodowany został pochowany w pobliżu kościoła parafialnego. Przykład ten pokazuje z jednej strony tragizm I wojny światowej i walkę Polaków we wrogich armiach, a z drugiej strony postawę Kurpiów – przez lata mieszkańcy zajmowali się bowiem grobem żołnierza, który zginął na ich ziemi, jak wielu innych pochowanych na cmentarzach wojennych.

W Jednorożcu przy rondzie stoi krzyż wystawiony w 1892 r., podejrzewam, że z okazji 30-lecia budowy pierwszego kościoła we wsi. W czasie I wojny światowej był to punkt odniesienia dla rosyjskich patroli. Pod krzyżem chowano poległych. Dysponuję też relacją Stanisławy Łasman, urodzonej w Jednorożcu, która zapisała, że jej mama wyprowadziła z bolszewickiej niewoli kilkunastu legionistów, za co w 1918 r. została przywiązana powrozami do krzyża i katowana nahajami. Miała być rozstrzelana o świcie, ale wówczas żołnierze POW wyzwolili wieś. 

Z kolei w Olszewce na środku wsi stoi krzyż z 1890 r. W tym miejscu istniała karczma prowadzona przez Żyda. Mieszkańcy, wracając z pola, często zatrzymywali się tam, by skosztować trunku. Później w domu nie byli w stanie pomagać kobietom, więc te spaliły karczmę. Na jej miejsce przywieziono z okolic wielki kamień, wkopano go w ziemię, a w nim umocowano krzyż. Z Małowidza natomiast pochodzi przykład związany z działalnością podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej na terenie gminy. Krzyż z 1949 r. upamiętnia właściciela posesji, który był gminnym komendantem PO SP. Patrol Narodowego Zjednoczenia Narodowego sierż. Eugeniusza Lipińskiego ps. „Mrówka” wykonał na nim wyrok śmierci za służbę systemowi komunistycznemu.

W jakim okresie budowano najwięcej krzyży czy kapliczek? Z czego to wynikało? 

Niegdyś krzyże, kapliczki i figury wystawiano dużo częściej niż obecnie, przede wszystkich jako obiekty błagalne albo dziękczynne. Na Kurpiach chyba w ogóle nie spotkamy obiektów pokutnych, charakterystycznych dla południa kraju. Powodem fundacji mogły być różne wydarzenia: śmierć dziecka, powrót z niewoli, odzyskanie niepodległości itp. Krzyże pełniły też funkcje magiczne, dlatego spotkać je można być np. na czterech rogach wsi, na jej granicach i skrzyżowaniach, gdzie uświęcały przestrzeń pierwotnie nieczystą, związaną z kumulacją zła. 

W wieku XIX obserwujemy upowszechnienie się żelaza. Stąd we wsiach zaczęto stawiać krzyże kute przez kowali. Wiele takich krzyży powstało po 1880 r., kiedy huragan powalił wiele drewnianych obiektów sakralnych m.in. na Mazowszu i Podlasiu, a specjalnie rozporządzenie utrudniało wznoszenie drewnianych świątków, by zapobiec ich niszczeniu przez warunki atmosferyczne. W XIX w. kilkakrotnie grasowały śmiertelne epidemie. Stawiano wówczas krzyże z dwoma poprzecznymi ramionami (karawaki) jako środek zabezpieczający przed zarazą. 

Zainteresowanie wystawianiem przydrożnych obiektów oraz renowacją starych zauważyć można od lat 80. XX w. Na terenie mojej rodzinnej gminy Jednorożec nasilenie tego procesu obserwujemy na początku XXI w. Współcześnie istnieje dowolność w stawianiu i remontowaniu przydrożnych kapliczek, krzyży i figur. Przekłada się to na liczne fundacje oraz odnowienia omawianych obiektów.

Kiedy najtrudniej było o postawienie kapliczek czy krzyży?

Na kondycję świątków w XIX w. negatywnie wpłynął nakaz generała carskiego Michaiła Murawiewa z czerwca 1863 r. Zabraniał on wystawiania nowych kapliczek i remontowania starych poza obrębem cmentarza parafialnego. Zakaz częściowo zniesiono w marcu 1896 r., a całkowicie uchylono w 1905 r. Eugeniusz Kłoczowski, dziedzic Bogdan Wielkich (gm. Chorzele), wspominał, że Otrzymanie legalnego pozwolenia na budowę (...) figury przydrożnej było niemożliwe. Figury wszystkie wystawiali ludzie nocą. Z chwilą, gdy stały, nie wolno ich było burzyć (...). Ożywienie ruchu sakralnego zauważamy dopiero w końcu XIX w. Krzyże pojawiają się w nieznacznie większej ilości w okresie rewolucji (1905–1906).
Choć można znaleźć wiele obiektów z okresu powojennego, ich wystawienie nie było łatwym zadaniem. Władze komunistyczne mnożyły trudności w zakresie odnowy starych i wystawiania nowych świątków. Wymagano specjalnych pozwoleń, w przejawach religijności upatrując niebezpiecznych dla władzy zgromadzeń mieszkańców. Wiele krzyży rozebrano pod pretekstem remontów, budowy nowych osiedli i dróg.


Jakie funkcje dla mieszkańców wsi miały dawniej kapliczki, figury i krzyże? Czy to się zmieniało w zależności od okoliczności? Czy stawały się czasami miejscem jakichś patriotycznych wydarzeń?

Najważniejsza jest oczywiście funkcja sakralna (religijna) - skupianie życia religijnego mieszkańców (nabożeństwa paraliturgiczne, procesje, prywatna modlitwa). Wiele krzyży i kapliczek ma charakter antidotum na zło. Pełnią więc funkcję magiczną – chronią przed klęskami (zarazą, powodzią itp.), stawia się je w miejscach niebezpiecznych, nawiedzonych przez dusze zmarłych. Poza tym stanowią pamiątkę po fundatorach lub pomnik wydarzeń historycznych, dokumentują życie parafii, zawierają przesłanie dla potomnych. 

Wszelkie zwyczaje i obrzędy, związane z krzyżami i kapliczkami (strojenie świątków, wspomniane nabożeństwa) gromadziły mieszkańców wsi i parafii, sprzyjały nawiązywaniu kontaktów, spajaniu więzi, co też umacniało poczucie przynależności do wspólnoty. Takie znaczenie miały szczególnie place wiejskie z krzyżem lub figurą - dawniej miejsce wspólnych modłów. Gromadzono się w wigilię uroczystości kościelnych, podczas zarazy, nieszczęść lub wypadków, ale też uroczystości religijno-patriotycznych, choć raczej nie w XIX w., kiedy takie zebrania poza obrębem cmentarza parafialnego były zabronione. W pobliżu krzyży odbywały się niegdyś sądy, tu godzili się zwaśnieni sąsiedzi. Obiekty te pełnią więc funkcję integracyjną. 

Krzyże, figury i kapliczki wyróżniające się wielkością, lokalizacją czy dekoracją stanowią nierzadko najważniejsze punkty w miejscowości, są wizytówką miejscowości, ich dobry stan świadczy o religijności mieszkańców. Ustawiane na posesjach prywatnych są świadectwem religijności, czasem też zamożności oraz pozycji społecznej gospodarzy i fundatorów. Jednocześnie są wyznacznikiem gustu i upodobań estetycznych fundatorów czy opiekunów, co uwidacznia się w sposobie ich budowania, odnawiania czy zdobienia. Zauważamy tu funkcje: reprezentacyjną oraz estetyczną. 

I wreszcie funkcja orientacyjna (graniczna, demarkacyjna) – budowane w określonych miejscach, kapliczki, figury i krzyże pozwalają na orientację w przestrzeni. Stoją na środku miejscowości lub na jej granicy. Legendy i podania przekazują informację o skarbach, zakopywanych w pobliżu krzyży jako obiektów stałych, nieusuwalnych, przez to idealnych do ukrycia cennych przedmiotów na lata. Tutaj też zakopywano broń powstańczą i pieniądze podczas działań zbrojnych, by z łatwością je później odnaleźć. Świątki pełnią funkcję miejsca spotkań towarzyskich, w ich pobliżu umawia się zebrania i narady wiejskie. Przejezdni informowani są nierzadko o konieczności skręcenia „za figurką”, „za krzyżem”, by dotrzeć do konkretnego miejsca. Zgodnie z dawnymi zwyczajami, świątek na środku wsi, usytuowany na placu wioskowym, był miejscem, gdzie odpoczywali wędrowni żebracy i zmęczeni podróżni, tam zmawiały się młode pary. Świątki służyły też jako powszechnie rozpoznawalne miejsca, w których zostawiano zgubione rzeczy. Do świątka za wsią odprowadzano też idących do wojska rekrutów, którzy przy krzyżu granicznym otrzymywali rodzicielskie błogosławieństwo i żegnali się z rodzinami. 

Co ważne, warto podkreślić, że jeden obiekt może pełnić wiele funkcji. Np. wspomniany krzyż z Jednorożca to jednocześnie obiekt sakralny, pamiątkowy i reprezentacyjny. Pełni też funkcję orientacyjną.

Dokończ zdanie: Kapliczki, figury i krzyże na Kurpiach powinniśmy ocalić od zapomnienia, bo...

... w codziennym zabieganiu ich nie zauważmy, a towarzyszą nam od wieków. Każdy przydrożny obiekt sakralny to historia twórcy, nierzadko anonimowego czy fundatora, też często niezaznanego. To odzwierciedlenie upodobań estetycznych i przeszłości zarówno regionu, jak i kraju. To jednocześnie historia i dziedzictwo. Myślę, że gdyby każdy z nas wiedział, że obiekt w okolicy wykonał nasz przodek lub w jakiś inny sposób jesteśmy z nim związani, bardziej byśmy zwracali uwagę na kapliczki, figury i krzyży. Tak więc załóżmy i róbmy wszystko, co tylko możliwe, by ocalić stare obiekty, jak zadbać o ich renowację i wystawianie nowych. W nich bowiem wyraża się chrześcijański duch Polaków, to one są namacalnym świadectwem religijności i dziejów Kurpiów.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Łukasz Gut.

piątek, 28 października 2016

Żałoba po kurpiowsku

Co myślał Kurp 100 lat temu i jak przeżywał trudne chwile? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Problem stanowią źródła. Kurpie nie są wyjątkiem. Bardzo mało posiadamy wypowiedzi ludności chłopskiej z ok. 1900 roku. Możemy je znaleźć rozsiane po czasopismach, przywołane w pamiętnikach (rzadko jednak pisanych przez samych zainteresowanych), czy w opracowaniach dotyczących życia ludu. 

Nie mamy kurpiowskich pamiętników pisanych przed I wojną światową, a wiele cennych prac, jak np. Dominika Staszewskiego „Moralność i umoralnienie Kurpiów”, jest pisanych z perspektywy „obcego”. Staszewski chociaż pozostawił znakomite portrety kurpiowskich zachowań, często ich tłumaczenie kwituje ironią, nie oddając głosu samym Kurpiom, nie pokazując ich prawdziwych motywacji. To tylko jeden z przykładów i chociaż do 1914 roku o Kurpiach napisano wiele, jedynie sporadycznie sami zainteresowani zabierali głos.

Dla historyka tym cenniejsze są nieliczne listy jakie do ówczesnej prasy ludowej wysyłali sami Kurpie. Jednym z najbardziej znanych kurpiowskich korespondentów „Gazety Świątecznej” był Piotr Kaczyński z Dylewa. 

Dodajmy gwoli ścisłości, że Kaczyński nie był „typowym” przedstawicielem Kurpiów. Urodził się w 1871 r., zmarł w 1928 r., pochodził ze znanej rodziny, zamieszkałej w Dylewie od XVII wieku. Po ukończeniu szkoły powszechnej kształcił się właściwie przez całe życie, czytając liczne książki i czasopisma. Zorganizował m.in. kółko rolnicze w Dylewie. W 1905 r. aresztowany w związku z aktywnością polityczną (był działaczem ruchu ludowego). Dla nas istotniejsza jest jego twórczość jako korespondenta.
Tytuł listu Piotra Kaczyńskiego z "Gazety Świątecznej"
Lektura jego listów dowodzi, że nie był Kaczyński bezkrytycznym obrońcą ludu kurpiowskiego. Wielokrotnie krytykował niektóre postawy, np. niegospodarność, jednocześnie stając w obronie ludności przeciw władzom lokalnym. Wśród jego korespondencji prasowych odnaleziono także i list, który jest perełką jeśli chodzi o tego rodzaju wypowiedzi Kurpiów.

W 1907 roku Piotrowi Kaczyńskiego zmarła żona Marianna i postanowił w związku z tym skreślić parę słów do czytelników "Gazety Świątecznej". List nosi tytuł "Smutne wspomnienie" i zaczyna się od słów:

Wielu jest na świecie cierpiących, ale mało takich, którzy żyliby bez nadzieji.

Kaczyński przywołuje wartości jakie daje nadzieja, pisząc iż jest to cnota, która krzepi nas, zagrzewa do czynu i słodzi nasze cierpienia. Rozumiejąc znaczenie nadziei, dodaje jednak, że jemu samemu została już tylko jedna nadzieja, nadzieja pozagrobowa.

W taki sposób rozpoczyna się wspomnienie o zmarłej żonie, w którym autor opisuje koleje swojego losu w ostatnich latach. Dowiadujemy się o tym jak w czasach po aresztowaniu w 1905 roku opuszczali go najbliżsi przyjaciele i jak w tym okresie jedno tylko serce było dla mnie po dawnemu, czułe i wierne, - serce kochanej Małżonki.

Dalej nazywa swoją żonę wierną przyjaciółką doli i niedoli, czułą Małżonką, czy wreszcie miłą towarzyszką. Motyw towarzyszenia żony mężowi jest u Kaczyńskiego szczególnie podkreślony. Tak samo zresztą jak i wzruszenie, jakie zapanowało w jego domu po powrocie z aresztowania. Pisał on:

19 maja wróciłem do drogiego mi kółka rodzinnego z radością i weselem nie do opisania. Byłem ściskany i łzami radości oblewany od matki, małżonki i drogich dziatek.

Wzruszenie jednak nie trwało długo. Marianna podupadła na zdrowiu i mimo wysiłków męża, zmarła niedługo po tym jak urodziła syna, siódme dziecko w rodzinie. Na końcu listu do „Gazety Świątecznej” Piotr Kaczyński zapisał nie tylko wzruszające ale i mocne słowa sugerujące, iż jego postawa nie jest na wsi typowa:

A więc, bracia rodacy i spółczytenicy tej kochanej Gazety i najbliższej przyjaciółki naszej, nie dziwcie się, że tak boleśnie do was przemawiam, bo ciężka rózga Boża mię chłoszcze. Ten chyba nie odczuje mojego ciężaru, kto małżonkę ma za siódme lub ósme bydlę w oborze. Często się to zdarza, zwłaszcza na wsi, lecz chyba nie u czytelników Gazety Świątecznej. Ale ja, nieszczęśliwy, nie mam czem już dziś nagrodzić swojej wiernej przyjaciółki i prawdziwego Anioła mego domu, chyba prosząc przyjaciół o serdeczne westchnienie za duszę ś. p. ukochanej mojej Marianny.

Marianna Kaczyńska zmarła w 36 roku życia. Jej los stał się podobnym do wielu innych historii kobiet umierających po urodzeniu dziecka. Powodowało to, że w XIX wieku niemal regułą było na wsi przeżywanie przez mężczyzn pogrzebów często dwóch lub nawet trzech kolejnych żon. Powyższy list Piotra Kaczyńskiego daje nam po latach rzadką okazję do uchwycenia tego co w historii najbardziej chyba wymyka się z pola widzenia:
Uczucia.

Zebranie w Dylewie w 1913 roku. Czy Piotr Kaczyński był na nim obecny?
Źródło:
*"Gazeta Świąteczna" 1907, nr 1375.

Autor: Łukasz Gut

niedziela, 23 października 2016

Kto walczył w bitwie pod Myszyńcem?

Walki przeciw Szwedom w 1708 roku, konfrontacje ze zwolennikami Augusta III w latach konfederacji dzikowskiej, powstania z 1794, 1830-1831 i wreszcie 1863-1864 roku to wydarzenia, w których Kurpie zasłynęli z patriotycznej postawy. W ostatnim z wymienionych powstań pamiętano po latach głównie bitwę pod Myszyńcem, w której dowodził naczelnik województwa płockiego, Zygmunt Padlewski. Do pamięci o bitwie bardziej chyba od historyków przyczyniła się Maria Konopnicka z jej wierszem zamieszczonym w Śpiewniku historycznym, zaczynającym się od słów „A w Zielonej, w Myszynieckiej”. 

O starciu pod Myszyńcem pisano wiele, badaczy jej dziejów sięgających do źródeł nie brakowało, a mimo to do dziś trudno ustalić chociażby liczbę poległych i rannych ze strony polskiej i rosyjskiej. Nie tylko liczby w tej bitwie są niepewne. Mało wiadomo o tym kto w niej walczył. W tym krótkim tekście przypominam powstańców, którzy w świetle źródeł i opracowań mieli walczyć pod Myszyńcem. Pominięto postać najbardziej oczywistą, czyli samego Padlewskiego.
Zygmunt Padlewski
(Źródło: https://polona.pl/item/387990/0/)
Łącznie udało się ustalić nazwiska 45 powstańców łącznie z Padlewskim. Niestety jedynie kilka nazwisk pojawia się w więcej niż jednym źródle. Najwcześniej powstałe raporty o bitwie wymieniają tylko kilku powstańców. Nie sposób więc skontrolować czy podane przez jednego autora nazwisko powstańca jako uczestnika bitwy nie wynika z pomyłki czy niewiedzy tegoż. Najwięcej materiałów jeśli chodzi o dane osobowe zawierają prace na pograniczu źródła i opracowania autorstwa Białyni-Chołodeckiego i Z. Kolumny. Niewiele pomagają pamiętniki, szczególnie te pisane po latach od bitwy. Zebrane dane pozwalają jednak na pewne uogólnienia i wnioski dotyczące powstańców.

O ile wierzyć autorom podającym wiek powstańców w 1863 roku, możemy stwierdzić, że zdecydowana większość walczących to osoby w przedziale wiekowym 20-30 lat. Najstarszym prawdopodobnie uczestnikiem bitwy był Władysław Cichorski „Zameczek” – miał 41 lat. Zdarzali się też powstańcy niespełna dwudziestoletni. W bitwie brało udział sporo byłych uczniów łomżyńskiego gimnazjum, ale liczni byli też przybysze z dalszych stron, towarzysze broni Padlewskiego czy Cichorskiego.

Problemów nastręcza też określenie liczby strat. W raporcie sporządzonym po bitwie i opublikowanym 20 marca 1863 r. w „Wiadomościach z pola bitwy” podano liczbę 10 poległych. W świetle poniższego wykazu również trudno ustalić liczbę zabitych. W przypadku bowiem niektórych powstańców źródła są rozbieżne i jedni podają śmierć pod Myszyńcem, podczas gdy drudzy przesuwają ją nawet na kilka miesięcy do później. Jeśli uznamy wiarygodność tych pierwszych, znanych z nazwiska powstańców poległych pod Myszyńcem było dwudziestu. Jeśli uznamy wartość innych źródeł należałoby zmniejszyć do szesnastu liczbę zabitych. W każdym razie jest to więcej (Ilu zginęło nieznanych z imienia?) niż podawał raport powstańczy. Nie dziwi to. W raporcie nie chodziło tyle o prawdę, co o dbanie o morale walczących. Raporty powiększające straty nieprzyjaciela i zmniejszające własne to standardowe opisy ówczesnych starć, podobnie zresztą było po stronie rosyjskiej.

Nawet jeśli źródła wiedzy o powstańcach walczących pod Myszyńcem są często dość bałamutne, uważam, że należy próbować odsłaniać w miarę możliwości nowe aspekty tej ważnej potyczki dla kurpiowskiej tożsamości.

W nawiasach podano źródła i opracowania, na podstawie których ustalono obecność w myszynieckiej potyczce. Spis źródeł i opracowań w bibliografii na końcu artykułu.


W bitwie pod Myszyńcem walczyli:


Brzostek Karol – ur. ok. 1838, pochodzący z Ostrowi. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Cichorski Władysław – ps. „Zameczek”, ur. 1822 w Kaliszu, zm. 1876. Był synem radcy stanu i senatora Wincentego Cichorskiego i Emilii z Zapolskich. Ukończył gimnazjum w Warszawie, a następnie kształcił się w Instytucie Agronomicznym w Marymoncie. Do 1861 pracował jako urzędnik w Komisji Przychodów i Skarbu. Przed powstaniem w 1861 ten geometra z zawodu został działaczem konspiracyjnym w okręgu tykocińskim oraz organizator z ramienia Komitetu Centralnego województwa augustowskiego. 22 stycznia 1863 roku Władysław Cichorski na czele oddziału złożonego ze szlachty zaściankowej zdobył Suraż pod Łapami. W marcu jego oddział podporządkowany został Padlewskiemu. Walczył m.in. pod Drążdżewem i Chorzelami (14.III.1863). Został mianowany organizatorem Prus Zachodnich, wkrótce jednak aresztowano go i osadzono w więzieniu w Chełmnie, skąd uciekł. 8 czerwca 1876 roku popełnił samobójstwo. (Rettel; Wikipedia)

Dąbrowski Franciszek – ur. ok. 1841 r., uczeń klasy VI gimnazjum w Łomży, służył w oddziale Zygmunta Padlewskiego, Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Dobrzycki Aleksander – pochodził z Radomia, ukończył 4-klasową szkołę realną, pracował przy budowie drogi petersburskiej. Wstąpił w Łapach do oddziału Władysława Cichorskiego „Zameczka”. Następnie trafił pod dowództwo Padlewskiego. Walczył pod Siemiatyczami. Wzięty do niewoli na rekonesansie, odstawiony do Ostrołęki, wysłany do Włodzimierza nad Klaźmą, gdzie osadzony został na 5 lat rot aresztanckich. W 1867 roku powrócił do kraju. (Samborski)

Dütwald (Dytfald) – przed powstaniem urzędnik kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Poległ pod Myszyńcem. Istnieje też wersja podana przez krakowski „Czas”, że zmarł 19 t.m. (Chądzyński; „Czas” )

Frycze Karol - podpułkownik w czasie powstania. Walczył w oddziale Władysława Cichorskiego ps. „Zameczek” i Zygmunta Padlewskiego. Dowodził batalionem kosynierów w bitwie pod Myszyńcem. Na wieść o zbliżaniu się Rosjan wysłany przez Padlewskiego na drogę do Ostrołęki. Później przeszedł do oddziału Ignacego Mystkowskiego. Bił się pod Stokiem, Kietlanką i Łączką. Pod Łączką został ciężko ranny w brzuch i zmarł następnego dnia (24.V.1863). (Wikipedia; Karbowski)
Karol Frycze
(Źródło: https://polona.pl/item/387852/0/)
Godlewski Franciszek – ur. ok. 1843 w powiecie Łomżyńskim z tak zwanej zagonowej szlachty, uczeń klasy VI Gimnazjum w Łomży. Służył w oddziale Władysława Cichorskiego „Zameczka”. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Grzybowski Edward Aleksander – ur. 1841 r. w Mierzęccu król. Polsk. medyk, walczył pod Siemiatyczami, Drążdżewem. (Białynia-Chołodecki)

Iwan - dezerter wojsk rosyjskich, w bitwie pod Przetyczą za odznaczenie się, mianowany podoficerem. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Jarnowski Teofil - uczeń wydziału technicznego w Warszawie. Służył w oddziale Jankowskiego, później w oddziale Lelewela, a ostatecznie w oddziale Padlewskiego. Brał udział w kilku bitwach. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Jaruzelski Józef - ur. 1845 r. w Rusi star., uczeń gimnazjum, służył jako dowódca plutonu w oddziałach Zameczka, Padlewskiego i Kobylińskiego. Walczył pod Drążdżewem. (Białynia-Chołodecki)

Jasiński Franciszek - vel Jesionowski, ur. ok. 1843 r., uczeń gimnazjum, służył jako żołnierz w oddziale Padlewskiego. W bitwie pod Myszyńcem ciężko ranny nie chcąc się dostać do niewoli, popełnił samobójstwo. Pochowany na polu bitwy. (Kolumna)

Jastrzębski Ludwik – ur. ok. 1837 w Pułtuskim. praktykant leśny w Feliksowie (Czurąju), brał udział przed powstaniem w organizacii. Służył w oddziale Padlewskiego. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Kochowicz – Poległ pod Myszyńcem w stopniu podporucznika (Kolumna)

Królikowski Leon - ur. w Kamieńczyku w 1836 r., zarządca dóbr, należał do organizacji oddziałów w Pułtuskiem i Ostrołęckiem, wstąpił potem do oddziału Padlewskiego jako wachmistrz szwadronu, i służył następnie pod dowództwem Fryczego, Mystkowskiego i Jesieńskiego. We wrześniu 1863 r. mianowany dowódcą oddziału konnych strzelców w pow. Ostrołęckim. Walczył pod Małkinią, Łączką, Nagoszewem, Zambrowem, Drążdżewem, Komorowem i Różańem. Po powstaniu urzędnik. (Białynia-Chołodecki)

Kurządkowski Władysław - ur. we wsi Ługinie w Augustowskiem. Geometra, walczył pod dowództwem Padlewskiego w bitwach pod Drążdżewem, Ząbkami i Szreńskiem. Pod Szreńskiem dostał się do niewoli i został uwięziony w Modlinie. Wywieziony na Sybir do Turuchańska na Jeniseju, gdzie przebył 5 lat. (Maliszewski, Sybiracy)

Leszczyński - terminator garbarski, (podobno) z Warszawy, służąc pod dowództwem Padlewskiego, ranny w bitwie pod Myszyńcem, po przyjściu do zdrowia zaciągnął się do oddziału Lelewela, w bitwie pod Krasnobrodem powtórnie ranny, poległ w bitwie pod Lutym d. 29 Marca 1863 r. i tam pochowany. (Kolumna)

Liberacki Ludwik - ur. w Warszawie 1844 r. agronom, służył jako szeregowy, później wachmistrz w oddziale Skowrońskiego pod Myszyńcem, Zameczka pod Wąchockiem, Żychlińskiego pod Ossą, Brynicą i Żelazną, Sokołowskiego pod Dalkowem i Korytkowem, ostatecznie Wróblewskiego w trzech bitwach. Internowany w Koniggratzu, wstąpił do wojska meksykańskiego. (Białynia Chołodecki)

Machczyński Edward Stefan - ur. 1836 r. w Płocku, poeta, wcielony jako 16-letni student w szeregi wojskowe, brał później przez całych 10 miesięcy czynny udział w partyzantce. Służył jako podkomendny w oddziale majora Jasińskiego, później Lasockiego, przez pewien czas zaś operował własnym małym oddziałem. Walczył m.in. pod Nagoszewem. Drążdżewem, Zambrowem, Wrząśnikiem, Magnuszewem, (gdzie został ranny) Myszyńcem, i Porębą (gdzie został powtórnie ranny). Po powstaniu emigrował do Paryża z nominacją na kapitana wojsk polskich. Z Paryża podążył do Włoch, do legii cudzoziemskiej gen. Ponińskiego, lecz doznawszy tam zawodu powrócił do Paryża, później zaś do Warszawy, gdzie umarł r. 1873. (Białynia Chołodecki)

Majewski Jan - ur. 1838 r. w Majach, urzędnik Magistratu. Służył jako adiutant kawalerii w oddziale Nemethego, Padlewskiego, Trąbczyńskiego i Nowickiego. Walczył pod Drążdżewem, Radzanowem i Różanem. Po powstaniu dietarjusz Wydziału krajowego. (Białynia Chołodecki)

Marek Jan - ur. 1832 r. w Jaśle, agronom, służył jako wachmistrz kawalerii w oddziale Padlewskiego. Walczył pod Chorzelami, Drążdżewem, Radzanowem, Szreńskiem, Chromakowem, Kuczborgiem itd. (Białynia-Chołodecki)

Marski Antoni – ur. ok. 1842 r. Syn majora wojsk polskich z 1831 roku, uczeń klasy VI Gimnazjum Łomżyńskiego, wstąpił jako szeregowiec do oddziału Zygmunta Padlewskiego, brał udział w bitwie pod Siemiatyczami gdzie za odznaczenie się został mianowany feldfeblem. Poległ pod Myszyńcem. Według innych wersji poległ w bitwie pod Magnuszewem 7 Czewca 1863 r. (Kolumna)

Micewicz Ignacy – ur. ok. 1847 r. Uczeń klasy V gimnazjum w Łomży, służył w oddziale Władysława Cichorskiego „Zameczka”. Poległ pod Myszyńcem. Według innych źródeł miał zginąć wraz z bratem w bitwie pod Dumblem. (Kolumna)

Mieczyński Leopold – ur. ok. 1830 r. Pochodził z Mławskiego, nauczyciel matematyki przy gimnazjum w Łomży, przed powstaniem czynny członek organizacji, jako nauczyciel miasta Łomży i ajent komitetu Centralnego, w powstaniu szeregowiec w oddziale Padlewskiego. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Mielczański – (lub Aleksander Mielczarski) – ur. ok. 1836 r. Syn burmistrza z Pułtuska, po ukończeniu gimnazjum w Radomiu pracował jako aplikant w Zarządzie komunikacyj lądowych i wodnych w Warszawie skąd z początkiem 1861 roku delegowany na pomocnika inżyniera do Pułtuska, działał w organizacji przedpowstańczej. Po wybuchu powstania trafił do oddziału Władysława Cichorskiego „Zameczka”. Następnie jako podoficer 2gi sekcji strzelców służył u Padlewskiego. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Monasterski Remigiusz – pochodził z Warszawy. Uczeń Szkoły sztuk pięknych. Poległ pod Myszyńcem.

Motylewski Adam (lub Motylowski) – „okręgowy organizacyi narodowej”, mianowany za waleczność po bitwie podoficerem. Zginął 12 marca 1863 r. pod Drążdżewem. (Zieliński)

Nieciengiewicz Jan Leon - ur. w 1843 r. w os. Konorzatka pow. pułtuskiego. Walczył pod dowództwem Padlewskiego, Władysława Cichorskiego "Zameczka" i Konstantego Rynarzewskiego. Brał udział w bitwach pod Sępami-Zarębami, Żelazną, Karaską, Tyczkiem. W bitwie pod Karaską został ranny pierwszy raz i pod Tyczkiem po raz drugi. Za udział w powstaniu skazany na śmierć. Wyrok ten jednak został mu zmieniony, na zesłanie na Sybir. (Maliszewski, Sybiracy)

Nowakowski – nieznany z imienia, syn mecenasa z Warszawy. Poległ pod Myszyńcem. (Chądzyński)

Pisanowski Edward - oficjalista z okolic Warszawy, brał udział w organizacji przedpowstańczej, po wybuchu wstąpił w szeregi pod dowództwo Padlewskiego. Ciężko ranny pod Myszyńcem, zmarł następnego dnia. (Kolumna)

Podbielski Łukasz - ur. 1843 r. w Gniazdowie, służył jako żołnierz, sierżant, podporucznik i walczył pod Zarębami, Przetyczą, Chorzelami, Drążdżewem, Szreńskiem, Radzanowem, Stokiem, Kietlanką, Łączką, Osuchą i Zambrowem. Ranny w bitwie pod Myszyńcem. Po powstaniu konduktor dróg krajowych. Był autorem niedrukowanego pamiętnika, dotyczącego powstania na Kurpiach. Zmarł w styczniu 1902 r. (Deskur, Białynia Chołodecki, „Gazeta Lwowska” 12.01.1902)

Przetocki Ludwik (lub Nałęcz Przetocki) – ur. w 1844 r. w Zagdańsku. Pochodził z powiatu kieleckiego, syn leśnika. Służył w „oddziale celnych strzelców” Władysława „Wiriona” Wilkoszewskiego. Po połączeniu oddziału „Wiriona” z oddziałem Władysława Cichorskiego „Zameczka”, całość pod komendę objął Padlewski, a Przetocki otrzymał dowództwo sekcji uzbrojonej w kozackie karabinki, które zdobyto w bitwie pod Rutkami. Walczył m.in. pod Szreńskiem i Radzanowem. W obawie przed aresztowaniem przez policję, uciekł do Małopolski. Osiadł we Lwowie. Był jednym z najstarszych weteranów powstania. Nie udało ustalić się daty śmierci ale dożył na pewno 93 lat życia w 1938 roku. (Białynia Chołodecki; Rok 1863. Za wolność…)

Rodkiewicz Bolesław – pochodził z niezamożnego domu z gubernii Augustowskiej, skończył szkoły w Suwałkach, następnie słuchał wykładu medycyny przez lat 3 w akademii Warszawskiej, biorąc jednocześnie czynny udział w organizacji przedpowstańczej. Służył w oddziale Władysława Cichorskiego „Zameczka”. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Rolski Edward – adiutant Padlewskiego, komisarz województwa płockiego, zginął 12 marca 1863 r. w bitwie pod Drążdżewem. (Zieliński)

Rojewski Hieronim - ur. r. 1842 w Nasielsku, uczeń, służył jako żołnierz w oddziałach Zameczka, Padlewskiego, Jasińskiego, Bynarzewskiego. a w końcu jako podporucznik złotych ułanów pod Ziembińskim. Walczył w 11-tu potyczkach, między innemi pod Myszyńcem, Drążdrzewem, Zambrowem itp. Ranny pod Drążdrzewem. Po powstaniu urzędnik wydziału pow. w Jarosławiu. (Białynia Chołodecki)

Sorokiewicz Teodor – ur. ok. 1842 r., uczeń klasy VI gimnazjum w Łomży. Służył w oddziale Władysława Cichorskiego „Zameczka”. Poległ pod Myszyńcem.

Staniszewski Ludwik – nauczyciel z Ostrołęki. Poległ pod Myszyńcem. (Chądzyński)

Szczucki Franciszek – ur. ok. 1838, syn podleśnego ukończył V klas w Łomży, pełnił obowiązki guwernera prywatnego w powiecie Łomżyńskim, służył w oddziale Padlewskiego. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Szyling Piotr – ur. ok. 1831 r., pochodzący z Ostrołęki, dzierżawca folwarku Dalekie. Nie wiadomo gdzie zginął, czy pod Myszyńcem jak pisał Z. Chądzyński, czy w maju 1863 r. pod Kietlanką jak zanotowano w „Pamiątce dla rodzin polskich”. (Chądzyński, Kolumna)

Szymborski Antoni – ur. ok. 1837 r., syn szlachcica z powiatu Bialskiego, służył w oddziale Padlewskiego. Poległ pod Myszyńcem. (Kolumna)

Trzciński – ur. ok. 1836 r. Urzędnik z Przasnysza, poległ jako szeregowiec pod Myszyńcem. (Kolumna)

Tyszko Antoni - ur. w Wojnach 1839 r., praktykant gospodarczy, służył jako porucznik w oddziale Władysława Cichorskiego „Zameczka” (brał udział w bitwach pod Wysokiem Mazowieckiem, Rudką, Siemiatyczami i Warelami) następnie u Padlewskiego (bitwy pod Dąbrowami, Myszyńcem, Drążdżewem i Piaseczną). Następnie jako major i naczelnik własnego oddziału walczył pod Brześcianką, Wylinami i Brzeźnicą. Po złączeniu się z oddziałem Wawra stoczył cztery potyczki. Ostatecznie z własnym do 100 ludzi liczącym oddziałem stoczył sześć potyczek. Po powstaniu dzierżawca. (Białynia Chołodecki)

Wilkoszewski Władysław – ps. „Wirion”, z zawodu drukarz, oficer w armii Giuseppe Garibaldiego, członek Organizacji Miejskiej w Warszawie. W powstaniu styczniowym organizator oddziału w rejonie Grodna. Walczył pod Mężeninem w Łomżyńskiem (25.I.1863), a następnie pod Zarębami i Przetyczą. Na Kurpiach dowodził „oddziałem celnych strzelców”. Większość źródeł informuje, iż zginął pod Myszyńcem, chociaż według pamiętnikarza Ludomira Benedyktowicza miał wydawać rozkazy jeszcze 14 marca w Feliksowie koło Broku.
Władysław Wilkoszewski

Wojciechowski – ur. ok. 1836 r. Student Akademii medycznej Warszawskiej i następnie uniwersytetu Kijowskiego, w czasie powstania przybył do kraju w Marcu 1863 r., otrzymał rozkaz od pułkownika Wawra zebrania oddziału w powiecie łomżyńskim. zgromadził około 50 ludzi, wcielił się wraz z nimi do oddziału Władysława Cichorskiego „Zameczka” i od bitwy pod Myszyńcem dzielił losy tego oddziału aż do końca jego istnienia, jako podoficer kawalerii. Po rozwiązaniu tego oddziału przeszedł pod komendę Wawra, i tam otrzymał stopień kapitana, ciężko ranny w bitwie pod Gruszkami, zmarł w kilka tygodni później we wsi Balince. (Kolumna)


BIBLIOGRAFIA:

*Białynia Chołodecki J., Księga pamiątkowa opracowana staraniem komitetu obywatelskiego w czterdziestą rocznicę powstania r. 1863/1864, Lwów 1904.
*Chądzyński Z., Wspomnienia powstańca 1861-1863, oprac. E. Halicz, Warszawa 1963.
*Deskur B., Dla moich wnuków [w:] Wydawnictwo materyałów do historyi powstania 1863-1864, t. 2, cz. 2, Lwów 1890.
*Kalinowska B., Co wiemy o bitwie pod Myszyńcem, "rozmaitosci.com", 13.11.2013, [dostęp: 23.10.2016]
*Karbowski W., Zygmunt Padlewski 1835-1863, Warszawa 1969.
*Kolumna Z. (właść. A. K. Nowolecki), Pamiątka dla rodzin polskich…, t.I-II +dod., Kraków 1867-1868.
*Maliszewski J., Sybiracy zesłani i internowani za udział w powstaniu styczniowym, bmw 1930. 
*Nałęcz Przetocki L., Walki pod Wilkoszewskim i Padlewskim [w:] W 40 rocznicę powstania styczniowego, red. B. Szwarc, Lwów 1903.
*Rettel L., Zmarli na wychodźstwie, "Rocznik Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu", 1873-1878.
*Rok 1863. Za naszą wolność i waszą. W 75 lecie powstania styczniowego, Warszawa 1938.
*Samborski H., Wspomnienia z powstania 1863 r. i pobytu na Syberii, Warszawa 1917.
*Zieliński S., Bitwy i potyczki 1863-1864, Rapperswil 1913.


Autor: Łukasz Gut

niedziela, 30 listopada 2014

"Fabrykacya guzików" w Kadzidle


Jak dobrze wiemy, głód na Kurpiach z 1881 roku doprowadził do znacznego zubożenia i tak przecież biednych mieszkańców Kurpiowszczyzny. Trudne czasy lat 80. XIX wieku były jednym z powodów późniejszej emigracji mieszkańców regionu do Prus i Stanów Zjednoczonych. Emigracja nie była jednak jedynym wyjściem. Przynajmniej w jakimś stopniu zaradzić biedzie Kurpiów próbował hrabia Ludwik Krasiński (1833-1895).

Krasiński urodził się w Krasnem pod Przasnyszem. Po swym ojcu Auguście odziedziczył duży majątek i dobra m.in. Krasnosielc i Przystań w ówczesnej guberni łomżyńskiej, a także majątki w innych guberniach, a nawet Ursynów, który jeszcze nie był wtedy częścią Warszawy. Po 1863 roku Ludwik Krasiński niechętny zresztą powstaniu, włączył się w nurt pracy organicznej. Zajął się pomnażaniem własnych dochodów, m.in. poprzez unowocześnianie należących do niego folwarków. 

Rok 1881 przyniósł zainteresowanie Krasińskiego losem głodujących Kurpiów. Żyłka społecznika i dążenie ku modernizacji kraju splotły się najwyraźniej we właścicielu Krasnego i już kilka lat po dramatycznych wypadkach na Kurpiach, hrabia podjął się znakomitej idei. Oto w roku 1886 rozpoczął tworzenie w Kadzidle fabryki guzików, która to fabryka miała pomóc miejscowym mieszkańcom w wydźwignięciu się z biedy. Słowo "fabryka" nasuwa nam może skojarzenia z dużymi przedsiębiorstwami, tymczasem pomysł Krasińskiego dla biednych mieszkańców to po prostu małe warsztaty, które dawałyby im zarobek.

"Fabrykacya" jak pisano o produkowaniu guzików, musiała rozpocząć się gdzieś na przełomie zimy i wiosny 1886 roku. Przynajmniej na to wskazuje poniższy fragment "Gazety Warszawskiej" z 19 kwietnia 1886 roku:


Możemy domniemywać, że pomysł na rozwój Kurpiowszczyzny to nie zwykła fanaberia bogatego szlachcica, ale chyba inicjatywa, która w swych początkach miała ambitnie zamiary. Powyższy fragment wskazuje na obecność czeskich instruktorów, którzy mieli uczyć Kurpiów jak wyrabiać guziki, czy spinki. Gazeta "Wiek" również z 19 kwietnia, informując o kadzidlańskich początkach guzikarstwa, rozszerza nieco wiadomości. Dowiadujemy się, że Czesi pracowali z Kurpiami przez trzy tygodnie, w trakcie których młodzi Kurpie ponoć opanowali całkiem nieźle swoje nowe rzemiosło. Guziki miały być tworzone z rogu, kości i masy perłowej. Nad całością prac na miejscu czuwał inżynier Surowicz. Właściwym dyrektorem firmy był jednak delegowany do tej roli przez Krasińskiego, Feliks Gomoliński.

We wrześniu tego samego roku guzikarstwo na Kurpiach rozwijało się już chyba przyzwoicie, skoro wspominana wyżej "Gazeta Warszawska" informowała o 60 czynnych warsztatach. W planach Krasińskiego miało działać 300 warsztatów, co dla okolicznych mieszkańców mogło stanowić nie lada wsparcie finansowe. Wyroby kurpiowskie miały już w listopadzie 1886 roku znaleźć się na jednej z wystaw konfekcji.

Trudno orzec, jak toczyły się dalsze losy "fabrykacyi". Wiadomo, że fabryka guzików w Kadzidle istniała jeszcze w 1892 roku, kiedy proboszcz parafii Goworowo, ks. Antoni Brykczyński publikował w "Biesiadzie Literackiej" artykuł pt. "Wycieczka na Kurpie". Brykczyński stwierdzał z zadowoleniem, że działa kilkaset warsztatów, nawołując jednocześnie do dalszych inwestycji nad rozwojem rzemiosła w tym rolniczym regionie. Korespondent "Kuriera Warszawskiego" natomiast, omawiając sytuację w Ostrołęce i okolicznych wsiach, przy okazji stwierdził, że guzikarstwo na Kurpiach, a także inne gałęzie przemysłu ludowego nie podnoszą znacząco poziomu życia w tych stronach. Efektem była wzmożona emigracja z tych terenów.

Być może iż kres warsztatom guzików w Kadzidle położyła śmierć Krasińskiego 21 kwietnia 1895 roku. Co prawda w testamencie, spisanym tuż przed śmiercią Krasiński przepisał fabrykę jej dyrektorowi Feliksowi Gomolińskiemu i adwokatowi Lucjanowi Wrotnowskiemu, ale o dalszych losach guzikarstwa na Kurpiach autorowi niniejszego tekstu nic nie wiadomo. Być może jednym z powodów zaprzestania działalności zapoczątkowanej przez hrabiego Ludwika była kwestia taryfy celnej. W jednym z artykułów z 1888 roku, anonimowy autor wspominając o wyrobach z Kadzidła, skupia się na ochronie poprzez cła i zwolnienie od opłat dla sprowadzających muszle perłowe z egzotycznych krajów, będące podstawą przemysłu guzikarskiego. Być może jednak problemy związane z kadzidlańskimi warsztatami były jednak bardziej skomplikowane.

"Fabrykacya guzików" okazała się jednak ważnym pomysłem i w XIX-wiecznych dziejach Kurpiowszczyny pomysłem, który nie miał niestety innych naśladowców. Emigracja przed 1914 rokiem jest tego jednym z najważniejszych dowodów.


Bibliografia:

* "Gazeta Warszawska" 1886, 1888.
* "Kurier Warszawski" 1894.
* "Gazeta Świąteczna" 1895.
* Z. Niedziałkowska, "Puszcza Zielona. Bory Ostrołęckie" Warszawa 1981.

Autor: Łukasz Gut