Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okres międzywojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okres międzywojenny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2023

Sprawa Stanisława Cichego, czyli opowieść o kurpiowskim przemytniku

Był prawdopodobnie prostym chłopakiem, który w momencie śmierci miał zaledwie 21 lat. Pochodził ze wsi Cupel, gm. Czarnia. Rocznik 1914. Kawaler. Mimo typowego zapewne życiorysu, materiały do ostatnich godzin życia bohatera niniejszego tekstu odnaleźć można w aż trzech archiwach państwowych.

Stanisław Cichy – bo o nim mowa – urodził się 3 kwietnia 1914 roku jako szóste dziecko Juliana i Marianny z domu Mróz. Kiedy miał osiem lat, zmarła mu matka, a dwa lata później, w 1924 roku ojciec. Osierocony dziesięciolatek miał więc trudne dzieciństwo, tym bardziej, że w tymże 1924 roku oprócz Stanisława, żyła jeszcze trójka jego rodzeństwa: Marianna (ur. 1905), Franciszek (ur. 1907) i Antonina (ur. 1910). Pozostała czwórka zmarła we wczesnym dzieciństwie[1].

(Cupel i miejscowości pograniczne na niemieckiej mapie z 1937 roku. Źródło: 1:100 000 Karte des Deutschen Reiches, Großblatt/Einheitsblatt)

Przemyt na Kurpiach w latach II RP

Powyższa sytuacja rodzinna może być jakimś wytłumaczeniem, dlaczego Stanisław Cichy zajął się przemytem. Przemyt, który na pograniczu polsko-niemieckim był zjawiskiem powszechnym, stawał się często źródłem zarobku dla ludności kurpiowskiej zamieszkującej tereny w okolicy Myszyńca. Szmugiel już w epoce porozbiorowej był intratnym zajęciem, a jego „tradycja” przetrwała zmiany polityczne powstałe po I wojnie światowej. Pojawienie się Polski Odrodzonej nie zlikwidowało nielegalnych interesów na granicy, o czym obrazowo wzmiankował Adam Chętnik. Wybitny etnograf pisał już w 1920 roku, iż do „7 puszczańskich grzechów głównych” należy zaliczyć nieczystość – w interesach, prowadzonych przez przemytników i szmuglerów pogranicznych[2].

O tym, że na Kurpiach rola przemytu jest szczególnie znacząca, wiedziały dobrze władze Rzeczypospolitej. W memoriale z 1937 roku, znajdującym się w papierach ambasady RP w Berlinie, referującym sytuację w powiatach nadgranicznych, podkreślano, że wśród Kurpiów „fach przemytniczy” przechodził z ojca na syna, metody przemytnicze miały być wyspecjalizowane, a sam przemyt przez to trudno uchwytny[3]. Wśród przyczyn, dla których przemyt był dość powszechny wśród mieszkańców północnej części regionu kurpiowskiego, autorzy memoriału wymienili „niezmiernie ubogą glebę” i fakt, że ów „fach” był bardziej opłacalny niż rolnictwo. Trudno z taką konstatacją się nie zgodzić, a warto też dodać, że oprócz czynników gospodarczych, wskazywano na mentalność samych Puszczaków, dla których przemytnictwo stało się swego rodzaju nałogiem. Efekty działalności przemytników oceniano krytycznie i chociaż słaba gleba miała być jedną z przyczyn przemytu, to nadmierne zajęcie się takim interesem sprawiało, że niejeden z przemytników przestawiał uprawiać rolę[4]. Dodajmy też, że oprócz słabej gleby, istotne znaczenie w rozwoju przemytnictwa można przypisać „wielkiej” polityce, a więc wojnie celnej, która rozpoczęła się w 1925 r.[5].

Warto też dodać, że tzw. wymyt towarów do Prus Wschodnich i przemyt z Prus na Kurpie związany był z zapotrzebowaniem na konkretne towary po obu stronach „zielonej granicy”. Z Kurpiami współpracowali m.in. Garnuch z Księżego Lasku, Gustaw Duda z Faryn i Kaczmarczyk z Wujak. Do najczęściej szmuglowanych towarów na stronę niemiecką należały mięso wieprzowe, zboże, gęsi, nabiał, oraz konie. Z kolei z Prus na Kurpie przemycano sacharynę, jedwab, koronki bawełniane, rodzynki czy zapalniczki[6]. O skali przemytu, w który zaangażowani byli mieszkańcy nadgranicznych wiosek niech świadczy fakt, że przykładowo w czerwcu 1933 roku niemiecka straż graniczna na odcinku granicznym powiatu ostrołęckiego zatrzymała 15 sztuk koni[7].

Na tym tle nieco lepiej możemy zrozumieć przemytniczą działalność Stanisława Cichego. Wychowujący się przez połowę życia bez rodziców, być może tylko w ten sposób mógł się utrzymywać. Przejdźmy zatem do wydarzeń z drugiej połowy listopada 1935 roku[8].

Listopad 1935

21 listopada 1935 roku obok Stanisława Cichego, nielegalnie do Prus udał się też inny mieszkaniec wsi Cupel, Franciszek Olender. Udając się z wymytem kilkudziesięciu kg mięsa wieprzowego, które otrzymali u gospodarza Mroza ze wsi Cupel, około godziny 15.30 przekroczyli „zieloną granicę”. Przemyt nie był przypadkowy. Miejsca, do których Cichy i Olender mieli dostarczyć mięso, były z góry zaplanowane. Stanisław Cichy miał odnieść mięso do gospodarza Dygnala w miejscowości Schrötersau, a Franciszek Olender do gospodarza Szlaska w Altwerde w powiecie Ortelsburg (Szczytno). Niestety, po 10 minutach od rozdzielenia się Cichego i Olendra zaczęły się problemy.

Cichy trafił na patrol niemieckiej straży granicznej. Stanisław został trafiony w „bok koło kręgosłupa”, a mimo to, zdołał jeszcze zeznać posterunkowemu Jerzemu Winklerowi w Czarni o całym zdarzeniu! Oddajmy głos Kurpiowi, który jak wielu jego sąsiadów zajmował się przemytem:

(…) w dniu 21 listopada 1935 r. około godziny 15.30 przeszedłem granicę państwa na terenie wsi Cupel gminy Czarnia wraz z Olendrem Franciszkiem zamieszkałym we wsi Cupel, udając się w głąb do Niemiec, bez zezwolenia władz polskich. Ja i Olender nieśliśmy mięso wieprzowe. Kiedy Znaleźliśmy się pod wsią Olszynka w Niemczech, w odległości około jednego kilometra od granicy z za krzaków naprzeciwko nas Straż Graniczna niemiecka nas oświetliła reflektorem, poczem bez żadnego ostrzeżenia posypały się strzały jak by pistoletowe, jak mnie się wydaje było pięć strzałów. Wobec tego ja i Olender poczęliśmy uciekać w stronę granicy do Polski i jedna z kul trafiła mnie z tyłu w bok koło kręgosłupa i wylot jej był z prawej strony brzucha. Pomimo wielkiego bólu dobiegłem do granicy i upadłem i na ten czas podbiegł do mnie Olender Franciszek, który się mną zaopiekował przenosząc mnie na polską stronę do pobliskiego domu. Dodaję, że Niemcy strzelali na przestrzeni około 50 metrów. Mięso przy ucieczce porzuciłem. Ile było Niemców na czatach tego nie wiem.

Podobnie do Cichego zeznawał towarzysz jego przemytniczej wyprawy, wspomniany Franciszek Olender. 32-letni Olender dodał jednak kilka szczegółów. Będąc już po stronie niemieckiej, miał usłyszeć 6-7 strzałów, a następnie głos Cichego wykrzykującego słowa „O Boże”. Olender miał przenieść postrzelonego Cichego na terytorium Polski i razem trafili do gospodarza Władysława Mroza zamieszkałego w Cuplu. W poszukiwaniu furmanki Olender udał się, jak można mniemać, do innych mieszkańców wsi, a gdy powrócił, Stanisława Cichego opatrywali już funkcjonariusze Straży Granicznej.

Jak zeznawał dalej Franciszek Olender, nie usłyszał on żadnego strzału ostrzegawczego, co miało się zdarzać coraz częściej i co spowodowało, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych prosiło Ambasadę RP w Berlinie o interwencję w niemieckim MSZ (Auswärtiges Amt), aby wyjaśnić tę sytuację. Dodajmy, że zeznania Cichego i Olendra mijały się w szczególe, gdzie miało dojść do postrzelenia. Według Olendra Stanisław Cichy został postrzelony pod wsią Szlitrowo, a nie pod Olszynką.

(Przemyt we wsi Cupel nie zaczął się wraz ze Stanisławem Cichym i Franciszkiem Olendrem. Dowód w powyższym fragmencie z czasopisma „Czaty” z 1929 r., nr 7.)

Tragiczny koniec

Postrzelony Cichy nie zdołał przeżyć. O godz. 22.00 został przywieziony do myszynieckiego lekarza, dr. Stanisława Pawłowskiego. Niestety, po pięciu godzinach od przyjazdu i mimo prób odratowania, Stanisław Cichy zmarł. Pochowano go na cmentarzu w Czarni.

Historia Stanisława Cichego to przykład, jeden z wielu słabo rozpoznanych dotychczas przykładów długiego trwania przemytu na pograniczu polsko-niemieckim. Niech powyższy tekst będzie przyczynkiem i zachętą do badań nad tym dość pobieżnie opisanym tematem z historii Kurpiowszczyzny.

______________

Przypisy:

[1] Archiwum Państwowe w Warszawie Oddział w Pułtusku, Urząd Stanu Cywilnego w Myszyńcu. Księga Zgonów Gmina Czarnia. Roczniki: 1930-1941, nr 109. (metryki.genbaza.pl) Za wskazanie akt metrykalnych związanych z postacią Stanisława Cichego dziękuję Pani Marcie Wojciechowskiej.
[2] Nr 61. 1920 kwiecień 25. Informacja o Związku Puszczańskim, [w:] Źródła historyczne do dziejów Kurpiowszczyzny 1789-1956, red. W. Łukaszewski, Truskaw-Żelazna Rządowa 2020, s. 206.
[3] Nr 96. 1937 Listopad. Memoriał w sprawie stosunków w powiatach graniczących z Prusami Wschodnimi, [w:] Źródła historyczne…, s. 328.
[4] Ibidem, s. 328-329.
[5] L. Grochowski, Walka z przestępczością przemytniczą w okresie II Rzeczypospolitej, „Studia Prawnoustrojowe” 2004, t. 3, s. 136.
[6] Z. Kudrzycki, Rozogi – wieś mazurska a Kurpie, „Zeszyty Naukowe Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego” 1996, t. 10, s. 134.
[7] Archiwum Państwowe w Białymstoku (dalej: APB), Urząd Wojewódzki Białostocki, Miesięczne sprawozdania sytuacyjne wojewody białostockiego za 1933 rok, sygn. 72, k. 84.
[8] Opis wydarzeń z listopada 1935 roku oparłem na materiałach zawartych w: Archiwum Akt Nowych, Ambasada RP w Berlinie, sygn. 2791, k. 1-20; APB, Urząd Wojewódzki Białostocki, Miesięczne sprawozdania sytuacyjne wojewody białostockiego za 1935 rok, sygn. 85, k. 111.

Autor: Łukasz Gut

niedziela, 17 lipca 2022

„Trzy dni wśród Kurpiów” – Długi Kąt, Siarcza Łąka i Leman w 1925 roku

W okresie międzywojennym trwał nadal lub – jak kto woli – rozpoczynał się kolejny etap procesu odkrywania Kurpiów. Odkrywano mieszkańców regionu w różny sposób, m.in. jako miejsce na mapie turystycznej Polski. Takie wydarzenia jak występy Teatru Regionalnego z Płocka z Weselem na Kurpiach, czy uroczystość Bożego Ciała w Myszyńcu w 1937 roku wzmagały zainteresowanie mieszkańcami Puszczy Zielonej. Goszczący na Kurpiach dziennikarze, którzy pozostawili po sobie znaczną liczbę reportaży, z reguły odwiedzali największe miejscowości między Pisą a Orzycem. Zwykle rozpoczynano wycieczki po Kurpiach w Ostrołęce, zatrzymywano się w Kadzidle, by dotrzeć do głównego celu – Myszyńca.

Poniższa relacja, opublikowana we wrześniu 1925 r. w „Polsce Zbrojnej”, to cenny i niezbyt częsty przykład, gdy na plan pierwszy nie wyłaniają się Myszyniec czy Kadzidło (choć autor tekstu tam też zajrzał), ale mniejsze miejscowości: Długi Kąt, Siarcza Łąka i Leman. Poniższa korespondencja dobrze oddaje realia połowy lat dwudziestych na Kurpiach. Trudne warunki gospodarcze (bagniste tereny), codzienne pożywienie, reemigranci z Ameryki, echa wojny polsko-bolszewickiej i propaganda na pograniczu polsko-niemieckim. Wszystko to, a dla uważnego czytelnika jeszcze więcej kryje dwuczęściowy artykuł, scalony poniżej w jedno, a podpisany pseudonimem R. S.

W tekście zachowano pisownię oryginalną, poprawiono jednak interpunkcję i literówki. Dla lepszej czytelności dość długiego artykułu, pogrubiono też nazwy miejscowości wymienione przez Autora. Dodano też kilka przypisów. 

Zapraszam do lektury.

(Fotografia zamieszczona w „Kurierze Warszawskim” (nr 43 z 12 II 1933) i przedstawiająca tzw. typy Kurpiów.)

_________________


R. S.

Trzy dni wśród Kurpiów

Po korespondencjach z wyżyn i nizin tatrzańskich, czy z wybrzeża morskiego być może zainteresuje cię, czytelniku wieść od puszczy kurpiowskiej, z krainy leżącej pomiędzy Orzycem a Piszą[1], gdzie od dawna mieszkają puszczacy wśród „borów szumiących, piasków sypkich i błot grząskich”. Ci dawni myśliwi, bartnicy, rybacy i smolarze zajmując od wieków puszcze królewskie siedzieli zawsze cicho w czasach pokojowych, a słychać było o nich jeno wówczas, gdy dzielnie bronili kraju od Szweda, łączyli się w oddziały strzelców wyborowych podczas powstań w r. 1831 i 1863.

Zamiast na oczekiwany urlop po intensywnej pracy letniej los mię rzucił służbowo w te oto strony. Nigdy nie byłem na Kurpiach. Wiedziałem jedynie, że na tych północnych kresach Rzeczypospolitej żyje lud odmienny, czerstwy, zdrowy i miłością ojczyzny przepojony. Wiedziałem, że na lichych glebach sadzą kartofle, sieją owies i grykę, hodują do dziś pszczoły w pniach, a nie w ulach, zajmują się rybołóstwem i hodowlą koni i bydła wśród rozległych błot i łąk. I oto poznałem Kurpie.

Jechałem konno wzdłuż błotnistej doliny rz. Rozogi, mając na lewo lasy, przetrzebione w czasie wojny przez Niemców, na prawo szerokie błonia, łąki i bagna Rozogi, przez które jedynie w suche lato można się przeprawić bezpiecznie.

W południe zatrzymaliśmy się we wsi Długikąt na odpoczynek. Wieś niewielka przytyka do „bieli” tj. bagna. Kilkanaście chałup zaledwie, sołtys zajął się naszem zakwaterowaniem. Nie było to łatwe, bo gospodarze w polu, mając po kilka kilometrów do swych niewielkich szmatów ziemi ornej, nie wracają na obiad. Z trudnością we wsi znaleść można było trochę zsiadłego mleka i czarnego chleba. Usiedliśmy w niewielkim ogrodzie, w którym kilka olch i brzóz daje nieco cieniu. Drzew owocowych nie widać na Kurpiach, sadków niema.

W cieniu drzew sołtys nas bawi rozmową. Napozór wieś bogata. Gospodarze mają po 70-90 morgów, ale z tego zaledwie 10-15 morgów ziemi ornej, a reszta „biel” czyli bagnista łąka, z której nawet siana zebrać nie można, gdy przyjdzie rok mokry. Teraz oto już drugie lato nie można nic zebrać. Zeszłoroczne kopki siana jeszcze do dziś nie zebrane, stoją na niedostępnych mokradłach, tegoroczne – woda zabrała. Ciężki los dotknął Kurpiaków, wielkie musi być przywiązanie do ziem tych, którzy masowo muszą emigrować do Ameryki, a po uzbieraniu trochę grosza wracają, aby znów na rodzinnej, choć niewdzięcznej roli pracować dla przyszłych pokoleń.

Po krótkim wypoczynku jedziemy przez Kadzidło, niewielkie miasteczko zniszczone w czasie wojny światowej, ale już odbudowane – aż do Siarewłąki[2], gdzie stajemy na nocleg.

Gospodarz, miły staruszek, wrócił przed wojną z Ameryki i w miejsce spalonej w czasie wojny chałupy, wybudował sobie wcale ładne osiedle. Izba duża, przestronna, w izbie piec kuchenny, na którym się nigdy nie pali, bo kuchnia jest oddzielnie, talerze i miski malowane w barwne kwiaty, w ten sam sposób pozatykane łyżki, na ścianie na gwoździach rzędem wiszą kabki kwieciste, świadczące o zamożności domu. Wzdłuż ścian ławy i ławki, w kącie pomiędzy oknami stół przykryty serwetą, nad nim święte obrazki, z sufitu zwiesza się pająk misternie zrobiony z bibułki i słomek. Pyta, co trzeba przyrządzić. Jajecznica i mleko, to przysmaki, które zastąpią nam wieczerzę. Po podwórzu krzątają się chłopaki, jeden już „za dwa roki” do wojska pójdzie, patrzą się na żołnierzy ciekawie. Obaj przyszli na świat w Ameryce, a znać to po nich, bo pracują szybko, składnie. Ojciec, mając gości, chce przerwać robotę, ale chłopaki nie chcą, robota pali im się w garściach. „Jeszcze raz obrócimy” i jadą po zboże, które zwozić trzeba, póki pogoda dopisuje.

Nazajutrz jesteśmy w Myszyńcu, stolicy Kurpiów. Nędzna mieścina, zniszczona w czasie wojny, choć częściowo odbudowana. W chwili, gdyśmy wjeżdżali do miasteczka, właśnie kończyła się tam jakaś uroczystość. Straż pożarna w pełnej gali przedefilowała obok nas oddając nam honory wojskowe. Przed kościołem rozchodzi się publiczność do domu. To obchód 5 rocznicy oswobodzenia Myszyńca od bolszewików! Niestety, spóźniliśmy się na tę uroczystość.

Po krótkim postoju w Myszyńcu jedziemy dalej, by na noc stanąć w nadgranicznej wiosce – w Dąbrowach. W oddali widać wieżę kościoła w Fridrichshofe[3] już za granicą. Tuż za rogatką bawią się dzieci. Słucham – mówią po polsku. Dzieci mazurskie, oderwane od macierzy, nie mają nawet świadomości, że należą do narodu polskiego. Do rogatki prowadzi śliczna szosa, zbudowana przez Niemców a już za rządów polskich odnowiona. Pomiędzy rogatkami szosa zarosła trawą bo jej nikt nie konserwuje, a ruchu prawie niema.

Granica pruska zaznacza się wyraźnie dachami murowanych domów, świeżo odbudowanych po wojnie. Niemcy wszystko umieją robić na pokaz. To też pas nadgraniczny w promieniu 7 klm. odbudowano wspaniale, aby sąsiednich Kurpiów olśniewać swoją „Wirtschaft”. Ale Kurpie znają się na farbowanych lisach.

Nazajutrz jedziemy dalej wzdłuż granicy. Droga gdzieniegdzie wypada zaledwie o kilkanaście metrów od granicy. Spotykamy naszych strażników celnych, a po tamtej stronie jakby nie było nikogo. Granica oznaczona dawnemi słupami niemiecko-rosyjskiemi i dawne orły carskie, zamalowane jedynie białą farbą jeszcze prześwitują pod literami P. (Polska) i D. (Deutschland). Nie wiem od kogo to zależy, ale możnaby te słupy graniczne zmienić, bo Niemcy nie pragną zatarcia swego orła cesarskiego, ale dla nas orzeł rosyjski, prześwitujący pod literą „P” nie może być miły.

Przez dłuższą połać lasu dojeżdżamy wreszcie do ustronnej wioski Leman. Malowniczo położona na skraju lasu, wśród wzgórz nad Turoślą, zdawałoby wzięła nazwę od szwajcarskiego Lemanu. Historja tej wioski jest jednak nieco inna. Dawno już „jeszcze za czasów dawnej Polski” przywędrował tu jakiś Lemański z Nowogrodu nad Narwią i założył fabrykę żelazną. Przy fabryce powstała wioska, którą nazwał od swego nazwiska – Lemanem. Później fabrykę przeniesiono do sąsiedniego Wądołku na Mazurach pruskich, gdzie do dziś jej ruiny się znajdują, a Leman został i do dziś głównie przez Lemańskich jest zamieszkały.

W Lemanie dostaliśmy kwaterę na skraju lasu u gospodarza, co całą wojnę był żołnierzem armji rosyjskiej, siedział u Niemców w niewoli, i wrócił dopiero na krótko przed najazdem bolszewików. To też gdy bolszewicy uciekając przechodzili przez Leman, żyłka żołnierska w nim się odezwała, chwycił karabin i strzelał. Jak mówi, ostrzegał d-cę batalionu, który w Lemanie stał, że niebezpieczeństwo groźne, bo cała dywizja kozacka tu wali, a jeden bataljon mu się nie ostoi. I tak się stało. Bataljon ten, zdaje się z pułku kowieńskiego dywizji litewsko-białoruskiej został wycięty, a schwytanych jeńców bolszewicy rozebrali do naga i szablami wysiekli. Nim pomoc nadeszła, przekroczyli granicę i znaleźli bezpieczne schronienie w Prusach. Groby pomordowanych żołnierzy i kilku mieszkańców cywilnych Lemanu, którzy brali udział w walce znajdują się na cmentarzu lemańskim.

Gospodarz nasz ucieszył się wielce, że żołnierzy mógł u siebie gościć, a choć mu ta wizyta nie w porę wypadła, bo właśnie zajęty był pieczeniem chleba w izbie, którąśmy zajęli, za nic nie chciał ustąpić twierdząc, że takiej izby i stajni dla koni nie znajdziemy nigdzie. Gospodarz zamożny, bo ma 20 morgów ornego w jednym kawałku, obejście duże, ogród i pszczoły. Chciał sadzić drzewa owocowe, ale twierdzi, że grunt niepodatny. Gorsza ziemia niż tam za kordonem w Wądołku, Dziadkach czy Karpie. Bywa tam czasem, sąsiadów zna, boć to chłopy polskie, mazurskie, po polsku mówią, choć po niemiecku myślą. Jak był plebiscyt, to wszyscy głosowali „na Niemca”, bo się bali, że się mścić będzie, jeden tylko głosował za Polską, choć Niemiec jest, ale z Polaków pochodzi i chciał zmyć grzechy ojców, którzy go po polsku nie nauczyli. Bogaty jest więc Niemców się nie boi. Toć to tak blizko, gdyby w 1919 r. nie czekać było, ale pójść naprzód, to aż za Jańsbork[4], Szczytno, Olsztyn wszystko co polskie można było zająć. Puszcza by poszła, ale nie było nikogo, ktoby ją poprowadził.

Tak oto na pogawędce upłynął miło wieczór w chatce kurpiowskiej, a nazajutrz przez bagna Barbarki, lasy, mokradła doszliśmy do wschodniego kraju puszczy, przekraczając Pissę. Tu już krajobraz się zmienia zupełnie, wyżyną między Pissą a Biebrzą ma całkiem innym charakter.

Trzydniowa podróż przez puszczę była skończona. Z żalem opuszczałem Kurpiów. Tu w tej wolnej ziemi, która prócz króla nie znała pana, niema do dziś dnia ani jednego dworu. Puszcza siedzi ławą, jest sobie tylko panem i do dziś czci majestat Rzeczypospolitej, witając uśmiechem i ukłonem przejeżdżającego żołnierza z własnej ochoty, z przywiązania do munduru, który reprezentuje majestat państwa. Tu każdy rad jest ugościć żołnierza, pieniędzy nie chce, bo mleka czy chleba sam nie kupuje, rad jest że może przyjąć u siebie, jak gościa. Takiej gościnności jak na Kurpiach nie spotyka się w innych okolicach kraju. A chłop to biedny, mało ma ziemi i ciężka ziemia dużo wymaga pracy, a mało daje z siebie.

A puszcza? Puszcza jest właściwie legendą. Lasów już niema. Są niewielkie połacie lasu poprzerzynane bagnami i błotami, wytrzebione i wycięte przez Niemców na wielkiej przestrzeni przylegając do ogromnych lasów puszczy Jańsborskiej cudownie utrzymanej i pielęgnowanej przez tychże Niemców. Puszczy, w znaczeniu wielkich lasów już niema, ale istnieje lud puszczański, pełen patrjotyzmu i rycerskiego ducha, o którym mało się wie i pisze, bo puszcza nie jest i nie może być modnem letniskiem – to też nikt się nim nie interesuje, choć na szersze zainteresowanie ze wszechmiar zasługuje.

– KONIEC –

____________


Przypisy:
[1] Pisa (przyp. Ł. G.)
[2] Siarcza Łąka (przyp. Ł. G.)
[3] Friedrichshof – po 1945 r. Rozogi (przyp. Ł. G.)
[4] Jańsbork – po 1945 r. Pisz (przyp. Ł. G.)

Źródło: „Polska Zbrojna” nr 261 z 23 IX 1925; nr 262 z 24 IX 1925.

Oprac. Łukasz Gut