niedziela, 24 lipca 2022

Aleksander Pieńdak z Kierzka – Kurp, co listy do gazety pisał

Aleksander Pieńdak z Kierzka to postać bardzo mało znana, a szkoda, bo jego korespondencje, które przesyłał w okresie międzywojennym do „Gazety Świątecznej” zasługują na uwagę. Napisał kilka listów, które w znakomity sposób oddają problemy Kurpiów przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, a przy okazji dają możliwość przynajmniej pobieżnego poznania mentalności tego rolnika. Był to jeden z tych światłych mieszkańców regionu, którzy dzięki „Gazecie Świątecznej” próbowali unowocześniać swoje gospodarstwa i podnosić poziom życia u siebie i swoich sąsiadów.

„Gazeta Świąteczna” i Kurpie

„Gazeta Świąteczna” to czasopismo założone przez Konrada Prószyńskiego „Promyka”, autora m.in. słynnego elementarza, na którym uczyło się czytać i pisać kilka pokoleń Polaków. Założona w 1881 roku „Gazeta…” stała się z miejsca interesującą nowością na rynku prasowym Królestwa Polskiego. Było to pierwsze czasopismo przeznaczone „dla ludu”, w którym regularnie publikowano korespondencje od czytelników. Od początku istnienia czasopisma publikowali w nim Kurpie, by wymienić chociażby Franciszka Pieńkosa z Brodowych Łąk, Mateusza Perzona i Piotra Kaczyńskiego z Dylewa, czy Franciszka Ugniewskiego z Lemana. „Gazeta Świąteczna”, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę panujący jeszcze przed 1939 r. analfabetyzm, była czasopismem bodaj najpopularniejszym z tych, które dochodziły na Kurpie. Konstanty Kaczyński z Kadzidła notował w 1917 r.: Ludzie garną się do czytania tak, że Gazety Świątecznej przychodzi do naszego zakątka 100 egzemplarzy, a każdy z chęcią ją czyta i chwali, że jest najlepsza dla wszystkich, bo dla każdego zrozumiała[1]. W czasach II RP niejako wtórowały kadzidlańskiemu korespondentowi dane urzędowe, według których w 1935 r. „Gazeta Świąteczna” należała nadal do częściej czytanych w powiecie ostrołęckim[2].

Popularność „Gazety…” i być może przywiązanie do niej czytelników sprawiało, że kiedy powstawały lokalne czasopisma („Gość Puszczański”, „Przegląd Ostrołęcki”), to niektórzy nadal od niej się nie odwracali. Aleksander Pieńdak obok innego mieszkańca Kierzka – Antoniego Zadrożnego, należał do najczęściej publikujących Kurpiów w „Gazecie Świątecznej” po 1918 roku.

(Winieta „Gazety Świątecznej” z 1887 roku zawierająca ilustrację kościoła w Kadzidle
Źródło: „Gazeta Świąteczna” 1887, nr 364.)

Rolnik z Kierzka

Kierzek miał w dwudziestoleciu międzywojennym szczęście do chłopów, którzy, by posłużyć się sformułowaniem zaczerpniętym z „Gazety…”, położyli cepy w stodole i wzięli do ręki pióro. Jak wspomniano, obok Pieńdaka do „Gazety Świątecznej” pisał też Antoni Zadrożny, a kilkanaście listów przez nich łącznie napisanych to ciekawe źródło do historii małej miejscowości, którą Kierzek był w latach dwudziestych, licząc u progu niepodległości 185 mieszkańców[3]. Do 1931 r. Kierzek znajdował się w gminie Dylewo, a po zmianie nazwy gminy z 30 czerwca 1931 r. wieś znalazła się w nowoutworzonej gminie Kadzidło[4].

Co wiemy o tym ciekawym rolniku, który czasami chwytał za pióro? Niestety niewiele. Milczą o nim regionalne publikacje poza nielicznymi wyjątkami. Wiemy, że jak wielu zresztą Kurpiów był w swoim czasie na emigracji w Ameryce, jak sam pisał, przez kilkanaście lat[5]. Trudno zidentyfikować, kiedy do Ameryki przybył, ale być może już w 1903 lub 1909 r., bo wtedy to amerykańskie źródła z Ellis Island Foundation notują Aleksandra Pieńdaka z Kierzka, przybywającego do Stanów Zjednoczonych. Czy to ten sam Aleksander Pieńdak? Tego niestety nie wiadomo. Wiadomo za to, że w latach 1929-1935, a być może i dłużej był sołtysem wsi Kierzek. Próbował swoich sił jako domorosły „mleczarz”, zbierając śmietankę od rolników, mimo że nie posiadał na to stosownego zezwolenia, a na dodatek, jak opisywano w urzędowym memoriale z drugiej połowy lat trzydziestych, wygniata masło w fatalnych warunkach higienicznych. Działalność na tym polu była zresztą konkurencją wobec spółdzielni mleczarskiej „Zrozumienie” z Zawad[6].

Więcej o Aleksandrze Pieńdaku mówi nam jego publicystyka. Dziewięć listów do „Gazety Świątecznej”, jakie tam opublikowano w latach 1924-1934, posłuży do opowiedzenia o tym mieszkańcu Kierzka, którego nazwisko warto przypomnieć i umieścić w kontekście historycznym Kurpiowszczyzny lat 1918-1939.

Portret Autora – polityka, historia i tożsamość

Dziewięć listów Aleksandra Pieńdaka, które posłużą do analizy jego poglądów nie stanowią jednolitej tematyki. Pieńdak zabierał głos w różnych sprawach, począwszy od pisanego w 1924 r. wezwania do wspierania polskiego lotnictwa, a skończywszy na korespondencji z 1934 r. dotyczącej fatalnego stanu dróg na Kurpiach. Przy tej różnorodności tematycznej, da się jednak powiedzieć coś o autorze listów, co jakby mimochodem można z nich wyczytać.

Niewątpliwie rolnik z Kierzka odznaczał się gorliwą pobożnością i zdaje się, że żył na co dzień wyznawaną przez siebie wiarą katolicką. W jego listach znajdujemy liczne odwołania do Boga i przekonanie o religijności ludu kurpiowskiego. Jeden z opisów jaki zostawił, dobrze oddaje jego własne nastawienie: Pomimo ubogiej gleby mieszkańcy puszczy są weseli i razem z ptaszętami zanoszą korne modły do swego Stwórcy. Bo trzeba wiedzieć, że mieszkańcy puszczy Kurpiowskiej są bardzo pobożni. Lud puszczy Kurpiowskiej miłuje Boga i bliźniego, za wiarę gotów krew przelać[7]. W 1926 r., pisząc w obronie sakramentu małżeństwa stwierdzał: My, mieszkańcy puszczy Kurpiowskiej, stajemy wszyscy jak mur niezmożony w obronie sakramentu małżeństwa, w obronie wiary naszej świętej. Nie chcemy brać ślubów w sądach, w urzędach gminnych, nieraz może przed ludźmi wrogimi naszej Ojczyźnie kochanej. My chcemy Boga! Chcemy śluby składać w kościele przed ołtarzem. Jesteśmy narodem katolickim i wrogowie wiary św. nie przemogą nas swą przewrotnością. Rysem pobożności nie tylko Kurpia z Kierzka, ale i wielu z jego sąsiadów, a mówiąc ogólniej, całej ówczesnej katolickiej społeczności w Polsce był też kult maryjny. W wyżej cytowanej korespondencji Pieńdak oznajmiał wyraźnie o przywiązaniu do Matki Bożej, przypominając i wierząc, że to dzięki Niej Polacy obronili niepodległość w starciu z bolszewicką Rosją: uwielbiamy Matkę Boską, Królowę Korony Polskiej, która w chwili rozpaczy całego narodu polskiego wejrzała nań okiem miłosierdzia i pokonała gada piekielnego, który pełzł do serca Polski, do Warszawy. Słusznie postąpił naród polski, że z dziękczynieniem ofiarował berło Tej, która uratowała przodków naszych przed nawałą szwedzką, a nas przed nawałą bolszewicką[8]. Stosunek Aleksandra Pieńdaka do wiary i jego pobożność dobrze podsumowuje przysłowie, które sam cytował: „Bez Boga ani od proga”[9].

Oprócz religijności Pieńdaka, łatwo zauważyć jego zainteresowanie historią i polityką. Nawołując do zbierania ofiar na samoloty („latawce”) dla Wojska Polskiego, mieszkaniec Kierzka relacjonuje pogłoski o rozwoju lotnictwa w Związku Sowieckim i w Niemczech, wyrażając przekonanie o wrogości tych dwóch państw wobec Polski. Według niego Polska powinna tem bardziej mieć setki statków powietrznych, aby mogła śmiało stanąć przeciwko nieprzyjaciołom, którzy czatują na nią jak djabli na dobrą duszę, żeby ją porwać w swe szpony. Tak, niestety, czatują na tę naszą ukochaną Polskę bolszewicy i Niemcy[10]. Interesujący jest stosunek Pieńdaka do rządów, który zresztą, jak się wydaje, zmieniał się w czasie. O ile w 1924 r. Kurp ten okazywał zrozumienie, iż rządy w Polsce działają od niedawna, a więc należy je wspomóc jako społeczeństwo, o tyle dziesięć lat później wypowiadał się już krytyczniej. Wy, panowie, co dzierżycie władzę w ręku, co zmieniacie prawa państwa, nie myślcie, że wy, to państwo. Państwo to jesteśmy wszyscy: rolnik, rzemieślnik, robotnik, dopiero na końcu urzędnik. Bo gdyby rolnik nie pracował nad temi płodami, które są najpotrzebniejsze dla każdego, niktby w państwie nie żył – pisał i w dalszej części nawoływał do pamiętania o Bogu, którego miano wyrzucić z nowej konstytucji[11]. Wspominał o zaletach ludu z okolic Myszyńca, ale aby Kurpie mogli oddać ojczyźnie pożytek, trzeba było, jak dowodził, obchodzić się z nimi jak z obywatelami: Kurpie są waleczni, kochają Polskę i gotowi za nią krew wylać, ale chcą, żeby się z nimi obchodzono, jak z obywatelami, i żeby były dla nich ustanowione prawa sprawiedliwe, ojcowskie, a nie macosze, jak dotychczas[12].

W listach Aleksandra Pieńdaka widać też nawiązywanie do historii. Jego korespondencja, w której opisuje Ostrołękę i jej przeszłość jest wcale niezłym przykładem znajomości dziejów tego miasta, zwłaszcza powstania listopadowego, co do którego powołuje się zarówno na opowiadania starszych ludzi, jak i na wiedzę, którą musiał przyswoić być może w jakiś inny sposób, gdy wspominał nieudolność „jenerała Skrzyneckiego” i losy pomnika wystawionego przez Rosjan na pamiątkę bitwy rozegranej 26 maja 1831 r. Na marginesie opowieści o Ostrołęce, da się zauważyć niechęć do Rosjan wynikającą nie tylko z osobistych doświadczeń, ale także historii, bo na to wskazuje poniższy fragment listu, gdy mowa o usunięciu dawnego pomnika carskiego: Pomnik ten był upokorzeniem dla nas, Polaków. Stał po prawej stronie Narwi, gdzie się schodzą główne drogi z puszczy Kurpiowskiej i główna droga do Warszawy. Stał tam, jak djabeł na rogatce, do roku 1916; lecz przyszedł dzień, że go zburzono do szczętu. Teraz na tem miejscu zbudowany jest tartak parowy. Po zburzeniu tego potwora rossyjskiego lżej się zrobiło na sercu każdemu prawemu Polakowi, że już nie będzie patrzał na ten objaw wzgardy dla nas[13].

Na koniec tych krótkich uwag nad mentalnością Autora listów do „Gazety Świątecznej”, warto zauważyć, że nie należał on do grona chyba nadal licznego w okresie międzywojennym, które niechętnie przyznawało się do swojej kurpiowskiej tożsamości. Pieńdak czuł się obywatelem polskim (Otóż jako obywatel polski postanowiłem…[14]), a do tego właśnie Kurpiem, na co przynajmniej zdają się wskazywać tu i ówdzie wyrażane sformułowania podobne do tego: My, mieszkańcy puszczy Kurpiowskiej, czy gdzie indziej formułowane i cytowane wyżej Kurpie są waleczni, kochają Polskę i gotowi za nią krew wylać…, które odnosił chyba również do siebie.

Kronikarz kurpiowskiej rzeczywistości

Tyle o samym portrecie Autora i próbie jego scharakteryzowania. Spójrzmy na listy, jako po prostu na źródło wiedzy o Kurpiowszczyźnie przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Jest to źródło interesujące, wzbogacające naszą wiedzę jak zresztą i inne listy pisane przez Kurpiów do „Gazety Świątecznej”. Aleksander Pieńdak dość skrupulatnie opisywał otaczającą go rzeczywistość, której wspólnym mianownikiem była mówiąc najogólniej bieda. Pieńdak, zgodnie zresztą z tym, co promowała „Gazeta Świąteczna” wskazywał na problemy i środki zaradcze, aby poprawić los mieszkańców wsi kurpiowskiej. Nie dziwi więc np. wskazywanie problemu pijaństwa, z którym „Gazeta…” walczyła właściwie od momentu swojego powstania. Należał tu zresztą mieszkaniec Kierzka do dość licznego grona krytykującego Kurpiów za nadmierne spożycie alkoholu[15]. Według niego Zbrodnią jest także, że w państwie takiem, jak Polska, niezasobnem, bo nowoodbudowanem, w którem brak jeszcze chleba powszedniego, wyrabia się tak dużo gorzały, przez którą ludzie tracą mienie i zdrowie[16]. W innym miejscu alarmował o problemie braku drzewa budulcowego na Kurpiach, problemie, który przecież należał do kategorii żywotnych interesów dla mieszkańców tego biednego regionu[17].

Nie uszły jego uwadze także kurpiowskie drogi, których fatalna jakość była powszechnie znana. Jak poprawić ich stan? Recepta Pieńdaka była następująca: Rząd, co ma wydawać miljony na bezroboczych, powinien rozpocząć budowę bitych dróg, których bardzo brak w całej Polsce, choć może najgorzej w puszczy Kurpiowskiej. Roboty w Polsce nie powinno zabraknąć, bo Polska jest jako ten rolnik, co gdzieś założył nową gospodarkę, gdzie musi zrzynać i karczować pnie, krudować nieporuszoną od wieków ziemię. Polska jest tą nowo założoną gospodarką, gdzie brak bitych dróg i koleji, gdzie trzeba uporządkować rzeki, osuszyć błota i wiele, wiele wykonać. Słowem – moc zadań do wykonania, ale pomysłów na ich rozwiązanie sołtysowi Kierzka nie brakowało.

Podobnie zresztą diagnozował on inny ważny problem nie tylko zresztą kurpiowskiej wsi przed wojną, a mianowicie słomiane strzechy, które sprzyjały licznym, skądinąd często relacjonowanym w samej „Gazecie Świątecznej” pożarom. Według Aleksandra Pieńdaka w tej sprawie powinien działać rząd, a mianowicie: niech rząd nasz, zamiast nakazywać bielenie domostw wapnem, rozkaże stopniowo kasować strzechy słomiane, tak, żeby w ciągu dwóch, trzech lat nie było już ich w Polsce. Sowicie się to wynagrodzi[18]. Gdy dodamy do tego znakomitą polemikę w sprawie użytkowania torfu na Kurpiach (Trzeba to przyznać, że i torf może być użyteczny już to jako opał, już to jako pastwiska, łąki i pola. Ale pole to nigdy nie będzie urodzajne, chociażby przy dużym nakładzie kosztu i pracy[19]), otrzymamy miarodajny obraz niektórych problemów kurpiowskich wsi lat dwudziestych i trzydziestych. Listy do „Gazety Świątecznej” dają możliwość spojrzenia na owe problemy oczami samych Kurpiów, co samo w sobie jest niezwykle cenne.

Aleksander Pieńdak wart upamiętnienia

Niewątpliwie sołtys Kierzka w latach kiedy piastował tę funkcję musiał być znany wszystkim mieszkańcom tej wsi, a poprzez swoje korespondencje trafiał być może do świadomości niektórych Kurpiów z innych miejscowości. Warto przywracać pamięć o takich postaciach jak Aleksander Pieńdak czy Antoni Zadrożny. Być może należałoby ich w jakiś sposób upamiętnić w Kierzku? Niech powyższy tekst stanowi zaproszenie do upamiętnienia tych Kurpiów, którzy niegdyś „zostawili cepy w stodole” i chwycili za pióro. Kimś takim był niewątpliwie Aleksander Pieńdak.


______________

Przypisy:
[1] Czytelnik K., Z parafji Kadzidła na Kurpiach, „Gazeta Świąteczna” 1917, nr 1884.
[2] Archiwum Państwowe w Białymstoku, Urząd Wojewódzki Białostocki, Miesięczne sprawozdania sytuacyjne wojewody białostockiego za 1935 r., sygn. 82, k. 73.
[3] Skorowidz miejscowości Rzeczypospolitej Polskiej, t. V, województwo białostockie, Warszawa 1924.
[4] Nr 161. 1931 czerwiec 30. Obwieszczenie MSW o zmianie nazwy gminy Dylewo, Nasiadki i Wach, [w:] Kadzidło i okolice w źródłach historycznych, red. Ł. Gut, W. Łukaszewski, Kadzidło 2021, s. 325.
[5] A. Pieńdak, Bielenie domów czy krycie ogniotrwałe, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2532.
[6] H. Tanianis, Wspomnienia, „Zeszyty Naukowe Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego” 1994, t. 8, s. 248.; Nr 96. 1937 Listopad. Memoriał w sprawie stosunków w powiatach graniczących z Prusami Wschodnimi, [w:] Źródła historyczne do dziejów Kurpiowszczyzny 1789-1956, pod red. W. Łukaszewskiego, Truskaw – Żelazna Rządowa 2020, s. 294.; W. Łukaszewski, Z dziejów ruchu spółdzielczego na Kurpiowszczyźnie w II Rzeczypospolitej, [w:] Kurpiowszczyzna – kultura, historia, gospodarka. Wybrane zagadnienia, pod red. J. Gołoty i J. Mironczuka, Ostrołęka 2017, s. 196.
[7] A. Pieńdak, Z puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1934, nr 2780.
[8] Ibidem.
[9] Ibidem.
[10] A. Pieńdak, O lotnictwo polskie, „Gazeta Świąteczna” 1924, nr 2283.
[11] Idem, Z puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1934, nr 2780.
[12] Idem, Z pod Myszyńca w puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2522.
[13] Idem, Z Ostrołęki, „Gazeta Świąteczna” 1928, nr 2448.
[14] Idem, Z gminy Dylewskiej, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2539.
[15] Por. Ł. Gut, Wyrzeczysko. Kurpie i alkohol w drugiej połowie XIX wieku, kurpie-historia-trwanie.blogspot.com [dostęp: 24.07.2022]
[16] A. Pieńdak, Z gminy Dylewskiej, „Gazeta Świąteczna” 1928, nr 2465.
[17] Idem, Z Puszczy – pustkowie, „Gazeta Świąteczna” 1928, nr 2452.
[18] Idem, Bielenie domów czy krycie ogniotrwałe, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2532.
[19] Por. Ł. Gut, Karaska – historia torfem pisana, kurpie-historia-trwanie.blogspot.com [dostęp: 24.07.2022]

Autor: Łukasz Gut

niedziela, 17 lipca 2022

„Trzy dni wśród Kurpiów” – Długi Kąt, Siarcza Łąka i Leman w 1925 roku

W okresie międzywojennym trwał nadal lub  jak kto woli  rozpoczynał się kolejny etap procesu odkrywania Kurpiów. Odkrywano mieszkańców regionu w różny sposób, m.in. jako miejsce na mapie turystycznej Polski. Takie wydarzenia jak występy Teatru Regionalnego z Płocka z Weselem na Kurpiach, czy uroczystość Bożego Ciała w Myszyńcu w 1937 roku wzmagały zainteresowanie mieszkańcami Puszczy Zielonej. Goszczący na Kurpiach dziennikarze, którzy pozostawili po sobie znaczną liczbę reportaży, z reguły odwiedzali największe miejscowości między Pisą a Orzycem. Zwykle rozpoczynano wycieczki po Kurpiach w Ostrołęce, zatrzymywano się w Kadzidle, by dotrzeć do głównego celu – Myszyńca.

Poniższa relacja, opublikowana we wrześniu 1925 r. w „Polsce Zbrojnej”, to cenny i niezbyt częsty przykład, gdy na plan pierwszy nie wyłaniają się Myszyniec czy Kadzidło (choć autor tekstu tam też zajrzał), ale mniejsze miejscowości: Długi Kąt, Siarcza Łąka i Leman. Poniższa korespondencja dobrze oddaje realia połowy lat dwudziestych na Kurpiach. Trudne warunki gospodarcze (bagniste tereny), codzienne pożywienie, reemigranci z Ameryki, echa wojny polsko-bolszewickiej i propaganda na pograniczu polsko-niemieckim. Wszystko to, a dla uważnego czytelnika jeszcze więcej kryje dwuczęściowy artykuł, scalony poniżej w jedno, a podpisany pseudonimem R. S.

W tekście zachowano pisownię oryginalną, poprawiono jednak interpunkcję i literówki. Dla lepszej czytelności dość długiego artykułu, pogrubiono też nazwy miejscowości wymienione przez Autora. Dodano też kilka przypisów. 

Zapraszam do lektury.

(Fotografia zamieszczona w „Kurierze Warszawskim” (nr 43 z 12 II 1933) i przedstawiająca tzw. typy Kurpiów.)

_________________


R. S.

Trzy dni wśród Kurpiów

Po korespondencjach z wyżyn i nizin tatrzańskich, czy z wybrzeża morskiego być może zainteresuje cię, czytelniku wieść od puszczy kurpiowskiej, z krainy leżącej pomiędzy Orzycem a Piszą[1], gdzie od dawna mieszkają puszczacy wśród „borów szumiących, piasków sypkich i błot grząskich”. Ci dawni myśliwi, bartnicy, rybacy i smolarze zajmując od wieków puszcze królewskie siedzieli zawsze cicho w czasach pokojowych, a słychać było o nich jeno wówczas, gdy dzielnie bronili kraju od Szweda, łączyli się w oddziały strzelców wyborowych podczas powstań w r. 1831 i 1863.

Zamiast na oczekiwany urlop po intensywnej pracy letniej los mię rzucił służbowo w te oto strony. Nigdy nie byłem na Kurpiach. Wiedziałem jedynie, że na tych północnych kresach Rzeczypospolitej żyje lud odmienny, czerstwy, zdrowy i miłością ojczyzny przepojony. Wiedziałem, że na lichych glebach sadzą kartofle, sieją owies i grykę, hodują do dziś pszczoły w pniach, a nie w ulach, zajmują się rybołóstwem i hodowlą koni i bydła wśród rozległych błot i łąk. I oto poznałem Kurpie.

Jechałem konno wzdłuż błotnistej doliny rz. Rozogi, mając na lewo lasy, przetrzebione w czasie wojny przez Niemców, na prawo szerokie błonia, łąki i bagna Rozogi, przez które jedynie w suche lato można się przeprawić bezpiecznie.

W południe zatrzymaliśmy się we wsi Długikąt na odpoczynek. Wieś niewielka przytyka do „bieli” tj. bagna. Kilkanaście chałup zaledwie, sołtys zajął się naszem zakwaterowaniem. Nie było to łatwe, bo gospodarze w polu, mając po kilka kilometrów do swych niewielkich szmatów ziemi ornej, nie wracają na obiad. Z trudnością we wsi znaleść można było trochę zsiadłego mleka i czarnego chleba. Usiedliśmy w niewielkim ogrodzie, w którym kilka olch i brzóz daje nieco cieniu. Drzew owocowych nie widać na Kurpiach, sadków niema.

W cieniu drzew sołtys nas bawi rozmową. Napozór wieś bogata. Gospodarze mają po 70-90 morgów, ale z tego zaledwie 10-15 morgów ziemi ornej, a reszta „biel” czyli bagnista łąka, z której nawet siana zebrać nie można, gdy przyjdzie rok mokry. Teraz oto już drugie lato nie można nic zebrać. Zeszłoroczne kopki siana jeszcze do dziś nie zebrane, stoją na niedostępnych mokradłach, tegoroczne – woda zabrała. Ciężki los dotknął Kurpiaków, wielkie musi być przywiązanie do ziem tych, którzy masowo muszą emigrować do Ameryki, a po uzbieraniu trochę grosza wracają, aby znów na rodzinnej, choć niewdzięcznej roli pracować dla przyszłych pokoleń.

Po krótkim wypoczynku jedziemy przez Kadzidło, niewielkie miasteczko zniszczone w czasie wojny światowej, ale już odbudowane – aż do Siarewłąki[2], gdzie stajemy na nocleg.

Gospodarz, miły staruszek, wrócił przed wojną z Ameryki i w miejsce spalonej w czasie wojny chałupy, wybudował sobie wcale ładne osiedle. Izba duża, przestronna, w izbie piec kuchenny, na którym się nigdy nie pali, bo kuchnia jest oddzielnie, talerze i miski malowane w barwne kwiaty, w ten sam sposób pozatykane łyżki, na ścianie na gwoździach rzędem wiszą kabki kwieciste, świadczące o zamożności domu. Wzdłuż ścian ławy i ławki, w kącie pomiędzy oknami stół przykryty serwetą, nad nim święte obrazki, z sufitu zwiesza się pająk misternie zrobiony z bibułki i słomek. Pyta, co trzeba przyrządzić. Jajecznica i mleko, to przysmaki, które zastąpią nam wieczerzę. Po podwórzu krzątają się chłopaki, jeden już „za dwa roki” do wojska pójdzie, patrzą się na żołnierzy ciekawie. Obaj przyszli na świat w Ameryce, a znać to po nich, bo pracują szybko, składnie. Ojciec, mając gości, chce przerwać robotę, ale chłopaki nie chcą, robota pali im się w garściach. „Jeszcze raz obrócimy” i jadą po zboże, które zwozić trzeba, póki pogoda dopisuje.

Nazajutrz jesteśmy w Myszyńcu, stolicy Kurpiów. Nędzna mieścina, zniszczona w czasie wojny, choć częściowo odbudowana. W chwili, gdyśmy wjeżdżali do miasteczka, właśnie kończyła się tam jakaś uroczystość. Straż pożarna w pełnej gali przedefilowała obok nas oddając nam honory wojskowe. Przed kościołem rozchodzi się publiczność do domu. To obchód 5 rocznicy oswobodzenia Myszyńca od bolszewików! Niestety, spóźniliśmy się na tę uroczystość.

Po krótkim postoju w Myszyńcu jedziemy dalej, by na noc stanąć w nadgranicznej wiosce – w Dąbrowach. W oddali widać wieżę kościoła w Fridrichshofe[3] już za granicą. Tuż za rogatką bawią się dzieci. Słucham – mówią po polsku. Dzieci mazurskie, oderwane od macierzy, nie mają nawet świadomości, że należą do narodu polskiego. Do rogatki prowadzi śliczna szosa, zbudowana przez Niemców a już za rządów polskich odnowiona. Pomiędzy rogatkami szosa zarosła trawą bo jej nikt nie konserwuje, a ruchu prawie niema.

Granica pruska zaznacza się wyraźnie dachami murowanych domów, świeżo odbudowanych po wojnie. Niemcy wszystko umieją robić na pokaz. To też pas nadgraniczny w promieniu 7 klm. odbudowano wspaniale, aby sąsiednich Kurpiów olśniewać swoją „Wirtschaft”. Ale Kurpie znają się na farbowanych lisach.

Nazajutrz jedziemy dalej wzdłuż granicy. Droga gdzieniegdzie wypada zaledwie o kilkanaście metrów od granicy. Spotykamy naszych strażników celnych, a po tamtej stronie jakby nie było nikogo. Granica oznaczona dawnemi słupami niemiecko-rosyjskiemi i dawne orły carskie, zamalowane jedynie białą farbą jeszcze prześwitują pod literami P. (Polska) i D. (Deutschland). Nie wiem od kogo to zależy, ale możnaby te słupy graniczne zmienić, bo Niemcy nie pragną zatarcia swego orła cesarskiego, ale dla nas orzeł rosyjski, prześwitujący pod literą „P” nie może być miły.

Przez dłuższą połać lasu dojeżdżamy wreszcie do ustronnej wioski Leman. Malowniczo położona na skraju lasu, wśród wzgórz nad Turoślą, zdawałoby wzięła nazwę od szwajcarskiego Lemanu. Historja tej wioski jest jednak nieco inna. Dawno już „jeszcze za czasów dawnej Polski” przywędrował tu jakiś Lemański z Nowogrodu nad Narwią i założył fabrykę żelazną. Przy fabryce powstała wioska, którą nazwał od swego nazwiska – Lemanem. Później fabrykę przeniesiono do sąsiedniego Wądołku na Mazurach pruskich, gdzie do dziś jej ruiny się znajdują, a Leman został i do dziś głównie przez Lemańskich jest zamieszkały.

W Lemanie dostaliśmy kwaterę na skraju lasu u gospodarza, co całą wojnę był żołnierzem armji rosyjskiej, siedział u Niemców w niewoli, i wrócił dopiero na krótko przed najazdem bolszewików. To też gdy bolszewicy uciekając przechodzili przez Leman, żyłka żołnierska w nim się odezwała, chwycił karabin i strzelał. Jak mówi, ostrzegał d-cę batalionu, który w Lemanie stał, że niebezpieczeństwo groźne, bo cała dywizja kozacka tu wali, a jeden bataljon mu się nie ostoi. I tak się stało. Bataljon ten, zdaje się z pułku kowieńskiego dywizji litewsko-białoruskiej został wycięty, a schwytanych jeńców bolszewicy rozebrali do naga i szablami wysiekli. Nim pomoc nadeszła, przekroczyli granicę i znaleźli bezpieczne schronienie w Prusach. Groby pomordowanych żołnierzy i kilku mieszkańców cywilnych Lemanu, którzy brali udział w walce znajdują się na cmentarzu lemańskim.

Gospodarz nasz ucieszył się wielce, że żołnierzy mógł u siebie gościć, a choć mu ta wizyta nie w porę wypadła, bo właśnie zajęty był pieczeniem chleba w izbie, którąśmy zajęli, za nic nie chciał ustąpić twierdząc, że takiej izby i stajni dla koni nie znajdziemy nigdzie. Gospodarz zamożny, bo ma 20 morgów ornego w jednym kawałku, obejście duże, ogród i pszczoły. Chciał sadzić drzewa owocowe, ale twierdzi, że grunt niepodatny. Gorsza ziemia niż tam za kordonem w Wądołku, Dziadkach czy Karpie. Bywa tam czasem, sąsiadów zna, boć to chłopy polskie, mazurskie, po polsku mówią, choć po niemiecku myślą. Jak był plebiscyt, to wszyscy głosowali „na Niemca”, bo się bali, że się mścić będzie, jeden tylko głosował za Polską, choć Niemiec jest, ale z Polaków pochodzi i chciał zmyć grzechy ojców, którzy go po polsku nie nauczyli. Bogaty jest więc Niemców się nie boi. Toć to tak blizko, gdyby w 1919 r. nie czekać było, ale pójść naprzód, to aż za Jańsbork[4], Szczytno, Olsztyn wszystko co polskie można było zająć. Puszcza by poszła, ale nie było nikogo, ktoby ją poprowadził.

Tak oto na pogawędce upłynął miło wieczór w chatce kurpiowskiej, a nazajutrz przez bagna Barbarki, lasy, mokradła doszliśmy do wschodniego kraju puszczy, przekraczając Pissę. Tu już krajobraz się zmienia zupełnie, wyżyną między Pissą a Biebrzą ma całkiem innym charakter.

Trzydniowa podróż przez puszczę była skończona. Z żalem opuszczałem Kurpiów. Tu w tej wolnej ziemi, która prócz króla nie znała pana, niema do dziś dnia ani jednego dworu. Puszcza siedzi ławą, jest sobie tylko panem i do dziś czci majestat Rzeczypospolitej, witając uśmiechem i ukłonem przejeżdżającego żołnierza z własnej ochoty, z przywiązania do munduru, który reprezentuje majestat państwa. Tu każdy rad jest ugościć żołnierza, pieniędzy nie chce, bo mleka czy chleba sam nie kupuje, rad jest że może przyjąć u siebie, jak gościa. Takiej gościnności jak na Kurpiach nie spotyka się w innych okolicach kraju. A chłop to biedny, mało ma ziemi i ciężka ziemia dużo wymaga pracy, a mało daje z siebie.

A puszcza? Puszcza jest właściwie legendą. Lasów już niema. Są niewielkie połacie lasu poprzerzynane bagnami i błotami, wytrzebione i wycięte przez Niemców na wielkiej przestrzeni przylegając do ogromnych lasów puszczy Jańsborskiej cudownie utrzymanej i pielęgnowanej przez tychże Niemców. Puszczy, w znaczeniu wielkich lasów już niema, ale istnieje lud puszczański, pełen patrjotyzmu i rycerskiego ducha, o którym mało się wie i pisze, bo puszcza nie jest i nie może być modnem letniskiem – to też nikt się nim nie interesuje, choć na szersze zainteresowanie ze wszechmiar zasługuje.

– KONIEC –

____________


Przypisy:
[1] Pisa (przyp. Ł. G.)
[2] Siarcza Łąka (przyp. Ł. G.)
[3] Friedrichshof – po 1945 r. Rozogi (przyp. Ł. G.)
[4] Jańsbork – po 1945 r. Pisz (przyp. Ł. G.)

Źródło: „Polska Zbrojna” nr 261 z 23 IX 1925; nr 262 z 24 IX 1925.

Oprac. Łukasz Gut

czwartek, 4 lutego 2021

Karaska – historia torfem pisana

Nie masz podobno w teraźnieyszym Królestwie Polskim smutnieyszey okolicy nad puszczę Myszeniecką, dawniey starostwo Ostrołęckie dziś ekonomią koronną Ostrołęka składaiącą. Nieuyrzysz tam tylko wydmy piaszczyste, obszerną przestrzeń ziemi lotnym piaskiem zasypaną, i do uprawy mniej zdatną. Bagna błotniste, i lasy nikczemne, bo na lichym gruncie nawet sosnowe drzewo tępo, i krzywo rośnie[1] – tak opisywał Wincenty Hipolit Gawarecki kurpiowski krajobraz około 1830 roku, wskazując jego charakterystyczne cechy. Zwykle skupiamy się na „lasach nikczemnych”, a tymczasem nie brakowało w przeszłości na Kurpiach również lotnych piasków i licznych bagien, jakby mniej oświetlonych przez historyków[2]. Poniższy tekst dotyczy torfowiska Karaska, które obecnie jest jednym z największych w Polsce torfowisk wysokich typu kontynentalnego[3].

Torfowisko powstało w bezodpływowej niecce na skutek wytopienia się tutaj na przełomie plejstocenu i holocenu warstwy wiecznej zmarzliny[4]. Niniejszy artykuł nie dotyczy jednak najdawniejszej przeszłości torfowiska Karaska, a w skali tak długiej historii jest jedynie wycinkiem z dziejów najnowszych. Przypomnijmy kilka obrazów z XIX i XX w., w których pojawia się bagno Karaska.

1806 rok

Karaska to nazwa zarówno torfowiska, jak i jeziora oraz późniejszej osady. Trzeci rozbiór Rzeczypospolitej okazał się nową epoką dla mieszkańców Puszczy Kurpiowskiej. Od 1797 r. torfowisko Karaska znalazło się w granicach nowej jednostki administracyjnej – Prus Nowowschodnich (Neuostpreussen). Osada Karaska powstała w 1806 r., kiedy to rząd pruski nadał menonicie Piotrowi Schultzowi 90 m. (19 lasu, reszta bagien) gruntu nad bagnem z prawem kolonizacyi[5]. Dlaczego menonita Schultz został sprowadzony w okolice bagien Karaska? Możemy się domyślać, iż miało to związek z legendarnymi wręcz umiejętnościami gospodarowania menonitów (zwanych też olędrami) na podmokłych terenach[6]. Tym samym byłaby to pierwsza data, z którą można skojarzyć początki zainteresowania zagospodarowaniem bagien Karaska w XIX wieku. Tak późne, jak na resztę puszczy osadnictwo, można chyba łączyć z trudnymi warunkami, które bez wątpienia pierwsi osadnicy musieli napotykać. Franciszek Piaścik podawał nawet Karaskę jako przykład wsi o z góry ograniczonych możliwościach rozwoju[7]. Wiemy, że osada ta w 1827 r., a więc po dwudziestu latach od jej założenia, liczyła 13 mieszkańców, a w 1878 r. 26 osób[8]. Gawarecki, podając stan liczebny poszczególnych wsi, wymienia przy okazji Karaski jednego kolonistę. Na „obcy element” w Karasce zwrócił uwagę cytowany Piaścik, piszący: Nazwiska gospodarzy zamieszkałych w Karasce w r. 1881: Józef Koziatek, Agata Koziatek, Józef Szulc i Michał Glazer wskazują na obecność osadników obcego pochodzenia[9]. Czy Józef Szulc był potomkiem Piotra Schultza, a wymienieni osadnicy byli również menonitami? O tym źródła milczą.

Tyle o samej miejscowości. Skupmy się na torfowisku. Mówienie o puszczy (w sensie formacji roślinnej) w stosunku do Kurpiowszczyzny na przełomie XVIII i XIX wieku jest – jak wykazał Marcin Tomczak – pewną przesadą. Bliższe prawdy na temat ówczesnego krajobrazu jest określenie „pustynia kurpiowska”. Twórca tego określenia słusznie jednak podkreśla, że dla dawnej Kurpiowszczyzny charakterystyczna była przede wszystkim duża różnorodność środowiska naturalnego[10]. Pośród tej różnorodności, zauważamy istotną rolę bagien, które stanowiły ważny wyróżnik omawianego terenu. W lustracji starostwa ostrołęckiego z 1789 r. czytamy m.in. o Kadzidle, jak to oprócz piasków, zarośli, i lasów (…) ta wieś niema innych gruntów więcey tylko bagna, a o Myszyńcu, iż grunta ta wieś ma piasczyste i bagniste, borów żadnych, prócz zarośli, mniey zdatnych[11].

(Fragment mapy Topographisch-Militärische Karte vom vormaligen Neu Ostpreussen, oder dem jetzigen Nördlichen Theil des Herzogthums Warschau, nebst dem Russischen Distrikt, 1:150 000)

Na mapie obrazującej stan na koniec XVIII w., przedstawiającej obszary puszczy jako część Prus Nowowschodnich, widzimy, że bagno Karaska (Karaska Bruch), otoczone lasami, znajdowało się pomiędzy wsiami Piasecznią, Kierzkiem, Kopaczyskami i Olszynami. Na obszarze torfowiska widoczne było również małe jezioro, o którym wspomina m.in. Wincenty Pol, piszący, iż wśród błot Karaska – pomiędzy Rozogą a Omulewem – w puszczy Myszynieckiej, przy wsi Piaseczna – rozlało się jezioro Karaska, około 15 morgów powierzchni zajmujące[12]. Jezioro Karaska było jednym z licznych jezior, dziś wyschniętych, które znajdowały się w granicach puszczy, takich jak m.in. Serafin, Łacha, Otok i Burawe[13]. Ich zanikanie było zauważalne już przed 1939 rokiem[14]. Pruska mapa pokazuje to, co na temat Kurpiowszczyzny odnotowała literatura geograficzna w XIX stuleciu, a więc znaczną ilość mokradeł i trzęsawisk. Jeszcze w międzywojennej Polsce szacowano zabagnienie puszczy na 20%, choć zauważono zmniejszanie się tego obszaru[15]. Według Haliny Radlicz, największe torfowiska wówczas znajdowały się we wschodniej i zachodniej części Kurpi, a do ciekawszych należały jej zdaniem m.in. torfowisko ciągnące się wzdłuż kanału Turoślańskiego, bagno Kaczory, torfowisko leżące pomiędzy wsiami Serafinem a Pupkowizną i Szeroka Biel[16].

Karaskę błoto osuszyć!

W cytowanej wyżej pracy W. H. Gawarecki twierdził: Z między licznych bagien, nayznacznieysze iest zwane Karaska, między wsiami Olszynami, Kopaczyskiem, Kierzskiem, i Glebą, na mile długie, a przeszło ćwierć mili szerokie, za spuszczeniem wody do rzeki Omulwi, mogłoby bydź osuszone, i w użyteczne łąki obrócone[17]. Myśl osuszenia bagien pomiędzy Piasecznią a Olszynami towarzyszyła dziejom torfowiska w kolejnych latach. Tym bardziej, że, jak widzimy na Topograficznej Karcie Królestwa Polskiego (wykonana w latach 20-30. XIX wieku), Karaska błoto wyglądało podobnie, jak w końcu XVIII w.

(Fragment mapy Topograficzna Karta Królestwa Polskiego, Kol. IV. Sek. I., 1:126 000)

Ideę osuszenia podejmowała administracja Królestwa Polskiego, a konkretniej Komisja Rządowa Przychodów i Skarbu. Już w 1845 r. planowano osuszenie bagna Karaska, na co chciano przeznaczyć 1570 rubli[18]. Jak informował nadleśny Jan Nieciengiewicz, w latach 1852 i 1854 przedsięwzięto osuszenie bagna Karaska, dla dania sposobności zarobkowania tutejszej ludności do utrzymania życia, gdyż były to tzw. głodne lata[19]. Bagno, według Nieciengiewicza, miało dwie wady: z jednej strony było po prostu bezużyteczne, a z drugiej, z powodu zepsutych swych wyziewów, niekorzystnie oddziaływało na zdrowie ludzi i zwierząt domowych. Ze szkodliwych oparów zdawano sobie sprawę nie tylko w przypadku Karaski. Podobnie w XIX wieku pojmowano problem np. w stosunku do rzeki Orzyc[20].

Karaska została w części osuszona, a okoliczni Kurpie mieli od tej pory możliwość użytkowania powierzchni torfowiska jako łąk i pastwisk[21]. Osuszenie polegało na wykopaniu kanału i rowów odprowadzających wodę z samego jeziora Karaska do rzeki Omulew[22]. Problem techniczny, jaki wiązał się z wykopanym kanałem, sprowadzał się do tego, że bieg wody napotykał pokłady skaliste, potrzebujące znacznej siły do przebicia[23]. Kanały wykopane w latach 50. i 60. wykopano nie tylko dla osuszenia Karaski. W tym samym czasie powstały kanały na jeziorze Serafin[24]. Na lata 1839-1862 przypadały nie tylko pierwsze melioracje. Starano się poradzić sobie w omawianym okresie z licznymi wydmami piaskowymi, w czym pomóc miało zalesianie, które nie zawsze dawało pożądane skutki, czasami chyba nie bez winy samych Kurpiów[25].

Do pieca torf zamiast drewna

Karaska w latach 1918-1939 stała się jednym z niewielu miejsc na Kurpiach, gdzie można było podziwiać dobrze zachowaną – jak na resztę Kurpiowszczyzny – faunę. To tutaj licznie występowały dzikie kaczki, co potwierdza ks. Władysław Skierkowski[26]. Bywały także – jak określał je Chętnik – „żmije jadowite”, czyli najpewniej żmije zygzakowate (Vipera berus)[27]. Jeśli chodzi o roślinność, notowano bagno zwyczajne (Leudum palustre L.), borówkę bagienną, zwaną też łochynią (Vaccinium uliginosum L.) i żurawinę błotną (Vaccinium Ozycoccos L.), a do tego liczne mchy torfowe i karłowatą sosnę[28].

Nieszczęśliwie dla Karaski wyglądały pierwsze lata w niepodległej Polsce. Od wiosny 1921 r. panowała na Kurpiowszczyźnie susza, powysychały błota, źródła, strumienie i całe rzeki. W wyniku suszy powysychały w znacznym stopniu także torfowiska, w tym Karaska. Pożary, które objęły torfowiska, (czemu oczywiście sprzyjała wspomniana susza) Adam Chętnik wiązał z nieostrożnym posługiwaniem się ogniem[29].


(Fragment mapy Mapa operacyjna Polski, 1932, 1:300 000)

3 sierpnia 1921 r. wybuchł pożar torfowiska Karaska, trwający przynajmniej kilka dni. Jak relacjonowano, torf, którego pokład dochodzi tu do kilku metrów, utworzył jedno morze piekielnego gorąca, a paląc się w ziemi, sprawia, iż rosnący na nim las sosnowy i brzozowy wali się w ogień, powiększając pożar wielokrotnie[30]. Straty określane jako „miljonowe”, dotknęły mieszkańców okolicznych wsi. Ludzie z wiosek sąsiednich uciekają z dobytkiem, spalił się już jeden dom, ogarnięty przez płomienie. Dym wielki i cuchnący zasłał całą okolicę na dużej przestrzeni. Dziwna w tym wypadku była obojętność władz miejscowych; do ognia – jak powiada ludność miejscowa – dowiadywał się codziennie policjant z Kadzidła – i to narazie wystarczało. Dopiero w kilka dni później (w poniedziałek 8 VIII) spędzono ludność z wiosek do pobliskich, do tłumienia ognia[31]. Skądinąd można przypuszczać, że największe zniszczenia dotknęły najprawdopodobniej zachodnią część bagna, pokrytą „spalonym lasem karłowatym”[32].

Odrodzona Rzeczpospolita poszukiwała wpływów do skarbu, w związku z czym we wczesnych latach dwudziestych zwrócono uwagę na torfowiska. W 1919 r. utworzony został Instytut Torfowy, mający zajmować się m.in. badaniami, inwentaryzacją i opracowywaniem zasad eksploatacji torfowisk. Już w latach dwudziestych Karaska była jednym z najlepiej zbadanych mokradeł przez Instytut Torfowy[33]. W sprawozdaniu Najwyższej Izby Kontroli za rok 1923, czytamy o możliwościach utworzenia przedsiębiorstwa zajmującego się pozyskiwaniem torfu. Szacowano, iż surowa masa tego surowca wynosiła na terenie Karaski 19 550 000 m3, z czego można było otrzymać 2 463 000 ton „średnio wysuszonego” torfu[34]. Zabiegi o to, by podjąć eksploatację torfowiska, rozpoczął Zarząd Okręgowy Lasów Państwowych w Siedlcach, planując na 22 maja 1923 r. „rozprawę ofertową” i wzywając Osoby, Spółki i Firmy do składania ofert[35].

Mimo, że na większą skalę torf zaczęto kopać w Karasce po II wojnie światowej, należy stwierdzić, że na myśl o wykorzystaniu terenu natrafiamy już w 1908 roku, gdy jeden z Kurpiów pisał o Karasce: Teren należy do rządu, który chętnie jednak wydzierżawiłby go dla eksploatacji. Bliższych szczegółów w tej sprawie chętnie udzieli pan Władysław Teplicki, aptekarz w Myszyńcu[36]. Podobnie w koncepcjach wysuwanych po 1918 r. zdawano sobie sprawę z potencjału torfowiska. U progu niepodległości stwierdzano, że złoża Karaski mogłyby dostarczać opału na popęd elektrowni nawet przez kilkadziesiąt lat[37]. Do kopania torfu zachęcano na łamach „Gościa Puszczańskiego”, wskazując, iż należy dać „odpocząć” lasom zniszczonym w czasie I wojny światowej na rzecz torfu, który może zastąpić drewno jako opał[38]. Ksiądz Skierkowski twierdził podobnie i dodawał, że torf z Karaski jako materiał opałowy mógłby na wiele lat służyć w powiecie ostrołęckim[39]. 800 ha torfowiska mogłoby, jak sądzono, dać zarobek dla okolicznej ludności[40]. W okresie międzywojennym podjęto próby wydobywania torfu. Spółdzielnia budowlana z Dylewa, która w głównej mierze zajmowała się produkcją cegły, 2 września 1924 r. zawarła umowę z Nadleśnictwem Ostrołęckim na eksploatację torfu z Karaski na trzy lata, do 2 września 1927 r. za opłatą tenuty dzierżawczej w wysokości 30 groszy od 1 m3 wydobytego torfu. Prawo eksploatacji powyższego torfowiska Spółdzielnia odstąpiła Apolinaremu Sobiechowi na przeciąg 2-ch lat za opłatą 20m3 torfu rocznie. Spółdzielnia na wydobyciu torfu poniosła ponad 500 zł straty, wobec czego dalszej eksploatacji zaniechano.

Jako, że Karaska nadal nie była wykorzystana na większą skalę do wydobycia torfu, proponowano zainteresować tym terenem rząd. Taką myśl przedstawił w 1928 r. starosta ostrołęcki Henryk Bieńkiewicz, twierdząc, że obszar ten należałoby przekazać Ministerstwu Reform Rolnych do parcelacji i wydobywać torf na opał. W dalszej kolejności – proponował starosta – powinno się osuszyć mokradła, zamienić je na grunty uprawne, a piaski i nieużytki zalesić. Jak konstatował starosta, Karaska leży wielką plamą na ziemi kurpiowskiej, posiadającej ludność biedną, małorolną  lub bezrolną[41]. Jeszcze w 1937 r. sprawa regulacji bagien Karaski i przesiedlenia gospodarujących tam na piaskach Kurpiów była zaliczana do rzędu istotnych projektów czekających na realizację. Wiemy również, iż przed 1939 r. torf z Karaski chcieli eksportować do celów przemysłowych Francuzi[42]. Różnorodne plany przerwała wojna.

(Źródło: „Rynek Drzewny i Przegląd Leśniczy”, 1923, nr 23.)

Już po wojnie, do czerwca 1953 r. prymitywną, ręczną eksploatację torfowiska prowadziła GS „Samopomoc Chłopska”, a następnie wydobywaniem torfu zajął się Zarząd Przemysłu Torfowego, co doprowadziło do znacznie większego wydobycia, a sama kopalnia zatrudniała łącznie 34 pracowników stałych i ok. 100 sezonowych[43].

Pomysł wykorzystania torfu nie zmieniał jednak istotnie położenia tych okolicznych rolników, którzy uprawiali bagnistą ziemię. Antoni Zadrożny z Kierzka w 1929 r. tak opisywał trudy gospodarowania: Z wiosny pasiemy bydło za pewną opłatą w lesie rządowym, na tak zwanej „karasce”, gdzie za czasów moskiewskich z dawien dawna nasi przodkowie mieli w każdym czasie wolne pastwisko, rozumie się również za pewną opłatą. Obecnie zaś rząd nasz nie chce nam pozwolić paść wcześniej, niż od 12 maja, na czem dużo cierpimy, zwłaszcza mieszkańcy pięciu wiosek: Kierzka-Karaski, Wacha, Piaseczni i Jeglijowca, dlatego, że z powodu lichych łąk nie mamy wystarczającej paszy i zmuszeni jesteśmy wyganiać bydło na pastwisko nieraz już w marcu, aby tylko śniegu i tęgiego mrozu nie było[44]. Pola i łąki na bagiennych terenach nie radziły sobie np. z wiosennymi przymrozkami. Komisja gminna oszacowała w naszej wsi Kierzku 80 na 100 straty w zbożu z powodu przymrozków wiosennych, których nasze torfy i lotne piachy wytrzymać nie mogły – dodawał Zadrożny[45]. Inny mieszkaniec Kierzka, Aleksander Pieńdak, nie dowierzał zapewnieniom, że torf może być urodzajną ziemią. Swoje poglądy na ten temat wykładał następująco: Trzeba to przyznać, że i torf może być użyteczny już to jako opał, już to jako pastwiska, łąki i pola. Ale pole to nigdy nie będzie urodzajne, chociażby przy dużym nakładzie kosztu i pracy. Pszenicy nie będzie można na torfie uprawiać, jedynie ziemniaki, owiec i inne jarzyny. Najwięksi nawet znawcy nie przemienią torfowisk na pola, na których można uprawiać szlachetne rośliny[46]. Skomplikowane gospodarowanie na torfie według Pieńdaka polegało na tym, że był on w bardzo podłym gatunku: wierzchnią warstwę, dość grubą, stanowi czerwona ruda i żelazo. Podczas deszczów ulewnych robi się błoto, a w czasie posuchy ta czerwona ruda idzie z wiatrem i osiada na trawie, a trawa taka jest niezdrowa dla dobytku. Dlatego też niektóre wsie nie mogą się obyć bez pastwiska w lasach państwowych[47]. W efekcie Kurpie z okolic Karaski nie widzieli alternatywy: Hodowli bydła zmniejszyć nie możemy, bo ziemia nasza jest najuboższa z całej puszczy Kurpiowskiej: same torfy, lotne piachy i wydmy, od których musimy płacić podatki narówni z gospodarzami w innych powiatach[48].

Możemy się domyślać, że bagno mimo wcześniej wykonanej melioracji nie całkiem wysychało, skoro w latach dwudziestych kanał odprowadzający wodę do Omulwi był zarośnięty[49]. W późniejszym okresie nic już nie wiemy o zarośnięciu owego kanału, ale za to narzekano, że uciekała nim woda, dosłownie „ostatnie kropelki” z okolicznych pól, co powodowało ich znaczne wysuszenie. Mieszkańcy czynili starania o wstrzymanie wody w kanale[50].

Karaska nie była jednak tylko terenem walki człowieka z przyrodą. Chętnik pisał: Kto lubi spokój i ciszę, to tego nęci nietylko szum morza, ale i szum lasu, kogo obchodzi bliżej życie wsi i ludu ten na Kurpiach znajdzie napewno dużo miłych zakątków i rzeczy godnych uwagi[51]. Do takich miłych zakątków zaliczał jeziora i bagna, a wśród nich Karaskę, bagno – jak zaznaczał – już nieco podeschnięte. Gwoli prawdy powiedzmy, że ciekawsze dla wybitnego etnografa wydawało się chyba jezioro i torfowisko Serafin, któremu poświęcał więcej miejsca w swych pracach. Nie wiemy, jakimi trasami wędrował będąc przewodnikiem wycieczek organizowanych przez Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, ale być może nie omijał Karaski[52].

Złoża bursztynu

Z bagien Karaski wykopywano poroża jeleni i łosi, a także kości zwierzęce[53]. Ale nie tylko to można było znaleźć w torfie. Podobnie jak w wielu innych miejscach regionu, również błota Karaski mieściły duże pokładu bursztynu, którego wykopywaniem zajmowali się Kurpie. Zresztą to właśnie na mokradłach kopano zwykle bursztyn, trafiający potem m.in. na sprzedaż do Prus, do miast lub na kadzidło do kościołów[54]. W XIX wieku bursztyn według Adama Chętnika kopano w 31 miejscowościach powiatu ostrołęckiego i w 13 powiatu przasnyskiego. Jantar znajdowano m.in. w nieodległych od Karaski Kopaczyskach i Piaseczni[55]. Już w 1838 r. Józef Haczewski pisał: W leśnictwie Ostrołęckiem jest bagno Karaska zwane, obfitujące w bursztyn; dogodną byłoby rzeczą osuszyć go za pomocą kanałów[56]. W prasie pisano, że Karaska znana jest nie tylko jako torfowisko, ale też dzięki temu, że w okolicy znajdowało się dużo bursztynu[57]. Rzeczywiście, chyba można wierzyć Haczewskiemu, skoro wg Chętnika nad Karaską (bagnem) wykopali raz ludzie kawał pięknego bursztynu wielkości «pół cegły». Za bursztyn ten handlarz dał im 46 rb., a musiał sam na tym zarobić[58].

(Poroże jelenia wykopane w torfie w powiecie ostrołęckim. Fot. A. Chętnik. Źródło: A. Chętnik, Z Zielonej Puszczy, „Ziemia”, 1914, nr 3)

1863 –1915 – 1948

Na Karaskę spójrzmy wreszcie jako na miejsce, którego nie unikała „wielka” historia. Podmokłe tereny bagna bywały niemym świadkiem wydarzeń z czasów powstania styczniowego i obu wojen światowych. Nie rozwodząc się szerzej nad tym tematem, zasygnalizujmy jednak tytułem przykładu, że naczelnik wojenny powiatu przasnyskiego raportował w sierpniu 1863 r. o swoich działaniach wobec Rosjan: Widząc, że nieprzyjaciel ściga nas po lewej stronie Omulwi, a nie po prawej, jak przypuszczaliśmy, przeprawiliśmy się znowu i stanęli we wsi Kieszek. Wysłany podjazd doniósł o 5ej rano, że nieprzyjaciel znajduje się w Brodowych Łąkach i naprawia most na rzece. Wkrótce potem zaczęła się przybliżać do Kieszka jego straż przednia: cofnąłem się więc przez Karaska błoto i śpiesznym marszem przybyłem do Piaseczna (w Ostrołęckie) o 10ej rano. Nie bez znaczenia przy ciągłym marszu musiało być dodatkowe utrudnienie w postaci podmokłego gruntu, gdyż dalej w raporcie czytamy, że znużenie w oddziale było ogromne, a towarzyszył temu na domiar złego głód[59].

Okolice torfowiska były również znaczną przeszkodą wojenną w latach I wojny światowej. Operujące tu wojska niemieckie często w kronikach pułkowych zwracały uwagę na „bagno Karaska”. W okolicach uroczyska miały miejsce zacięte starcia w lutym 1915 r., a pobliska wieś Kierzek przechodziła kilka razy z rąk do rąk[60]. Walki odbywały się w dość malowniczej scenerii, co zauważyli niemieccy kronikarze: Wieczorem, gdy kula słońca opadała na płomiennym czerwonym zachodnim niebie, chór tysiąca żab, które zamieszkiwały Bagno Karaska rozpoczynał swój głośny śpiew, a w jego monotonną melodię dziwnie wplatało się grzechotanie karabinów maszynowych i pomruk armat[61]. W okolicach Karaski życie straciło wielu żołnierzy walczących w mundurach niemieckich i rosyjskich, w tym liczni Polacy, którzy musieli wtedy walczyć w obu wrogich sobie armiach, a ślad po tym stanowiły i stanowią mogiły około bagna gęsto rozsiane i zapomniane na łąkach oraz w lasach, a także na licznych cmentarzach[62]. Cmentarze wojenne wokół Karaski znalazły się m.in. w Kierzku, Piaseczni i Olszynach[63].

Przypomnijmy, że II wojna światowa również nie ominęła Karaski. 24 czerwca 1944 r. oddziały Józefa Kozłowskiego „Lasa” i Kazimierza Stefanowicza „Asa” stoczyły na bagnie walkę z niemiecką grupą przeciwpartyzancką, zadając jej znaczne straty i zmuszając ją do odwrotu[64]. Niedaleko Karaski znajdowała się również już po 1945 r. leśna baza Komendy XVI Okręgu NZW „Orzeł”, rozbita 25 czerwca 1948 r. przez siły KBW, funkcjonariuszy PUBP i MO. W sumie prawie dwa tys. żołnierzy stanęło naprzeciw… piętnastu partyzantów[65].

Epilog

Obecnie część torfowiska Karaska to istniejący od 2000 r. rezerwat przyrody (pow. 402 ha), ważny obszar na mapie turystycznej (ale czy w pełni wykorzystany?), miejsce sezonowego zarobkowania okolicznej ludności (żurawina!) i wspomnienie dawnej, znacznie bardziej zabagnionej Kurpiowszczyzny. Zakończmy poniższy artykuł, będący punktem wyjścia do badań nad dziejami Karaski, legendą, którą próbowano w latach 60. XIX wieku wyjaśnić dlaczego właśnie w tym miejscu powstało wielkie bagno:

Podanie ludu twierdzi, także że tu kiedyś istniało miasto, które miało liczne domy i kościół oraz sklepy kupieckie, a w rynku jego było jeziorko pełne karasi. Raz zachciało się dziecku w dzień świąteczny wykąpać się w tem jeziorze, lecz skoro tylko weszło w wodę, wnet utonęło. Matka strapiona żalem po stracie dziecka zaczęła płakać, w rozpaczy zawołała: „bodajeś zapadło takie miasto i to jeziorko!”. Nie długo czekano na spełnienie tego przeklęstwa, bo nazajutrz woda zaczęła być słoną i do picia nieprzydatną, a po kilku dniach miasto zapadło i ustąpiło miejsca wylewom jeziora, które pochłonęło w swych nutach nieszczęsną matkę z wielu innymi mieszkańcami miasta. Po tym wypadku pasterze niejednokrotnie słyszeli żale owej matki po straconem dziecku i przeklinania miotane na miasto i jezioro; słyszeli także w południe i w wieczór dzwonienie na pacierze i ludzkie śpiewy pieśni nabożnych; widzieli przytem w powietrzu nad bagnem Karaską ludzi w bieli ubranych, odbywających procesyą i śpiewających pieśni religijne, którzy znowu nikli w jeziorze, wydając z głębi wody narzekania na ową matkę za przeklęcie miasta i jeziorka
[66].

_____________

Przypisy:
*Pierwotnie artykuł ukazał się w magazynie "Kurpie" nr 62. Do niniejszej wersji wprowadziłem drobne poprawki i uzupełnienia.

[1] W. H. Gawarecki, Pamiętnik historyczny płocki, t. 2, Warszawa 1830, s. 56-57.
[2] M. Tomczak, Pustynia Kurpiowska. Studium z dziejów krajobrazu Puszczy Zielonej, „Rocznik Mazowiecki”, 2016, t. 27, s. 199-216.
[3] A. Kiczyńska, F. Jarzombkowski, E. Gutowska, K. Kotowska, A. Horbacz, Bory bagienne i torfowiska Karaska PLH140046 [w:] Informacja o projektach planów zadań ochronnych dla obszarów Natura 2000 opracowanych w 2012 roku w ramach projektu POIS.05.03.00-00-285/10 "Projekty planów zadań ochronnych dla obszarów Natura 2000 na terenie województw kujawsko-pomorskiego i mazowieckiego": województwo mazowieckie, red. M. Stachowiak, Bydgoszcz 2012, s. 61.
[4] Ibidem.
[5] L. Krzywicki, Karaska, [w:] Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich, t. 3, red. F. Sulimierski, B. Chlebowski, W. Walewski, Warszawa 1882, s. 831.
[6] Osadnictwo olęderskie na ziemiach polskich sięga pierwszej połowy XVI wieku. Zob. M. Targowski, Osadnictwo olęderskie w Polsce – jego rozwój i specyfika [w:] Olędrzy - osadnicy znad Wisły. Sąsiedzi bliscy i obcy, red. A. Pabian, M. Targowski, Toruń 2016, s. 11-26.
[7] F. Piaścik, Osadnictwo w Puszczy Kurpiowskiej, Warszawa 1939, s. 41.
[8] L. Krzywicki, Karaska…, s. 831.
[9] F. Piaścik, Osadnictwo…, s. 29, przyp. 30.; W. H. Gawarecki, Pamiętnik…, s. 69.
[10] M. Tomczak, Pustynia…, s. 212.
[11] W. H. Gawarecki, Pamiętnik…, s. 53, 67.
[12] W. Pol, Puszczaki Mazowsza [w:] Obrazy z życia i natury, seria II, Kraków 1870, s. 247.
[13] A. Chętnik, Puszcza Kurpiowska, Warszawa 1913, s. 13.
[14] Idem, Krótki przewodnik po Kurpiach, Warszawa 1932, s. 27.
[15] J. Miklaszewski, Lasy i leśnictwo w Polsce, Warszawa 1928, s. 492.; H. Radlicz, Studjum morfologiczne puszczy Kurpiowskiej, „Przegląd Geograficzny”, 1935, t. 15, s. 36.
[16] Ibidem, s. 35.
[17] W. H. Gawarecki, Pamiętnik…, T. 2, s. 66.
[18] W. Maleszewski, Osuszanie bagien i łąk błotnych w Królestwie Polskim, „Gazeta Rolnicza”, 1861, nr 14, s. 106.
[19] J. Thugutt, Wydmy w Leśnictwie Ostrołęka, „Rocznik Leśniczy”, 1862, t. 2, s. 49-50. Ustęp o Karasce napisał nadleśny Jan Nieciengiewicz; O głodnych latach decydowały klęski elementarne. Przykładowo, Sąd Administracyjny gubernii płockiej przyznał w 1856 r. całoroczną ulgę podatkową w kwocie 210 rubli ośmiu wsiom powiatu ostrołęckiego, dotkniętym klęską gradobicia. Zob. AGAD, Ogólne Zebranie Warszawskich Departamentów Rządzącego Senatu, sygn. 1/187/0/-/26, s. 85-86.
[20] M. W. Kmoch, Regulacja rzeki Orzyc w pow. przasnyskim w okresie międzywojennym, „Krasnosielecki Zeszyt Historyczny”, 2017, nr 32-35, s. 5.
[21] J. Thugutt, Wydmy…, s. 50.
[22] Listy o gubernii płockiej, „Kronika Wiadomości Krajowych i Zagranicznych”, 1860, nr 108, s. 5.; W. Maleszewski, Osuszanie bagien i łąk błotnych w Królestwie Polskim, „Gazeta Rolnicza”, 1861, nr 26, s. 211.
[23] Ibidem.
[24] A. Chętnik, Jezioro Serafin, „Ziemia”, 1912, nr 39, s. 636.
[25] M. Biernacka, Gospodarka hodowlano-pasterska w Puszczy Zielonej od końca XIX w. do lat pięćdziesiątych XX w., „Etnografia Polska”, 1959, t. 2, s. 243.; M. Tomczak, Pustynia…, s. 209-210.
[26] W. Skierkowski, Puszcza Kurpiowska w pieśni, t. 1, Ostrołęka 1997, s. 2.
[27] Ze żmii przyrządzali Kurpie nalewkę na spirytusie, polecaną na rany i reumatyzm. Zob. A. Chętnik, Życie puszczańskie Kurpiów, Warszawa 1971, s. 131.
[28] J. Miklaszewski, Lasy…, s. 492.
[29] „Gość Puszczański”, 1921, nr 9, s. 9.
[30] Kurp z pod Ostrołęki, Olbrzymi pożar torfowisk, „Gazeta Poranna 2 grosze”, 1921, nr 222, s. 2.
[31] Ibidem.
[32] L. Tołłoczko, Torfowiska w Polsce, „Przegląd Techniczny”, 1925, nr 29, s. 442; Sprawozdania z posiedzeń, „Przegląd Techniczny”, 1932, nr 25-26, s. 292.
[33] Ibidem.
[34] Sprawozdanie Najwyższej Izby Kontroli o Czynnościach Dokonanych w 1923 r., [T.] 4, Warszawa 1923, s. 438.
[35] Torfowisko Karaska!, „Rynek Drzewny i Przegląd Leśniczy”, 1923, nr 23, s. 11.
[36] Kurp, Z puszczy Myszynieckiej, „Goniec Poranny”, 1908, nr 561, s. 3.
[37] F. Bujak, Z. Pazdro, Z. Próchnicki, S. Sobiński, Polska Współczesna. Geografia - życie gospodarcze - ustrój Państwowy - administracja. Podręcznik szkolny, Lwów 1923, s. 156.
[38] Kopmy torf!, „Gość Puszczański”, 1920, nr 9-10, s. 8.
[39] W. Skierkowski, Rybołówstwo w Puszczy Zielonej, teczka nr 7 (mps, Miejska Biblioteka Publiczna). Za udostępnienie materiału i cenne wskazówki dziękuję Marcinowi Tomczakowi.
[40] Wniosek nagły, „Goniec Pograniczny” 1934, nr 3, s. 2.
[41] Archiwum Akt Nowych, Rada Spółdzielcza w Warszawie, „Jedność” Stowarzyszenie Budowlane w Kadzidle z siedzibą w Dylewie (woj. warszawskie /białostockie/, pow.ostrołęcki), sygn. 4102, Sprawozdanie z rewizji spółdzielni, k. 5.; Archiwum Państwowe w Białymstoku, Urząd Wojewódzki Białostocki 1920-1939, Protokóły zebrań naczelników władz i urzędów I instancji powiatu ostrołęckiego 1927-1933, sygn. 14, k. 8.
[42] „Wiadomości Muzeum Ziemi”, 1939, t. 1-4, s. 192.; Źródła do dziejów Kurpiowszczyzny 1789-1956, red. W. Łukaszewski, Truskaw-Żelazna Rządowa 2020, s. 288.
[43] J. Endrukajtis, Myszyniec [w:] Studia geograficzne nad aktywizacją małych miast, red. K. Dziewoński, M. Kiełczewska-Zaleska, L. Kosiński, J. Kostrowicki, S. Leszczycki, Warszawa 1957, s. 151-152.
[44] A. Zadrożny, Z puszczy Kurpiowskiej, wsi Kierzka w powiecie ostrołęckim, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2517, s. 4.
[45] Idem, Z puszczy Kurpiowskiej, wsi Kierzka w powiecie ostrołęckim, „Gazeta Świąteczna”, 1930, nr 2579, s. 7.
[46] A. Pieńdak, Z pod Myszyńca w puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2522, s. 1.
[47] Ibidem.
[48] A. Zadrożny, Z puszczy Kurpiowskiej, wsi Kierzka w powiecie ostrołęckim, „Gazeta Świąteczna”, 1930, nr 2579, s. 7.
[49] L. Tołłoczko, Torfowiska…, s. 442.
[50] A. Z., Gleba w puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2539, s. 7.
[51] A. Chętnik, Krótki przewodnik…,. s. 27.
[52] „Kurjer Poranny”, 1914, nr 166, s. 2.
[53] R. Macura, Ziemia Kurpiów, Kraków 193-, [s. 8]
[54] A. Chętnik, Z Zielonej Puszczy, „Ziemia” 1914, nr 5, s. 73.
[55] A. Białczak, Zastygłe łzy puszczy kurpiowskiej [w:] Bursztyn jako stymulator turystyki kulturowej, red. J. Hochleitner, Jantar 2009, s. 149-150.
[56] J. Haczewski, O bursztynie, „Sylwan”, 1838, t. 14, s. 369.
[57] Al. M., Błota i bagna w Królestwie Polskiem, „Gazeta Rzemieślnicza”, 1898, nr 36, s. 289.
[58] A. Chętnik, Przemysł i sztuka bursztyniarska nad Narwią, „Lud”, 1952, t. 39, s. 404.
[59] „Czas” 1863, nr 201, s. 2.
[60] J. Czaplicki, M. Karczewska, Cmentarze Wielkiej Wojny wokół Uroczyska Karaska w Puszczy Kurpiowskiej. Stan rozpoznania i ochrony [w:] Cmentarze i pomniki I wojny światowej po stuleciu. Stan badań i ochrony, red. M. Karczewska, Białystok 2019, s. 40.
[61] Lewa flanka, część 3: Epidemia Ospy, „Rowerem wokół Ostrołęki” <https://www.facebook.com/notes/rowerem-wokół-ostrołęki/lewa-flanka-część-3-epidemia-ospy/741454786380745/ [data dostępu: 23.03.2020]
[62] W. Skierkowski, Rybołówstwo w Puszczy Zielonej, teczka nr 7, s. 1 (mps, Miejska Biblioteka Publiczna). Za udostępnienie materiału i cenne wskazówki dziękuję Marcinowi Tomczakowi. Za cenne wskazówki co do żołnierzy pochowanych wokół Karaski dziękuję Jackowi Czaplickiemu.
[63] J. Czaplicki, M. Karczewska, Cmentarze…, s. 39-66.
[64] K. Krajewski, T. Łabuszewski, Józef Kozłowski „Las”, „Vis”, „J. Kawecki” [w:] Zapomniani Wyklęci. Sylwetki żołnierzy powojennej konspiracji antykomunistycznej, red. J. Bednarek, M. Biernat, J. Kwaśniewska-Wróbel, M. Wołłejko, Warszawa 2019, s. 181.
[65] A. Białczak, Operacja kryptonim „P”. Likwidacja Okręgu „Orzeł” Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, „Zeszyty Naukowe Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego”, 2012, t. 26, s. 25.
[66] Listy o gubernii płockiej, „Kronika Wiadomości Krajowych i Zagranicznych”, 1860, nr 111, s. 5. Według legendy zanotowanej przez księdza Skierkowskiego, ludzie chodzący nad jezioro słyszeli jak pod ziemią dzwony wydzwaniały na „Anioł Pański”, oni czapki zdejmowali i modlili się. Zob. W. Skierkowski, Rybołówstwo…, s. 2.

Autor: Łukasz Gut

środa, 30 grudnia 2020

„Gody na Kurpiach” według ks. Władysława Skierkowskiego (1934 r.)

„Gody na Kurpiach” to tytuł referatu, który wygłosił ks. Władysław Skierkowski 10 stycznia 1934 r. w siedzibie Towarzystwa Naukowego Płockiego. W referacie, z którego swego rodzaju sprawozdanie opublikował „Głos Mazowiecki”, możemy w skrótowej formie przeczytać jak wyglądał okres świąt Bożego Narodzenia na Kurpiach jeszcze w latach 30. XX wieku. Szerszy opis zwyczajów dotyczących okresu Bożego Narodzenia, Nowego Roku i święta Trzech Króli autorstwa ks. Skierkowskiego, można znaleźć w III tomie Puszczy Kurpiowskiej w pieśni (wyd. pod red. H. Gadomskiego, Ostrołęka 2003). Poniższy tekst „według odczytu ks. Skierkowskiego” jest zwięźlejszy i daje ogólny obraz tego jak w okresie międzywojennym wyglądały kurpiowskie święta.

W tekście zachowano pisownię oryginalną. Zapraszam do lektury!

_____________




Gody na Kurpiach
(Według odczytu ks. Skierkowskiego w Tow. Nauk. w Płocku)


Gody na Kurpiach to okres od świąt Bożego Narodzenia włącznie aż do święta Trzech Króli. Gody rozpoczynają się dniem wigilijnym od samego rana. Charakterystycznem zjawiskiem regjonalnem w Puszczy Kurpiowskiej jest to, że w wielu wypadkach „wieczerzę” wigilijną spożywają już rano. Kto zaś „wieczerzował” rano, przez cały dzień nic już nie je.

„Wieczerza” odbywa się mniej więcej tak samo, jak w innych częściach Polski. Stół nakryty białym obrusem. Pod obrusem siano. Potrawy wigilijne postne, kraszone olejem. A więc kluski z makiem, kapusta z grzybami… Czasem też i rybka smażona. Na talerzu opłatek. Kurpie mają upodobanie w opłatkach kolorowych. Musi więc być w paczce opłatków przynajmniej jeden kolorowy.
Po „wieczerzy” kolędy. Pierwsza zawsze:

»Z raju pięknego miasta
Wygnana jest niewiasta…«

Wiele czynności i zdarzeń w dzień wigilijny ma, według wierzeń kurpiowskich, znaczenie symboliczne. Jeśli np. zaraz po „wieczerzy” wejdzie chłop, będą się w gospodarstwie rodzić same byczki, jeśli kobieta – same jałóweczki. Zabijają też srokę i przybijają ją nad wejściem do obory. Ma to chronić bydło od chorób. Sypią także przed wejściem do obory pas maku, co ma mieć takie same znaczenie. W dniu wigilijnym piorą ręczniki, by dobrze rodził się len. Z pozostałych opłatków wycinają sylwetki różnych zwierząt domowych i leśnych i nalepiają te wycinanki do belek pod sufitem, aby w nowym roku był dobry chów i obfitość zwierzyny. Siano ze stołu daje się bydłu, aby i ono miało „gwiazdkę”. Po „pasterce”, w nocy, młodzież obrzuca się ziarnem, jak mówią „na urodzaj”.

Wierzą, że w noc wigilijną bydło rozmawia między sobą. Ale tylko godni ludzie mogą tę rozmowę rozumieć. Kiedyś jakiś gospodarz chcąc podsłuchać tę rozmowę, schował się w oborze i usłyszał straszną rzecz: że krowy mają go wywieźć na cmentarz. Chłop z wrażenia spadł z powały. I zabił się. Był pogrzeb. Lepiej więc byłoby nie podsłuchiwać.

W dzień św. Szczepana ksiądz święci w kościele owies, który z pietyzmem przechowują do siewu lub dają bydłu. Kolędowanie z gwiazdą trwa od Bożego Narodzenia do Nowego Roku. Wśród kolęd jest dużo oryginalnych kurpiowskich, bardzo starych; wiele jest oryginalnych melodyj. Bardzo pilnie śledzą Kurpie atmosferę 12-u dni po B. N. Z nich przepowiadają pogodę całego roku.

Specjalnością na Nowy Rok są pszenne packi, ozdobione na wierzchu figurami zwierząt i roślin. – Nazywają te placki „Nowolatkami.” Na Trzech Króli znów w każdym domu muszą być pszenne ciastka z cukrem, smarowane z wierzchu miodem. Ciastkami temi częstuje się wszystkich, kto tylko przyjdzie do chaty. Zwą się one „fafarnuchami”. Skąd ta nazwa pochodzi, niewiadomo. Trudno to ustalić.

Od święta Trzech Króli chodzą po wsiach „Herody”. Zwyczaj ten spotykamy wszędzie, ale na Kurpiach jest i wiersz inny i treść dość odmienna, a także i melodje odrębne. Udział bierze 11-12 i więcej chłopaków wiejskich. Kostjumy z papieru kolorowego. Przedstawienia mają duże powodzenie i są zapraszane do każdego prawie domu. Kończą się ucztą wspólną „aktorów”, biorących udział w przedsięwzięciu, na którą składają się ofiary rzeczowe i pieniężne, zebrane na widowiskach.


Źródło: „Głos Mazowiecki” nr 10 z 13 I 1934.

Oprac. Łukasz Gut



sobota, 9 maja 2020

Tadeusz Boy-Żeleński o „Weselu na Kurpiach”

Kiedy dyrektorka Gimnazjum Żeńskiego w Płocku Marcelina Rościszewska zaproponowała księdzu Władysławowi Skierkowskiemu napisanie na scenę wesela kurpiowskiego, ten nie mógł chyba jeszcze przypuszczać, jak wielkim zainteresowaniem będzie się cieszyła jego sztuka. Przypominam najsłynniejszą recenzję „Wesela na Kurpiach”, pióra Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

(Rozpleciny Panny Młodej. Źródło: "Kurier Poranny" 1928, nr 111)
Propozycja Rościszewskiej miała na celu wystawianie wesela przez uczniów płockich szkół średnich. Ksiądz Skierkowski pisał, iż zwrócił się z pytaniem do dyrektora płockiego Teatru Regionalnego Tadeusza Skarżyńskiego jak on sobie takie widowisko wyobraża i – jak stwierdza – z uwag skorzystał, a przy pisaniu trzymał się dwóch zasad: oddać widowisko jak najwierniej i uczynić je zajmującem[1]. Gdy Skarżyński, zainteresowany sztuką twórcy „Puszczy Kurpiowskiej w pieśni” rozpoczął wystawianie „Wesela...” w Płocku, okazało się, że publiczność pokochała tę opowieść na kanwie folkloru kurpiowskiego. W samym Płocku grano od 1928 r. „Wesele na Kurpiach” aż 30 razy, a wkrótce potem sztuka dotarła do publiczności w całym kraju, będąc transmitowaną poprzez radio. Oprócz Warszawy, przedstawienie mogła zobaczyć nie tylko publiczność Krakowa, Lwowa, Wilna i Poznania, ale także z mniejszych miast: Sierpca, Nowego Miasta Lubawskiego czy Kościerzyny. Łącznie, jak podawał ks. Władysław Skierkowski, spektakl zagrano w ciągu półtora roku ponad 500 razy. Wystawiano „Wesele na Kurpiach” nawet zagranicą, m.in. na scenach angielskich, belgijskich i holenderskich[2].

Lektura prasy końca lat 20. przekonuje, że sztuka doczekała się licznych pochlebnych recenzji, z których najsłynniejszą pozostaje poniżej opublikowana, autorstwa Tadeusza Boya-Żeleńskiego. „Najdowcipniejszy człowiek w Polsce”, jak określił go Antoni Słonimski, nie rozumiał kina, nie umiał czytać filmu, ale za to rozumiał teatr[3]. Jako recenzent teatralny ten pisarz, tłumacz i satyryk zadebiutował w 1919 r. na łamach krakowskiego dziennika „Czas” i do 1939 roku ocenił blisko 200 przedstawień nie tylko z czołowych teatrów warszawskich, ale także z peryferyjnych, dziecięcych, rewiowych i kabaretowych, z warsztatów teatralnych, ze spektakli zespołów żydowskich i rosyjskich[4]. Wśród ocenionych przedstawień było również „Wesele na Kurpiach”.

Wspomniany Słonimski pisał o Żeleńskim: W teatrze popatrzył sobie na scenę, a potem przymykał oczy i słuchał, bo świat był dla niego bardziej fonią niż wizją[5]. Na „Weselu na Kurpiach” autor „Słówek” chyba zbyt często nie przymykał oczu, a wrażenia jakie wyniósł z przedstawienia warto zacytować w całości, gdyż najczęściej poniższa recenzja cytowana jest tylko we fragmentach.

Zapraszam do lektury.

(Tadeusz Boy-Żeleński. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/11/1976/2)

________________


„Wesele na Kurpiach”


Tak się złożyło, że dopiero wczoraj mogłem oglądać słynne już Wesele na Kurpiach, grane w Warszawie tryumfalnie blisko od dwóch miesięcy; ale doprawdy miałbym nieczyste sumienie, gdybym nie przyłączył swego głosiku do chóru pochwał, jakiemi obsypano tę regionalną imprezę pp. Skarżyńskich, oraz będący jej przedmiotem utwór ks. Władysława Skierkowskiego.

Wesele na Kurpiach jest czynem równie oryginalnym jak szczęśliwym. A oryginalność polega tu nietylko na ślicznych strojach i swoistej gwarze, ale przedewszystkiem na niezwykle śmiałym i czystym stosunku do teatru. Bo cóż byłoby łatwiejszego autorowi, niż, wziąwszy za kanwę stronę etnograficzną i obrzędową, wpleść w nią tę lub inną, mniej lub więcej wybredną fabułę, skomplikować wesele Janka jakąś intrygą, przeszkodami, aby w końcu uwieńczyć miłość dwojga młodych. Toć na tem wikłaniu przeszkód stoi cały teatr. I mielibyśmy wówczas zapewne widowisko niemniej barwne, ale z pewnością banalniejsze, może ckliwe.

Ks. Skierkowski zrobił inaczej: chwycił śmiało byka za rogi, z czego wnoszę, że jest w tym kapłanie pierwszorzędny człowiek teatru. Wyczuł mianowicie, jak przedziwny element teatralny tkwi w samej obrzędowej stronie wesela na wsi; zrozumiał, że przydać tu jakąkolwiek bajeczkę, znaczyłoby rzecz osłabić. I nie dzieje się dosłownie nic, ponad to, co mówią tytuły aktów: WypytyRajby (Swaty) – RozplecinyOczepiny. Młody chłopak prosi o rękę dziewczyny, ojcowie po krótkim namyśle mu ją dają, odbywają się zrękowiny, potem weselisko. To wszystko. Gdyby mi ktoś opowiedział, nie wierzyłbym, że to może być takie zajmujące. Więcej jeszcze: że może być takie teatralne. To cała dola ludzka rozgrywa się w tych kilku obrazach. Mało znam rzeczy równie patetycznych jak ten moment oczepin na scenie.

I te melodje! Ktoby wiedział, jak małą rolę odgrywa pieśń w naszem miejskiem życiu, nie łatwoby uwierzył, że każda wieś nasza to przebogaty skarbiec najpiękniejszych melodyj. Od dawna twierdzę, że wygnanie z teatru śpiewu i zastąpienie go samem gadaniem jest aberacją naszej epoki: oby zacny ksiądz Skierkowski, który widocznie tak kocha piosenkę, stał się w tej mierze reformatorem.

Wykonanie Wesela na Kurpiach jest urocze. Przedewszystkiem proste. Nic tu nie jest przestylizowane, nic nie jest uszminkowaną niby–naiwnością. Wszystko jest tak jak trzeba. Pan młody, „psiankny” (mówiąc po kurpiowsku) chłopak, istny przasnyski Valentino, chwytał za serce młodością i urodą; panna młoda była go warta; starzy ględzili roztropnie, druchny piszczały i zawodziły dziewiczo; tańce, chóry i orkiestra szły czyściutko i składnie. I nie dziw: zespół który dyr. Skarżyński przywiózł nam z Płocka, gra już to Wesele blisko setkę razy. Żal mi trochę tych aktorów, bo przeczuwam, że będą je grali dziesięć lat z rzędu. Za kilka dni mają się podobno przenieść do teatru Małego, gdzie poleci oglądać ich ta Warszawa, dla której wybrzeże Kościuszkowskie nad Wisłą jest nazbyt egzotyczną dzielnicą. A warto iść i na to wybrzeże, choćby po to, aby zobaczyć teatr w domu kolejarzy, jedną z najwykwintniejszych i najestetyczniejszych sal warszawskich. Potem pewno zaczną wojażować: już słychać, że ich mają wozić do Westfalji, do Francji, do Barcelony na wystawę etnograficzną. No, a kiedy pojadą do Ameryki, to będą po niej jeździć parę lat z pewnością. Bo to Wesele na Kurpiach to jest idealny materjał propagandowy. Niema podobno cudzoziemca w Warszawie, któryby nie był na niem; sam konsul angielski, p. Savery, był siedem razy i za każdym razem jakiegoś dostojnego Anglika sprowadził. Słowem, udało się; cieszmy się, bo to jest bardzo przyjemne, kiedy się coś uda.


Źródło: Tadeusz Boy-Żeleński, Flirt z Melpomeną. Wieczór ósmy, Warszawa 1929, s. 206-209.
________________


Przypisy:
[1] W. Skierkowski, Wesele na Kurpiach, Płock 1933, s. 17.
[2] T. Żebrowski, Ksiądz Władysław Skierkowski (1886-1941). Folklorysta, zbieracz ludowych pieśni kurpiowskich, „Studia Płockie” 2011, t. 39, s. 219.
[3] A. Słonimski, Alfabet wspomnień, Warszawa 1989, s. 24.
[4] H. Markiewicz, Boy-Żeleński, Wrocław 2001, s. 79.
[5] A. Słonimski, op. cit., s. 24.


Opracował: Łukasz Gut

niedziela, 3 maja 2020

1-3 maja 1932 roku. Kurpie przed Prezydentem Ignacym Mościckim

W dniach 1-3 maja 1932 roku prasa zanotowała obecność Kurpiów przed Belwederem. Dlaczego tam się znaleźli? 25-lecie działalności Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego sprawiło, że licznie zgromadzeni w Warszawie goście, mogli posłuchać ligawki kurpiowskiej i występów zespołu działającego przy Muzeum Kurpiowskim w Nowogrodzie.

(Zespół oddziału kurpiowskiego PTK przed Belwederem. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-P-2870-5)
Cofnijmy się do 1903 roku. Wtedy na Kurpie trafił Aleksander Janowski – przyszły współtwórca Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Pierwsze zetknięcie się z Kurpiami pozostawiło ciepłe wspomnienia w jego pamięci. Po latach przywoływał gościnność, z jaką został przyjęty w Kadzidle u ówczesnego proboszcza ks. Stanisława Bosackiego i w Brodowych Łąkach u miejscowego sołtysa[1]. Po tej wyprawie, rok później zaliczył tereny Puszczy Kurpiowskiej do dziesięciu najciekawszych wycieczek, jakie można odbyć po Królestwie Polskim[2]. Nie dziwi więc, że niemal od początku utworzenia PTK w 1906 r., Kurpiowszczyzna stała się miejscem chętnie odwiedzanym podczas kolejnych wypraw organizowanych przez Towarzystwo. Do zachwytu nad Kurpiami doszła znajomość z Adamem Chętnikiem, z którym Janowski nawiązał kontakt.

Istotne znaczenie należy również przypisać znajomości z prezesem Towarzystwa, Kazimierzem Kulwieciem, którego autor Puszczy Kurpiowskiej poznał na kursach pedagogicznych w Warszawie, organizowanych przez Polską Macierz Szkolną. Chętnik, zapalony krajoznawca, szybko odnalazł się w strukturach PTK i od Kulwiecia przejął program krajoznawstwa, według którego należało zdobywać wiedzę o przyrodzie, kulturze i historii swojego narodu, kraju, ale i małej ojczyzny[3]. Etnograf należał do komisji fotograficznej, prowadził jako przewodnik wycieczki w okolicach Myszyńca i Kadzidła, aż wreszcie w 1917 r. został kierownikiem nowo powstałego oddziału kurpiowskiego PTK w Nowogrodzie[4]. Już nawet tych kilka wymienionych okoliczności wskazuje, że Kurpie mogli być mile widziani na jubileuszu 25-lecia działalności Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego.

W dniach 1-3 maja 1932 r. zaplanowano obchody jubileuszu w Warszawie, z których najciekawsze wydarzenia odbywały się 2 maja. Już jednak 1 maja do Warszawy przyjechały zespoły regionalne. Kurpiowszczyznę reprezentował zespół liczący 12 osób, działający przy Muzeum Kurpiowskim w Nowogrodzie (oddział kurpiowski PTK), założony przez Chętnika[5]. Dzień rozpoczynała rano zbiórka w P.T.K. członków oraz młodzieży, odmarsz na Plac Marszałka Piłsudskiego, złożenie wieńca z polnych kwiatów przez dziadka, syna i wnuka rodziny krajoznawczej na grobie Nieznanego Żołnierza[6]. O godz. 10.00 w sali stołecznej Rady Miejskiej rozpoczął się „poranek jubileuszowy” pod hasłem Dla Ciebie, Polsko, i dla Twojej chwały. Całą salę wypełniły delegacje ponad stu kół PTK, w tym m.in. ubrani w barwne stroje ludowe Kurpie, Kaszubi, Górale podhalańscy, Ślązacy, Łowiczanie, Poleszucy, Wilnianie i Krakowiacy. Na sali znaleźli się m.in. Prezydent Ignacy Mościcki, premier Aleksander Prystor, ministrowie Jan Piłsudski, Janusz Jędrzejewicz, Alfons Kühn, Stefan Hubicki, wicemarszałek Sejmu Stanisław Car i kardynał Aleksander Kakowski[7].

Po części oficjalnej, złożonej z przemówień przedstawicieli władz PTK i rządu, rozpoczęły się występy zespołów z poszczególnych grup regionalnych. Zacytujmy dłuższy ustęp, w którym opisano wykonania pieśni ludowych z poszczególnych regionów:

Podhalanie z Białego Dunajca odegrali marsz góralski na „gęśliczkach i basach”, Kaszubi odśpiewali swoje pieśni, Kurpiowie wykonali marsz weselny z Puszczy Zielonkowskiej w zespole orkiestrowym złożonym ze skrzypiec, basetli, bębenków i „djablich skrzypiec”. Grała też kapela łowicka, a górnicy śląscy odśpiewali pieśń górniczą, oraz, na zakończenie, pieśń do Świętej Barbary, swojej patronki. A gdy później wszystkiego delegacje posunęły się w barwnym pochodzie z Ratusza do Zamku, aby złożyć hołd Rzeczypospolitej w osobie Jej Prezydenta, znów grali i śpiewali Podhalanie (...)[8][9].

Z Zamku pochód przeszedł przez Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Aleje Ujazdowskie do Belwederu, gdzie uczestnicy żywiołowo manifestowali na cześć Marszałka Piłsudskiego, znajdującego się w tym czasie wraz z rodziną w Sulejówku[10]. Gdy na dziedziniec Zamku wszedł Prezydent Ignacy Mościcki, na wielkiej staroświeckiej trombicie zadął pobudkę jeden z Kurpiów[11]. „Kurp puszczański” grający na ligawce został zauważony przez korespondenta, tak jak i fotografów, których uwadze nie uszedł efektowny instrument. Jak brzmiał 2 maja 1932 r. kurpiowski muzykant nie wiemy, ale jak pisał Adam Chętnik: tony ligawki są rozmaite, zależnie od siły dęcia i wymiarów. Im ligawka dłuższa, tem tony ma wyższe, więcej rozległe i grać na takiej lżej, niż na krótkiej[12]. Ligawka widoczna na fotografii najprawdopodobniej do najkrótszych nie należała.

(Grupa kurpiowska podczas zjazdu jubileuszowego PTK. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/131/0/-/604)

Następnie, po przerwie obiadowej, pochód udał się z powrotem na Zamek. Na Zamku, gdzie liczne grupy, w tym kurpiowska, były goszczone przez Prezydenta Mościckiego, odbywały się tańce i przygrywały kapele, a wśród nich oczywiście nie zabrakło kapeli kurpiowskiej i tańców (tzw. „zajączek”), prezentowanych przez zespół oddziału PTK z Nowogrodu[13].

3 maja najprawdopodobniej zespół kurpiowski wziął udział, tak jak i przedstawiciele innych regionów, w defiladzie z okazji święta konstytucji 3 maja. Przypomnijmy, że święto narodowe trzeciego maja ustanowione zostało 29 kwietnia 1919 roku „jako uroczyste święto po wieczne czasy”[14]. Uroczystości jubileuszowe PTK i zapewne także obchody święta konstytucji 3 maja były filmowane przez Oddział Filmowy Polskiej Agencji Telegraficznej, a już w połowie maja wyświetlano je w kronice tygodniowej PAT w warszawskich kinach[15]. Nie można więc wykluczyć, że bywalcy kin mogli wówczas podziwiać stroje kurpiowskie.

Niniejszy tekst zakończmy słowami jednej z relacji prasowych:

Wspaniałą była ta uroczystość, bo też wspaniałą jest praca, której ćwierćwiecze obchodziliśmy. Niechże się rozwija dalej. Idzie w niej przecież o racjonalne ujęcie i wykorzystanie kultury narodowej, które biją z polskiej ziemi i z ludu. Czy może być źródło głębsze?[16]
___________________

Przypisy:
[1] A. Janowski, Wspomnienia krajoznawcze, „Świat” 1932, nr 18, s. 2.
[2] Idem, Dziesięć ciekawszych wycieczek po kraju, Warszawa 1904, s. 8.
[3] M. Pokropek, Adam Chętnik – Badacz Kurpiowszczyzny, Ostrołęka 1992, s. 17.
[4] B. Kielak, Działalność muzealnicza Adama Chętnika, „Zeszyty Naukowe Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego” 1993, t. 7, s. 28.; „Kurier Poranny” 1914, nr 166.; „Rocznik Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego za rok 1912”, Warszawa 1913, s. 43.
[5] M. Pokropek, Adam Chętnik i jego zasługi dla regionu kurpiowskiego, „Rocznik Białostocki” 1966, t. 6, s. 14.; Święto krajoznawstwa polskiego, „Ziemia” 1932, nr 6, s. 185.
[6] Jubileusz P.T.K. w Warszawie, „Ziemia” 1932, nr 4-5, s. 153.
[7] Uroczystości jubileuszowe Polskiego Tow. Krajoznawczego. Barwny pochód na ulicach Warszawy, „Gazeta Polska” 1932, nr 122, s. 10.
[8] K. Z., Srebrne wesele wzorowego małżeństwa, „Kurjer Poznański” 1932, nr 207, s. 8.
[9] Święto krajoznawstwa polskiego, „Ziemia” 1932, nr 6, s. 189.
[10] Uroczystości jubileuszowe..., s. 10.
[11] Święto krajoznawstwa polskiego..., s. 189.
[12] A. Chętnik, Ligawka kurpiowska, „Ziemia” 1919, nr 44-52, s. 635.
[13] Ibidem.
[14] Dz.Pr.P.P. 1919 nr 38 poz. 281
[15] Święto krajoznawstwa…, s. 190.
[16] K. Z., Srebrne wesele…, s. 8.


Autor: Łukasz Gut