Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Łukasz Łuczaj: Piwo jałowcowe – napój nie tylko kurpiowski!

Zapraszam do lektury rozmowy z Łukaszem Łuczajem – etnobotanikiem, profesorem Uniwersytetu Rzeszowskiego, znawcą dzikich roślin jadalnych. Rozmowa dotyczy tzw. dzikiej kuchni, a szczególnie jałowca i piwa jałowcowego, napoju, który kojarzymy z Kurpiami, a dawniej charakterystycznego dla całej północnej Polski.


Łukasz Gut: Na co dzień zajmuje się Pan dzikimi roślinami jadalnymi i tzw. dziką kuchnią. Proszę opowiedzieć, czym jest dzika kuchnia i czy należy już tylko do przeszłości?

Łukasz Łuczaj: Zacznijmy od tego, że dzikie rośliny jadalne to po prostu wszystkie rośliny, które nie są przez człowieka sadzone i które można jeść w mniejszym lub większym stopniu. Jeśli chodzi o dziką kuchnię, to mamy do czynienia z renesansem tej kuchni. Bywały lata w Polsce, kiedy była ona bardzo zaniedbana, bo po prostu zginął głód, w znacznym stopniu zginęła także bieda. W okresie po II wojnie światowej, a nawet już po I wojnie światowej dzika kuchnia zanikała. Oczywiście aktywizowała się w okresie wojen, ale to dziś mamy jej renesans, ponieważ ludzie poszukują zdrowej żywności, czegoś co sami mogą zebrać. To dziś temat, o którym dużo się mówi.
(Fot. Jałowiec w Dąbrówce. Źródło: A. Chętnik, Jałowiec w życiu, obrzędach i wierzeniach Kurpiów, „Ziemia. Dwutygodnik Krajoznawczy Ilustrowany”, nr 17, 1928, s. 270.)

Czy dzika kuchnia była w dawnych wiekach kuchnią czasu głodu, czy kuchnią codzienną?


To zależy od kraju. W Polsce była to kuchnia raczej występująca w okresach niedostatku i głodu, ale nie całkowicie. Oczywiście zbierano owoce w każde lato, a niektóre rośliny, takie jak pokrzywa czy lebioda, były częścią codziennej kuchni. Z kolei po inne, takie jak ostrożeń czy perz, sięgano częściej w warunkach niedoboru żywności. Ciężko to jednoznacznie określić, gdyż bywało tak, że w konkretnym roku biedniejsze rodziny zbierały dzikie rośliny, a zamożniejsze już nie. Bardzo dużo informacji na ten temat podaje m.in. Adam Chętnik w książce Pożywienie Kurpiów[1], w której znalazł się bardzo dokładny opis potraw głodowych, np. kiszenie pączków drzew, potrawy z soków drzew, itp.

Wymienił pan lebiodę jako element codziennej kuchni. To chyba przykład powszechnie wykorzystywanej dzikiej rośliny?

Komosa biała, czyli lebioda, zwana również m.in. łobodą, faćką i gorczycą, to ciekawy przykład. W czasie wojny, w niektórych regionach uważano ją, co prawda, za roślinę głodową, ale jednak należy stwierdzić, że lebioda była normalną rośliną powszechnie jedzoną na przednówku jako część diety. Jest smaczna, smakuje jak szpinak (jest bliskim krewniakiem szpinaku) i poza tym, że ma nazwę taką jaką ma i kojarzymy ją z biedą, to jest rośliną jadaną i bardzo cenioną w wielu krajach. Do tej pory jest nawet serwowana w restauracjach w Japonii czy Chinach. Mimo, że w znacznym stopniu zanikła, to nadal są regiony Polski, gdzie się lebiodę jada. Był to pospolity chwast, znajdujący się w uprawach ziemniaków i gdy oczyszczało się pole z tego chwastu, to ścinało się komosę i przy okazji gotowało. Dwie korzyści w jednym: odchwaszczanie i pożywienie. W lubelskim i płockim jada się zresztą lebiodę do dziś.

Skoro już wiemy, czym była dzika kuchnia, to przejdźmy do jałowca. Na ile był to popularny element takiej kuchni?

Jałowiec był używany powszechnie w całej Polsce, głównie jako przyprawa. Podobnie, w całej Polsce używano jałowca jako składnika do różnego rodzaju napojów alkoholowych, do win czy wódek. Powstawało w efekcie coś w rodzaju ginu. Ponadto, jałowiec był rośliną leczniczą, używaną nie tylko wobec ludzi, ale i do leczenia zwierząt. Jałowcem leczono chorobę koni. Na obszarach północnej Polski, a więc tam, gdzie na pastwiskach licznie ten krzew występował, powszechne było robienie napoju z jałowca, który najdłużej przetrwał na Kurpiach.

No właśnie, czy piwo jałowcowe, nazywane na Kurpiach „psiwem kozicowym”, to napój związany tylko z Kurpiami?

Zdecydowanie nie! Dawniej ten napój występował w całej północnej Polsce. O tym zapomniano. Wymyśliłem kiedyś, że napiszę o tym piwie artykuł do „Journal of Ethnobiology”[2]. Razem z Tomaszem Madejem, moim kolegą, zajęliśmy się tym tematem. On zajmował się Kurpiami wcześniej i nagrał kilka wywiadów z Paniami, które jako pierwsze odgrzebały ten zwyczaj i go ożywiły. Zaczynając zajmować się tym zagadnieniem, myślałem, że będzie dotyczyło tylko Kurpiów, ale okazało się, że na Mazowszu w okolicach Warszawy, Podlasiu i na Kaszubach piwo jałowcowe również było znane. Na tym miejscu warto dopowiedzieć, że istnieją piwa fińskie, estońskie, szwedzkie, zawierające jałowiec, ale w formie gałązek, czyli po prostu aromatyzuje się piwo tymi gałązkami. Wydaje się, że produkcja piwa jałowcowego to relikt około bałtycki. Gdy pojedziemy dookoła Bałtyku, gdzie wszędzie jałowca było dużo i on był ważny, to zobaczymy, że jego wykorzystanie w tej części Europy było i jest powszechne. Kurpie przechowali jako ostatni ten relikt, jakim jest piwo jałowcowe.

Dlaczego akurat Kurpie przechowali piwo jałowcowe?

Z jednej strony jest to przypadek. Z drugiej jednak, Kurpie mają silną kulturę i wyrazistą tożsamość, dzięki czemu łatwiej o zachowanie piwa jałowcowego. Poza tym był to region dosyć biedny, gdzie gleby było albo piaszczyste, albo bagniste i ludzie w większym stopniu korzystali z lasu. Na terenach, gdzie gleby były żyźniejsze, tam zwykle tradycje przygotowywania pożywienia z lasu przechowywały się słabiej. Kurpie zaczęli zwracać uwagę na własne zwyczaje i to znana na całym świecie reguła, że przy pomocy rosnącej turystyki można zachować konkretne tradycje. One zachowują się oczywiście potem w pewien zdegenerowany sposób (zmienia się np. przepisy na potrawy), ale jest to i tak wartościowsze niż całkowite zapomnienie.

Czy piwo jałowcowe było jakąś formą piwa dla biedoty?

Początkowo tak myślałem i napisałem w swoim artykule, że była to pewnego rodzaju degeneracja piwa. Potem jednak recenzent artykułu, którym był prof. Patrick E. McGovern, człowiek, który odkrył najstarsze wino na świecie, piszący o różnych starożytnych napojach alkoholowych, zwrócił uwagę na ciekawą rzecz. Jako chemik, który na podstawie wykopalisk oznacza skład chemiczny napojów (m.in. jakie owoce się w nich znajdowały), stwierdził, że nie jest prawdą, by piwo jałowcowe było jakąś głodową formą piwa. Okazało się, że bardzo podobny napój, jaki do dziś produkuje się na Kurpiach, używany był w Danii kilka tysięcy lat temu. Tak więc tych kilka kurpiowskich gospodyń, było jedynymi w Polsce, które przechowały recepturę tego starożytnego napoju.

Co można powiedzieć o składzie piwa jałowcowego w przeszłości?

Pierwotnie to jałowiec był źródłem cukru w tym piwie. W przypadku Kurpiów tym źródłem bywał również miód (w końcu Kurpie to bartnicy). Miód więc łączono z jałowcem, dodawano trochę szyszek chmielowych, co wydaje mi się być wtórne, a jeszcze później składnikiem piwa stawał się cukier. Dzisiaj owoce jałowca kupuje się często w Herbapolu, bo już nawet nie jest tak powszechny. Jałowiec to roślina, której jest obecnie mniej niż kiedyś, wycięto ją w wielu miejscach, zarosła ona drzewami, a była to przecież roślina pastwisk.

Dużo na temat jałowca pisał badacz Kurpiowszczyzny Adam Chętnik. Jak Pan ocenia jego prace?

Przypomnijmy najpierw, że Chętnik napisał osobny artykuł na temat jałowca: Jałowiec w życiu, obrzędach i wierzeniach Kurpiów[3]. Prace Chętnika są wyjątkowo wnikliwe, bardzo dokładne i z detalem opisujące różne aspekty. To jest perełka w etnografii polskiej.

Czy ktoś poza Chętnikiem w polskiej etnografii pisał o jałowcu?

Pisano, choć nie w tak szerokim kontekście. Oczywiście wzmianki się zdarzają, np. dotyczące Kaszub. Z badań Polskiego Atlasu Etnograficznego posiadamy sporo informacji na temat użytkowania piwa jałowcowego. W jednym z niepublikowanych tomów Atlasu jest nawet mapa użytkowania jałowca w Polsce. Jest to więc temat szeroki i bardzo ciekawy.

Mieszka Pan na pograniczu dwóch wsi: Pietruszej Woli i Rzepnika koło Krosna w województwie podkarpackim. Czy tam zachował się napój podobny do piwa jałowcowego?

Nie ma w tym regionie nic takiego. Jesteście w tym wyjątkowi.

Dziękuję za rozmowę.
______________________



Łukasz Łuczaj – etnobotanik, doktor habilitowany nauk biologicznych, profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego, popularyzator i specjalista w zakresie dzikich roślin jadalnych. Jest autorem książek, m.in. Dzikie rośliny jadalne Polski. Przewodnik survivalowy (2002) i Dzika kuchnia (2018). Ma na swoim koncie liczne artykuły z dziedziny etnobotaniki w renomowanych czasopismach i jest m.in. współautorem tekstu poświęconego piwu jałowcowemu: Juniper Beer in Poland: The Story of the Revival of a Traditional Beverage. Prowadzi stronę internetową lukaszluczaj.pl

Przypisy:
[1] A. Chętnik, Pożywienie Kurpiów. Jadło i napoje zwykłe, obrzędowe i głodowe, Kraków 1936.
[2] T. Madej, E. Pirożnikow, J. Dumanowski, Ł. Łuczaj, Juniper Beer in Poland: The Story of the Revival of a Traditional Beverage, „Journal of Ethnobiology” 2014, no 34 (1), p. 84-103.
[3] A. Chętnik, Jałowiec w życiu, obrzędach i wierzeniach Kurpiów, „Ziemia. Dwutygodnik Krajoznawczy Ilustrowany”, nr 17, 1928, s. 269-274.

środa, 20 listopada 2019

„Kontynuatorki Tradycji”. Rozmowa o tym, jak kultura kurpiowska łączy pokolenia, miasto i wieś

„Kontynuatorki Tradycji” to międzypokoleniowa grupa śpiewacza powstała jesienią 2018 r. z inicjatywy warszawskiej śpiewaczki, nauczycielki techniki wokalnej i muzykoterapeutki Olgi Stopińskiej. Tworzą ją śpiewaczki - nauczycielki z zespołu Bandysionki i ich młode uczennice, dziewczyny z Bandyś i Czarni. Zapraszam do lektury rozmowy na temat tego interesującego projektu.

(„Kontynuatorki Tradycji” na Festiwalu Wszystkie Mazurki Swiata. Fot. Mariusz Cieszewski)
Łukasz Gut: „Kontynuatorki Tradycji” - Ta nazwa brzmi intrygująco. Kim są owe kontynuatorki?

Olga Stopińska: Kontynuatorki Tradycji to międzypokoleniowa, żeńska grupa śpiewacza działająca we wsi Bandysie na Kurpiach Zielonych. Tworzą ją śpiewaczki z zespołu Bandysionki (Bronisława Świder, Antonina Deptuła i Marianna Kuta) oraz ich młode uczennice z Bandyś i Czarni (Karolina i Ewelina Kuta, Karolina Zapadka, Agnieszka Samsel, Idalia Dawidczyk, Ola Tyc) wspierane przeze mnie – warszawską śpiewaczkę i muzykoterapeutkę. Tym co nas łączy jest przede wszystkim potrzeba wspólnego śpiewania pieśni kurpiowskich. Kontynuujemy lokalną tradycję śpiewaczą, przekazywaną z pokolenia na pokolenie w drodze przekazu ustnego.
Antonina Deptuła: My już jesteśmy teraz babciami, i lubimy to, no i...
Marianna Kuta: I śpiewać lubimy i tańcować, wszystko lubimy co tylko je na świecie, co na wesoło je to my tak lubziem.
Bronisława Świder: Śpiewać dawne pieśni kurpiowskie, jakie umiemy, jakie pamiętamy.
Antonina Deptuła: To tradycje starodawno podtrzymujem. Starodawne pieśni podtrzymujem, jesteśmy zadowolone że nas wołają.

Inicjatorką grupy jest Pani Olga Stopińska. Skąd u Pani zainteresowanie kulturą kurpiowską? Co było inspiracją do powstania grupy?

Olga Stopińska: Z tradycyjnymi pieśniami kurpiowskimi zetknęłam się już w domu rodzinnym, za sprawą Adama Struga. W formie stylizowanej pieśni kurpiowskie śpiewała również moja Babcia, która mieszkając u rodziny w Łomży, każde wakacje spędzała na Kurpiach. Pieśni, których nauczyłam się od Adama, przez lata śpiewałam dla siebie i najbliższych przyjaciół ale o kulturze i tradycji kurpiowskiej nie wiedziałam właściwie nic. Z wykształcenia jestem wokalistką i muzykoterapeutką specjalizującą się w meloterapii (terapii śpiewem). Moje zainteresowania oscylowały głównie wokół muzyki afro-amerykanskiej, afrykańskiej i kubańskiej. Zainspirowana przez siostrę i jej męża, zaczęłam myśleć o wprowadzeniu do swojej praktyki etno-meloterapeutycznej tradycyjnej muzyki polskiej. Ta idea zaprowadziła mnie ponownie do Adama, na prowadzone przez niego spotkania śpiewacze oraz warsztaty śpiewu kurpiowskiego, odbywające się w ramach festiwalu Wszystkie Mazurki Świata. W roku 2013 Adam zabrał mnie na tabor kurpiowski organizowany przez Kasię i Seweryna Huzarskich we wsi Bandysie. Tam po raz pierwszy usłyszałam panią Bronisławę Świder i natychmiast zapragnęłam poznać ją lepiej. Na nasze pierwsze, prywatne już spotkanie w Bandysiach, pani Bronia zaprosiła pozostałe Bandysionki – Antoninę Deptułę i Mariannę Kutę. Ich domowy śpiew zrobił na mnie niesamowite wrażenie.

Proszę coś więcej o tych wrażeniach opowiedzieć

Olga Stopińska: Nigdy wcześniej nie słyszałam nic równie pięknego i przejmującego. Poczułam, że dane jest mi obcować z pięknem w najczystszej postaci i postanowiłam przyjeżdżać do pani Broni jak najczęściej, by uczyć się pieśni kurpiowskich u źródła. Nasze spotkania wypełniał śpiew oraz opowieści o tradycji i zwykłym, codziennym życiu. To Ona obudziła we mnie potrzebę pogłębiania wiedzy na temat kultury kurpiowskiej, a potem również dzielenia się nią z innymi m.in w ramach spotkań śpiewaczych "Kobziece Spsiewy", które organizowałam i współprowadziłam razem z Bandysionkami. Wracając do miasta, w dawnych pieśniach coraz częściej słyszałam jednak muzykę własną, która zmaterializowała się za sprawą Mateusza Wachowiaka. Przy ogromnym wsparciu pani Broni, w 2017 roku jako zespół BURÓNKA zadebiutowaliśmy na Festiwalu Polskiego Radia Nowa Tradycja, zdobywając drugą nagrodę „za sugestywne przekazanie charakteru pieśni kurpiowskich” oraz nagrodę publiczności “Burza Braw”. Niezależnie od tego gdzie dalej poniesie mnie ścieżka artystyczno–muzykoterapeutyczna, część mojego serca na zawsze pozostanie na Kurpiach, razem z moją Mistrzynią Panią Bronisławą Świder, Antoniną Deptułą, Marianną Kutą, Dziewczynami z Kontynuatorek i wieloma innymi wspaniałymi ludźmi, za sprawą których dane mi było i jest poznawać tą piękną kulturę.

(„Kontynuatorki Tradycji”, Bandysie, wrzesień 2018, fot. Łukasz Olszewski)
Jaka idea stała za utworzeniem tej grupy śpiewaczej?

Antonina Deptuła: Od dawna dawnego byłyśmy grupą, jeździłyśmy z występami. A teraz ostałym już, nie jeździem, a zostałym w domu i lubiem z młodymi dziewczynami śpiewać i uczyć je.
Bronisława Świder: Uczyć je tych naszych piosenek, dawnych, tradycyjnych, i żeby się młodzież uczyła. Bo my babcie już dziś jesteśmy, to może nas nie być.
Antonina Deptuła: A jesteśmy zadowolone że młodzież ma chęć śpiewać z nami.
Marianna Kuta: Bo was lubziem.
Karolina Kuta: Ideą była i jest nauka i podtrzymanie tradycji które już zanikają albo zanikły.
Olga Stopińska: Przyświecały mi dwie idee. Pierwszą było działanie na rzecz umacniania więzi pomiędzy śpiewaczkami – seniorkami a młodszym pokoleniem, drugą – przekazanie młodym Kurpiankom repertuaru i stylu wykonawczego Bandysionek. Spotkania z panią Bronią i Bandysionkami uświadomiły mi jak cenną wiedzę mają do przekazania oraz jak kruchym jest nasz wspólny czas. Czułam również, że starszemu pokoleniu brakuje częstszych spotkań z młodymi. Trapiło mnie, że tradycja śpiewacza w Bandysiach zaniknie, jeśli Babcie nie znajdą godnych następczyń. W Bandysiach od kilku lat działa wspierana przez wspominanych wcześniej Kasię i Seweryna Huzarskich młoda kapela kurpiowska „Sobotnie Granie” czerpiąca z repertuaru Bandysionek, a w pobliskiej Czarni prowadzony przez Witolda Kuczyńskiego zespół folklorystyczny, do którego przez wiele lat należały chyba wszystkie śpiewaczki z Bandyś. W tych okolicznościach pomysł powołania międzypokoleniowej, żeńskiej grupy śpiewaczej, w której Bandysionki pełnić miały rolę nauczycielek, wydawał mi się zasadny i możliwy do zrealizowania. Przy tworzeniu Kontynuatorek, nieocenioną pomoc okazał mi Sołtys Bandyś Stanisław Szydlik – wspaniały, kochający kurpiowską tradycję człowiek, bez którego ta i wiele innych inicjatyw najprawdopodobniej nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.

Dlaczego do projektu wybrane zostały Bandysie?

Antonina Deptuła: Bo my najlepsiej śpiewomy, ( śmiech ) no nie Brońcia ?
Bronisława Świder: Przyjeżdżają, z różnych stron, i naszych piosenek się uczą, iii… różnych gawędów, dawnych obrzędów, i chyba dla tego, nie wiemy.
Karolina Kuta: A Ty babciu jak Myślisz?
Marianna Kuta: No ja tak. Bo My to już od dawna, dawna dawnego jesteśmy wpojone w to, i tego śpiewać, i uczyć i żeby jeszcze i ta młodzież się od nas dużo nauczyła.
Olga Stopińska: Oprócz powodów o których wspominałam wcześniej, trzeba podkreślić że wśród etnomuzykologów i pasjonatów folkloru, śpiewaczki z Bandyś od lat cieszą się ogromnym uznaniem. W ich repertuarze znajdują się dawne pieśni leśne i polne, obrzędowe pieśni weselne, pieśni zastolne, taneczne (trampane) i nabożne. Choć wszystkie śpiewały w zespole folklorystycznym, przeważająca część ich repertuaru pochodzi z przekazu naturalnego. Śpiew Bandysionek zachował cechy charakterystyczne dla dawnego, kurpiowskiego stylu wykonawczego, co jest niezwykle cenne z perspektywy działań ukierunkowanych na zachowanie dziedzictwa kulturowego.
Karolina Kuta: Dodam po prostu: Bo w Bandysiach jest pięknie! Mamy tu wspaniałych ludzi i nasze babcie, które przekazują nam tak cenną wiedzę, będącą ich wspomnieniami. Wieś dookoła otoczona jest lasem, czyli Puszczą Kurpiowską, gdzie powstał rezerwat w którym zachowały się barcie.

Czy międzypokoleniowy charakter Kontynuatorek Tradycji to pomysł na to jak przechować kulturę kurpiowską?

Olga Stopińska
: Zdecydowanie tak! Nasze nauczycielki zdobywały nagrody na najważniejszych konkursach dedykowanych muzyce tradycyjnej nie tylko dlatego, że ich śpiew był piękny, ale przede wszystkim dlatego, że był autentyczny. Urodziły się w czasach, gdy śpiew był jeszcze częścią codziennego życia zwykłych ludzi, a nie czynnością zarezerwowaną dla artystów występujących na scenie. Ciocia Bronia Świder w młodości była szanowaną cepsiarką. Wraz z Ciocią Antosia i Marysią są żywą skarbnicą dawnych pieśni i zwyczajów. Przejmując od nich repertuar, uczymy się znacznie więcej niż pieśni. Zachowujemy też wiedzę o ich symbolice, kontekście kulturowo-społecznym, stylu wykonawczym i gwarze.
Karolina Kuta: Dzięki przekazywaniu wiedzy o tradycjach i kulturze jest ona w nas, a my możemy się nią posługiwać i dalej ją przekazywać lub podtrzymywać na tyle na ile się da, ale tez dzielić się nią z innymi.
Antonina Deptuła: Bo jak się od nas nauczycie to i na pewno tą tradycję będziecie prowadzić dalej.
Marianna Kuta: Żeby nie zaginęła, ta kultura Kurpiowska i żeby ona istniała.
Bronisława Świder: Lata, lata.
Marianna Kuta: Lata, lata. Dopóki będzie istniał świat.

W jaki sposób chciałybyście być obecne na lokalnej mapie kulturalnej?

Olga Stopińska: To pytanie należałoby zadać przede wszystkim młodym. Osobiście, uważam że Kontynuatorki powinny szukać swojego miejsca przede wszystkim poza sceną. Za sukces uznałabym utrwalenie się sytuacji w której śpiew Kontynuatorek towarzyszy wydarzeniom społecznym takim jak np. muzyki, czyli kurpiowskie potańcówki organizowane przez Kurpiów dla Kurpiów, otwarte na gości z Polski i świata. Za jeszcze większy, gdyby Kontynuatorki miały swój udział we wskrzeszeniu pięknej tradycji międzypokoleniowego śpiewu za zmarłych, która na Kurpiach praktykowana jest obecnie właściwie jedynie przez starsze pokolenie. Kibicuję również wszelkim twórczym poszukiwaniom nowych przestrzeni i zastosowań dla tradycyjnej kultury kurpiowskiej oraz włączaniu jej do działań o charakterze edukacyjnym.
Karolina Kuta: Myślę że można nas zaznaczyć jako punkt, do którego można zawsze przyjechać, odwiedzić, może się czegoś nauczyć i też można nas zapraszać do siebie.

(Potańcowka w Bandysiach. Do tańca gra Kapela Sobotnie Granie. Tańczą Bronisława Świder i Marianna Kuta. Fot. Agnieszka Zielewicz)
Co stanowi o wyjątkowości Kontynuatorek Tradycji?

Olga Stopińska: Powodów jest co najmniej tyle ile śpiewaczek w naszej grupie :) Wyjątkowe jest już to, że dane nam było się spotkać. Projekt, w ramach którego Kontynuatorki powstały trwał jedynie 3 miesiące. Po jego zakończeniu, pomimo braku wsparcia finansowo-organizacyjnego postanowiłyśmy spotykać się nadal w domach naszych nauczycielek. We wrześniu tego roku skończyłyśmy rok. Ciocie, które początkowo nie wierzyły w to, że młode dziewczyny będą chciały się od nich uczyć, są dziś ze swoich Dziewcaków bardzo, bardzo dumne.
Karolina Kuta: Nasze babcie są wyjątkowe przez to, że są z nami i chcą nas uczyć. A my…? Może to, że nie znam osób, które robią coś podobnego.
Antonina Deptuła: Bo wy nas lubicie i my was lubimy też, i to prawda.
Bronisława Świder: I wiemy że wy umiecie też śpiewać, bo żebyście nie umiały śpiewać, to byście tu nie były.
Antonina Deptuła: I macie tak samo chęć do śpiewania, jek i my. Umiecie bardzo dobrze.
Marianna Kuta: Wyśta podobne do nas, a my do was. (śmiech)
Antonina Deptuła: O Jezu Kochany (śmiech), jek my dobrze możem tak klepsiem.
Karolina Kuta: Dobrze, dobrze.
Bronisława Świder: No bo prawda.
Antonina Deptuła: Jesce i co dołożyć.
Bronisława Świder: Gdybym wiedziały, że wy nie możecie, to byście nie przychodziły.
Antonina Deptuła: Wam się widocznie podoba to śpiewanie i wy się chcecie nauczyć i to dlatego.

Czego można życzyć Kontynuatorkom Tradycji?

Antonina Deptuła: Wszystkiego dobrego, nie?
Marianna Kuta: Dużo zdrowia.
Antonina Deptuła: Dużo zdrowia, to najważniejsze.
Bronisława Świder: Długiego życia dla nas.
Antonina Deptuła: Abym mogły wspólnie pracować. Tak, tak, czego tu chcieć. Aby boziulka dopo… przedłużyła jeszcze.
Olga Stopińska: Młodym, ugruntowania w zainteresowaniu tradycją i wytrwałości w dążeniu do znalezienia w niej swojego miejsca. Ciociom – Zdrowia. Zdrowia i siły do dalszych spotkań. Byłoby również wspaniale, gdyby podobne inicjatywy powstawały w innych miejscach na Kurpiach.
Karolina Kuta: Oby Kontynuatorki działały jak najdłużej. Ciężko nam się czasem spotkać. Babcie są na miejscu, ale my w szkołach, pracy… a weekendy, jak to wiadomo u młodych osób, czasem są zajęte, ale znajdujemy czas do spotkań. Zdrowia dla babć, siły, oraz tego, aby jak najwięcej odgrzebywały ze swojej pamięci. Można też życzyć nam młodym Kontynuatorkom dobrego męża – tak mówią babcie.

I tego życzę. Dziękuję za rozmowę.

wtorek, 3 września 2019

„Na chwilę przed wojną”. Rozmowa z Wojciechem Szewczakiem o Kurpiach, wrześniu 1939 i rekonstrukcji historycznej

Przedstawiam rozmowę z Wojciechem Szewczakiem, pomysłodawcą i koordynatorem projektu „Na chwilę przed wojną” - Sierpień 1939 na Kurpiach, przedstawiającego cykl zdjęć, których celem jest propagowanie wiedzy na temat walk żołnierza polskiego na Kurpiowszczyźnie we wrześniu 1939 roku.  

Łukasz Gut: W połowie sierpnia w Internecie pojawiły się pierwsze zdjęcia z cyklu „Na chwilę przed wojną” - Sierpień 1939 na Kurpiach. Jak narodził się pomysł takiej wystawy?

Wojciech Szewczak: Pomysł zrodził się już dość dawno. Obecnie pracuję jako nauczyciel w Grodnie na Białorusi. Szybko zwróciłem tam uwagę na niewielką ilość informacji w tzw. przestrzeni publicznej na temat walk żołnierza polskiego w obronie Grodna i w boju pod Kodziowcami w 1939 roku. Od razu odniosłem to do walk na Kurpiach. Przecież niedaleko Myszyńca, miedzy Dąbrowami a Rozogami w 1939 roku przebiegała granica z Niemcami. Już pobieżne badanie źródeł potwierdziło, że rzeczywiście na terenie Kurpiowszczyzny toczyły się walki we wrześniu 1939 roku.
 
(Na zdjęciu uczestnicy projektu. Od lewej: Ewa Janiszewska, Zbigniew Janiszewski, Tomasz Posmyk (z tyłu), Iwona Parapura, Jakub Wójcik, Piotr Parapura, Jan Karpiński, Justyna Rolka, Kamil Puka, Wojciech Szewczak)

Jak więc przebiegały prace nad zdjęciami?


Pierwsze realne szanse na zrobienie tych zdjęć pojawiły się, kiedy poznałem Kolegów: Zbigniewa Janiszewskiego z Kurpiowskiej Grupy Historycznej „Ostoya” i Piotra Parapurę z Grupy Historycznej „Niepodległość 1863”. Obydwu spodobał się ten pomysł i mogliśmy myśleć o realizacji. Około roku temu zobaczyłem zdjęcia Justyny Rolki, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie a w maju br. zrobiliśmy z Justyną serię próbnych zdjęć w mundurze na tle grodzieńskich zabytków. Z tych zdjęć byliśmy bardzo zadowoleni więc mogliśmy rozpocząć prace nad zdjęciami na Kurpiach.

Czyli wynika z tego co Pan mówi, że w projekt zaangażowanych jest sporo osób?

Tak, nawet nie próbowałem udźwignąć tak dużego przedsięwzięcia sam, na szczęście w projekt zaangażowało się rzeczywiście wiele osób. Jakoś tak wyszło, że każdy z uczestników sam sobie wyznaczył i przyjął zadania w projekcie. Kilkugodzinna praca na planie zdjęciowym też przebiegała w serdecznej atmosferze pomimo upału. Trzeba także pamiętać, że przemieszczaliśmy się po terenie całego Skansenu Kurpiowskiego w Nowogrodzie ze sporą ilością sprzętu. Obecnie w projekcie udział biorą trzy grupy rekonstrukcyjne i fotograf, łącznie ok. 10 osób.

Dlaczego walki na Kurpiach we wrześniu 1939 roku są dla was tak istotne, że postanowiliście je propagować swoimi zdjęciami?

Walki na Kurpiach były tylko jednym z elementów Polskiej Wojny Obronnej 1939 roku. Istnieją jednak dwa ważne powody, dla których postanowiliśmy przypomnieć naszymi zdjęciami właśnie o nich.

Po pierwsze, jesteśmy z tego regionu, jesteśmy więc z Kurpiami związani emocjonalnie. Członkowie Kurpiowskiej Grupy Historycznej „Ostoya” - Zbyszek Janiszewski, Tomek Posmyk, Janek Karpiński, Jakub Wójcik i Kamil Puka urodzili się na Kurpiach i tu mieszkają, natomiast ja u dziadków na Kurpiach spędzałem wakacje. Rodzeństwo Iwona i Piotr Parapura są co prawda z Warszawy, ale bardzo dużo swego rekonstruktorskiego czasu poświęcają właśnie Kurpiowszczyźnie.

Drugim powodem jest to, że dużo mówi się o obronie Westerplatte, bitwie nad Bzurą, bitwie pod Kockiem, a zupełnie zapomina się o tym, że nasi żołnierze we wrześniu ginęli także na ziemi kurpiowskiej. Broniąc północnych rubieży Rzeczypospolitej również zasłużyli na to byśmy o nich pamiętali.

Zrobienie tego cyklu fotografii to nie jedyne wasze działania. Czym się jeszcze zajmujecie?

Przede wszystkim działamy na polu edukacji. Bierzemy udział w rekonstrukcjach walk z września 1939 roku, partyzantki 1939-45 i żołnierzy wyklętych, czyli okresu 1944-63. Poza tym KGH „Ostoya” i GH „Niepodległość 1863” odtwarzają wydarzenia historyczne od okresu Powstania Styczniowego do czasów Żołnierzy Wyklętych. Celem działań wszystkich trzech grup jest edukacja. Chodzi o to, żeby uczyć historii w sposób na tyle ciekawy, aby zainteresować również osoby, które historii nie lubią.

Znany jest mit o słabości polskiej kawalerii w 1939 roku. Czy macie zamiar obalać ten i inne mity związane z walkami we wrześniu 1939?


Ten mit to wymysł niemieckiej propagandy, podtrzymywany później w okresie powojennym przez komunistów. Celem takich działań było skompromitowanie polskiego żołnierza, dowództwa i rządu w oczach Polaków. Takich mitów wrześniowych jest wiele i oczywiście trzeba je odkłamywać, ale cała historia Polski XX wieku została mocno wypaczona w okresie powojennym. Naszymi działaniami staramy się to odkłamywać. Odtwarzanie danej formacji zbrojnej jest swego rodzaju nauką historii na żywo i dzięki temu właśnie jest to naszym zdaniem bardzo dobra forma edukowania nie tylko dzieci i młodzieży, ale też dorosłych. To doskonałe uzupełnienie wiedzy zdobywanej w szkołach.

Jakie macie plany na przyszłość?

Oczywiście najważniejsze są inscenizacje historyczne, ponieważ one przyciągają najwięcej widzów. Staramy się też brać udział w obchodach świąt narodowych i prowadzimy inne działania związane z prostowaniem naszej historii i przekazywaniem wiedzy historycznej młodszym i starszym. Naszym celem jest ukazanie historii w możliwie najatrakcyjniejszy sposób i oczywiście edukowanie wszystkich grup wiekowych.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę wielu dalszych sukcesów i udanych rekonstrukcji.

środa, 8 lutego 2017

Kapliczki, krzyże i figury przydrożne, czyli rozmowa o dziedzictwie Kurpiowszczyzny

Łukasz Gut: Przydrożnych krzyży, czy kapliczek na Kurpiach nie brakuje. Czy istnieje coś takiego jak kapliczka kurpiowska? Przydrożne krzyże, figury i kapliczki na naszym terenie wyróżniają się na tle innych takich obiektów w kraju?

Maria Weronika Kmoch, historyk, regionalistka: Na pewno warto podkreślić formę – wśród krzyży najczęściej spotkamy niskie, kute przez wiejskich kowali krzyże żelazne w kamiennych cokołach, charakterystyczne generalnie dla Mazowsza, Podlasia i Suwalszczyzny. Wśród drewnianych krzyży na wyróżnienie zasługują wysokie z korunami (małymi krzyżykami na szczytach belek). Spotkamy je też na północnym Podlasiu, ale te kurpiowskie są świadectwem niesamowitego kunsztu twórców – nie znajdziemy dwóch takich samych, każdy wyróżni się wyszukaną formą. 

Jeśli chodzi o kapliczki, to na Kurpiach popularne są przedstawienia kłodowe, wykonane z jednego kawałka drewna z jakąś figurką w środku. Spotkamy tu też kapliczki słupowe (słup i kapliczka wykonane osobno), ale równie dobrze znajdziemy je w innych częściach Mazowsza czy Podlasia. Na Kurpiach przetrwały także kapliczki domkowe, które odnajdziemy też np. w Lubelskiem czy Rzeszowskiem. Forma kurpiowskich jest prostsza niż przedstawienia z innych regionów. Mamy też liczne przedstawienia figuralne św. Jana Nepomucena, charakterystyczne szczególnie w zachodniej części regionu (prosta figura na słupie, toporne ciosy statycznej postaci, oszczędność kolorystyczna), na pozostałym terenie mające formę figury w kapliczce.

(Kapliczka i krzyż przydrożny w Myszyńcu. Fot. z 1937 roku. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/131/0/-/276/19)

Podsumowując, jeśli chodzi o typy przydrożnych obiektów sakralnych, to Kurpie wpisują się w specyfikę Mazowsza. Wyróżnia je jednak wyjątkowe zdobnictwo i liczba omawianych pamiątek. Dotyczy to oczywiście obiektów starych, choć i obecnie zauważyć można nawrót tradycyjnych form.

Czy podczas Twoich badań nad przydrożnymi obiektami sakralnymi w gminie Jednorożec niektóre z nich stanowiły część historii danej wsi? Mogłabyś podać przykłady, gdzie wiązały się z nimi jakieś historyczne wydarzenia?

Oczywiście! Kapliczki, krzyże i figury niejednokrotnie stawały się świadkiem wydarzeń historycznych. Same też wystawiane były na pamiątkę ważnych zdarzeń, czy to dla fundatorów, czy dla całej społeczności wiejskiej. Przykładów jest wiele, podam 4 z miejscowości o kurpiowskich tradycjach.
W Parciakach stał kiedyś drewniany krzyż z 1866 r. W 1915 r. w jego pobliżu spotkali się dwaj żołnierze wrogich armii – carskiej i niemieckiej. Jechali konno, byli uzbrojeni. Nie rozpoznali jednak, że obaj są Polakami. Jeden z żołnierzy rozciął drugiemu głowę szablą, powodując natychmiastową śmierć. Poszkodowany został pochowany w pobliżu kościoła parafialnego. Przykład ten pokazuje z jednej strony tragizm I wojny światowej i walkę Polaków we wrogich armiach, a z drugiej strony postawę Kurpiów – przez lata mieszkańcy zajmowali się bowiem grobem żołnierza, który zginął na ich ziemi, jak wielu innych pochowanych na cmentarzach wojennych.

W Jednorożcu przy rondzie stoi krzyż wystawiony w 1892 r., podejrzewam, że z okazji 30-lecia budowy pierwszego kościoła we wsi. W czasie I wojny światowej był to punkt odniesienia dla rosyjskich patroli. Pod krzyżem chowano poległych. Dysponuję też relacją Stanisławy Łasman, urodzonej w Jednorożcu, która zapisała, że jej mama wyprowadziła z bolszewickiej niewoli kilkunastu legionistów, za co w 1918 r. została przywiązana powrozami do krzyża i katowana nahajami. Miała być rozstrzelana o świcie, ale wówczas żołnierze POW wyzwolili wieś. 

Z kolei w Olszewce na środku wsi stoi krzyż z 1890 r. W tym miejscu istniała karczma prowadzona przez Żyda. Mieszkańcy, wracając z pola, często zatrzymywali się tam, by skosztować trunku. Później w domu nie byli w stanie pomagać kobietom, więc te spaliły karczmę. Na jej miejsce przywieziono z okolic wielki kamień, wkopano go w ziemię, a w nim umocowano krzyż. Z Małowidza natomiast pochodzi przykład związany z działalnością podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej na terenie gminy. Krzyż z 1949 r. upamiętnia właściciela posesji, który był gminnym komendantem PO SP. Patrol Narodowego Zjednoczenia Narodowego sierż. Eugeniusza Lipińskiego ps. „Mrówka” wykonał na nim wyrok śmierci za służbę systemowi komunistycznemu.

(Krzyże przydrożne na Kurpiach. Źródło: "Tygodnik Ilustrowany", 1928, nr 20)
 
W jakim okresie budowano najwięcej krzyży czy kapliczek? Z czego to wynikało? 

Niegdyś krzyże, kapliczki i figury wystawiano dużo częściej niż obecnie, przede wszystkich jako obiekty błagalne albo dziękczynne. Na Kurpiach chyba w ogóle nie spotkamy obiektów pokutnych, charakterystycznych dla południa kraju. Powodem fundacji mogły być różne wydarzenia: śmierć dziecka, powrót z niewoli, odzyskanie niepodległości itp. Krzyże pełniły też funkcje magiczne, dlatego spotkać je można np. na czterech rogach wsi, na jej granicach i skrzyżowaniach, gdzie uświęcały przestrzeń pierwotnie nieczystą, związaną z kumulacją zła. 

W wieku XIX obserwujemy upowszechnienie się żelaza. Stąd we wsiach zaczęto stawiać krzyże kute przez kowali. Wiele takich krzyży powstało po 1880 r., kiedy huragan powalił wiele drewnianych obiektów sakralnych m.in. na Mazowszu i Podlasiu, a specjalnie rozporządzenie utrudniało wznoszenie drewnianych świątków, by zapobiec ich niszczeniu przez warunki atmosferyczne. W XIX w. kilkakrotnie grasowały śmiertelne epidemie. Stawiano wówczas krzyże z dwoma poprzecznymi ramionami (karawaki) jako środek zabezpieczający przed zarazą. 

Zainteresowanie wystawianiem przydrożnych obiektów oraz renowacją starych zauważyć można od lat 80. XX w. Na terenie mojej rodzinnej gminy Jednorożec nasilenie tego procesu obserwujemy na początku XXI w. Współcześnie istnieje dowolność w stawianiu i remontowaniu przydrożnych kapliczek, krzyży i figur. Przekłada się to na liczne fundacje oraz odnowienia omawianych obiektów.

Kiedy najtrudniej było o postawienie kapliczek czy krzyży?

Na kondycję świątków w XIX w. negatywnie wpłynął nakaz generała carskiego Michaiła Murawiewa z czerwca 1863 r. Zabraniał on wystawiania nowych kapliczek i remontowania starych poza obrębem cmentarza parafialnego. Zakaz częściowo zniesiono w marcu 1896 r., a całkowicie uchylono w 1905 r. Eugeniusz Kłoczowski, dziedzic Bogdan Wielkich (gm. Chorzele), wspominał, że Otrzymanie legalnego pozwolenia na budowę (...) figury przydrożnej było niemożliwe. Figury wszystkie wystawiali ludzie nocą. Z chwilą, gdy stały, nie wolno ich było burzyć (...). Ożywienie ruchu sakralnego zauważamy dopiero w końcu XIX w. Krzyże pojawiają się w nieznacznie większej ilości w okresie rewolucji (1905–1906).

Choć można znaleźć wiele obiektów z okresu powojennego, ich wystawienie nie było łatwym zadaniem. Władze komunistyczne mnożyły trudności w zakresie odnowy starych i wystawiania nowych świątków. Wymagano specjalnych pozwoleń, w przejawach religijności upatrując niebezpiecznych dla władzy zgromadzeń mieszkańców. Wiele krzyży rozebrano pod pretekstem remontów, budowy nowych osiedli i dróg.

(Kapliczka przydrożna w Dębach. Fot. G. Jodkowski. Źródło: Rudolf Macura, Ziemia Kurpiów, Kraków 193-)

Jakie funkcje dla mieszkańców wsi miały dawniej kapliczki, figury i krzyże? Czy to się zmieniało w zależności od okoliczności? Czy stawały się czasami miejscem jakichś patriotycznych wydarzeń?

Najważniejsza jest oczywiście funkcja sakralna (religijna) – skupianie życia religijnego mieszkańców (nabożeństwa paraliturgiczne, procesje, prywatna modlitwa). Wiele krzyży i kapliczek ma charakter antidotum na zło. Pełnią więc funkcję magiczną – chronią przed klęskami (zarazą, powodzią itp.), stawia się je w miejscach niebezpiecznych, nawiedzonych przez dusze zmarłych. Poza tym stanowią pamiątkę po fundatorach lub pomnik wydarzeń historycznych, dokumentują życie parafii, zawierają przesłanie dla potomnych. 

Wszelkie zwyczaje i obrzędy, związane z krzyżami i kapliczkami (strojenie świątków, wspomniane nabożeństwa) gromadziły mieszkańców wsi i parafii, sprzyjały nawiązywaniu kontaktów, spajaniu więzi, co też umacniało poczucie przynależności do wspólnoty. Takie znaczenie miały szczególnie place wiejskie z krzyżem lub figurą - dawniej miejsce wspólnych modłów. Gromadzono się w wigilię uroczystości kościelnych, podczas zarazy, nieszczęść lub wypadków, ale też uroczystości religijno-patriotycznych, choć raczej nie w XIX w., kiedy takie zebrania poza obrębem cmentarza parafialnego były zabronione. W pobliżu krzyży odbywały się niegdyś sądy, tu godzili się zwaśnieni sąsiedzi. Obiekty te pełnią więc funkcję integracyjną. 

Krzyże, figury i kapliczki wyróżniające się wielkością, lokalizacją czy dekoracją stanowią nierzadko najważniejsze punkty w miejscowości, są wizytówką miejscowości, ich dobry stan świadczy o religijności mieszkańców. Ustawiane na posesjach prywatnych są świadectwem religijności, czasem też zamożności oraz pozycji społecznej gospodarzy i fundatorów. Jednocześnie są wyznacznikiem gustu i upodobań estetycznych fundatorów czy opiekunów, co uwidacznia się w sposobie ich budowania, odnawiania czy zdobienia. Zauważamy tu funkcje: reprezentacyjną oraz estetyczną. 

I wreszcie funkcja orientacyjna (graniczna, demarkacyjna) – budowane w określonych miejscach, kapliczki, figury i krzyże pozwalają na orientację w przestrzeni. Stoją na środku miejscowości lub na jej granicy. Legendy i podania przekazują informację o skarbach, zakopywanych w pobliżu krzyży jako obiektów stałych, nieusuwalnych, przez to idealnych do ukrycia cennych przedmiotów na lata. Tutaj też zakopywano broń powstańczą i pieniądze podczas działań zbrojnych, by z łatwością je później odnaleźć. Świątki pełnią funkcję miejsca spotkań towarzyskich, w ich pobliżu umawia się zebrania i narady wiejskie. Przejezdni informowani są nierzadko o konieczności skręcenia „za figurką”, „za krzyżem”, by dotrzeć do konkretnego miejsca. Zgodnie z dawnymi zwyczajami, świątek na środku wsi, usytuowany na placu wioskowym, był miejscem, gdzie odpoczywali wędrowni żebracy i zmęczeni podróżni, tam zmawiały się młode pary. Świątki służyły też jako powszechnie rozpoznawalne miejsca, w których zostawiano zgubione rzeczy. Do świątka za wsią odprowadzano też idących do wojska rekrutów, którzy przy krzyżu granicznym otrzymywali rodzicielskie błogosławieństwo i żegnali się z rodzinami. 

Co ważne, warto podkreślić, że jeden obiekt może pełnić wiele funkcji. Np. wspomniany krzyż z Jednorożca to jednocześnie obiekt sakralny, pamiątkowy i reprezentacyjny. Pełni też funkcję orientacyjną.

Dokończ zdanie: Kapliczki, figury i krzyże na Kurpiach powinniśmy ocalić od zapomnienia, bo...

... w codziennym zabieganiu ich nie zauważmy, a towarzyszą nam od wieków. Każdy przydrożny obiekt sakralny to historia twórcy, nierzadko anonimowego czy fundatora, też często niezaznanego. To odzwierciedlenie upodobań estetycznych i przeszłości zarówno regionu, jak i kraju. To jednocześnie historia i dziedzictwo. Myślę, że gdyby każdy z nas wiedział, że obiekt w okolicy wykonał nasz przodek lub w jakiś inny sposób jesteśmy z nim związani, bardziej byśmy zwracali uwagę na kapliczki, figury i krzyży. Tak więc załóżmy i róbmy wszystko, co tylko możliwe, by ocalić stare obiekty, jak zadbać o ich renowację i wystawianie nowych. W nich bowiem wyraża się chrześcijański duch Polaków, to one są namacalnym świadectwem religijności i dziejów Kurpiów.

Dziękuję za rozmowę.