środa, 7 stycznia 2026

Żydzi w Myszyńcu w czasie I wojny światowej (relacja)

Historia I wojny światowej na Kurpiach, chociaż w ostatnich latach coraz lepiej poznawana, nadal wymaga dalszych badań i odkryć źródłowych. Te ostatnie mogą stanowić relacje, takie jak poniższa, znajdująca się w Bibliotece Narodowej Izraela, którą poniżej publikuję w wersji już przetłumaczonej. Relacja ta dotyczy losów Żydów z Myszyńca, Gleby, Obierwi i Dylewa w latach I wojny światowej. Za udostępnienie tego źródła dziękuję rosyjskiemu historykowi Konstantinowi Pakhaliukowi. Za jego przetłumaczenie dziękuję Jackowi Czaplickiemu, autorowi publikacji na temat Wielkiej Wojny i strony „Rowerem wokół Ostrołęki”.

Relacja dotyczy Żydów, a mówiąc precyzyjniej, opisuje represje jakimi rosyjscy oficerowie karali miejscową ludność wyznania mojżeszowego za ich kontakty z Niemcami. Anonimowe, cytowane niżej świadectwo dotyczy sytuacji z początku sierpnia 1914 roku, kiedy trwało wzajemne rozpoznanie sił armii rosyjskiej i niemieckiej na pograniczu.

W tekście dodano w nawiasach kwadratowych komentarze od tłumacza, w tym m.in. daty według nowego stylu.

Zapraszam do lektury.

Grupa chłopców z chederu w Myszyńcu ok. 1915 roku. Zdjęcie przekazała Shoshana Donin z archiwum rodzinnego - projekt Polskie Korzenie w Izraelu/Muzeum POLIN.

 _______________
 
NIEMCY W MIASTECZKU MYSZYNIEC.
(Powiat ostrołęcki, gubernia łomżyńska)

Miejscowość Myszyniec znajduje się 6-7 wiorst od granicy Prusami Wschodnimi. W miejscowości mieszka 300 rodzin żydowskich i około 200 rodzin chrześcijańskich – wyłącznie Polaków. Wszyscy urzędnicy policji, poczty i urzędu skarbowego oraz pracownicy urzędów gminnych są bez wyjątku są Polakami.

25 lipca [od tłumacza - 7 sierpnia 1914 r.] do miasteczka wkroczył rosyjski oddział z jednym oficerem, - towarzyszyło mu kilku ludzi z [6.] Głuchowskiego Pułku Dragonów – i aresztował właściciela browaru w Myszyńcu, sześćdziesięcioletniego starca Jonę Pereca. Oddział zabrał starca do Kadzidła, położonego w połowie drogi między Myszyńcem a Ostrołęką. Jego syn Naftalij, chcąc oszczędzić staremu ojcu ciężkiej podróży pieszo, wynajął wóz woźnicą i pojechał za oddziałem, mając nadzieję, że uda mu się przekonać oficera, aby pozwolił staruszkowi wsiąść na wóz. Oficera dało się przekonać. Po przejechaniu 6-7 wiorst syn postanowił wrócić pieszo do domu w Myszyńcu, pozostawiając wóz do dyspozycji starca aż ten dojedzie do Kadzidła. Oficer, który początkowo zgodził się, zmienił zdanie i kazał synowi jechać razem ze starcem.

- Skoro syn się znalazł, niech też jedzie – postanowili żołnierze, wyraźnie sympatyzując ze swoim przełożonym i zawieźli ich obu do kwatery komendanta, a stamtąd do więzienia w Ostrołęce.

Na podstawie donosu Polaków, starzec został oskarżony o to, że w Dąbrowach (rosyjska wieś przy samej granicy) dostarczał piwo i dawał chleb Niemcom, kiedy pojawiali się w Myszyńcu. Naczelnik żandarmerii w Ostrołęce, po przeprowadzeniu dokładnego dochodzenia, na podstawie zeznań woźnicy Adamczyka (Polaka), który służył u Pereca przez kilka lat, ustalił, że Perec posiada hurtownię piwa we wsi Dąbrowy, zgodnie z zezwoleniem wydanym przez urząd skarbowy guberni Łomżyńskiej, a jego zarządcą w Dąbrowie jest Polak Piotr Bałdyga.

Kiedy Niemcy zajęli pocztę, zauważyli szyld browaru i włamali się do jego pomieszczeń. W jednym z pokoi znaleźli na stole małą bułkę chleba [gwara: bochenek], którą natychmiast zabrali... Piwo w browarze było w beczkach, ale nie było butelek, więc Niemcy nie zabrali piwa, mimo ze grozili Browningiem, by dać im piwo w butelkach.

25 lipca aresztowano Wolfa Brodersona, sprzedawcę w sklepie należącym do browaru braci Teitel z Ostrowi w guberni łomżyńskiej. 23 lipca [5 sierpnia] pojawili się w jego sklepie Niemcy i zażądali piwa, którego oczywiście nie można było im odmówić. Niemcy pili piwo również w gospodach Niewiarowskiego i Lasta (obaj Polacy), ale policja, która wróciła do miasteczka, zostawiła ich w spokoju, ponieważ nikt na nich nie doniósł. W Myszyńcu Niemcy kupowali dużo w sklepie spółdzielczym. Jedną ze sprzedawczyń aresztowano, ale ksiądz pojechał do Kadzidła do komendanta i ją zwolniono. Starszy strażnik ziemski Andrzejczyk powiedział Lasockiemu (Polakowi), że Naftalija Pereca aresztowano bez winy, ale dodał dobrodusznie:

- E, nic, Żyd może posiedzieć w więzieniu.

26 lipca [8 sierpnia] rosyjski oddział powrócił do miasteczka i aresztował rabina Awrahama Goldszlaka, Judela Kaca, jego 17-letniego syna Chaima oraz Polaka Pawła Ksenka. Ten ostatni został zwolniony po kilku dniach.

27 lipca [9 sierpnia] jakiś żołnierz przyniósł od oficera do myszynieckiego podwładnego następującą wiadomość: Wasz rabin zostanie wzięty jako zakładnik. Jeśli ponownie pojawią się pogłoski o rozmowach Żydów z Niemcami, rabin zostanie powieszony.

Notatka oficera wywarła ogromne wrażenie na mieście. Nie wiadomo, czym zawinili obaj Kacowie. Dwóch Polaków wskazało, że Chaim powiedział Niemcom, iż w Myszyńcu niedawno przebywali rosyjscy żołnierze. Sąd polowy w Białymstoku skazał go na karę śmierci, ale ze względu na jego niepełnoletniość karę zamieniono na dożywotnią karę ciężkich robót.

W tym samym czasie aresztowano Henacha Cukrowicza, bogatego kupca, który prowadził interesy z Prusami, za jego rozmowy z Niemcami. Jego wina polegała na tym, że po zniszczeniu przez Niemców całego wyposażenia urzędu gminy, wkroczyli oni do drugiej części domu, gdzie znajdowało się mieszkanie sekretarza gminy Załęskiego. Załęski, który zupełnie nie znał niemieckiego, nie był w stanie wyjaśnić im, że wszystko w tym mieszkaniu jest jego prywatną własnością. Poprosił Cukrowicza, aby wytłumaczył to Niemcom. Strażnik Andrzejczyk poinformował swoich przełożonych i komendanta, że Cukrowicz ma jakieś tajemnice powiązania z Niemcami, od których otrzymał dużo pieniędzy. Przeprowadzono rewizję u Cukrowicza i znaleziono 24 tysiące marek. To wystarczyło, aby uznać go za szpiega.

29 lipca [9 sierpnia] w miasteczku pojawił się oddział rosyjskich żołnierzy i nakazał wszystkim Żydom opuszczenie miasta. Bez ubrań i bielizny oraz bez jedzenia cała żydowska ludność Myszyńca została wygnana do komendantury w Kadzidle. Kobiety i starcy błagali komendanta, aby pozwolił im wrócić do Myszyńca. Komendant był nieugięty i groził, że utopi wszystkie dzieci oraz wyrżnie wszystkich dorosłych.

Delegacja, która udała się do gubernatora, uzyskała zgodę na powrót Żydów do swoich domów w Myszyńcu. Jednak komendant pozostał przy swoim poprzednim zarządzeniu i Żydom z Myszyńca pozwolono jedynie zabrać stamtąd swój dobytek. Podczas nieobecności Żydów całe ich mienie zostało splądrowane. W Myszyńcu pozostali tylko: 95-letni Aron Kac, 90-letni Nochim Fürstenberg, 86-letni Fiszel Ratgofel i jego kulawa 85-letnia ciotka Hana, Aleksander Bursztein z żoną, oboje powyżej 90 lat, oraz jakaś kobieta z sparaliżowanym synem. Wszystkich pozostałych wywieziono do Ostrołęki, zabierając na wozy tylko osoby w podeszłym wieku i chore.

Żołnierze podpalili żydowskie domy w miasteczku, a wszystko, co ocalało przed rabusiami, przepadło w ogniu.

2000 osób pozostało bez domu i błąkało się z jednego miasta do drugiego, nie mając żadnych środków do życia. Wiele miast zostało prawdopodobnie zniszczonych, ale nigdzie, prawdopodobnie, nie potraktowano mieszkańców tak, jak tutaj.

Wkrótce po wygnaniu ludności żydowskiej z miasta zwolniono rabina Goldszlaka.
Kilka dni później aresztowano 66-letniego Mosze Szczawinowicza z miejscowości Turośl[?] w guberni łomżyńskiej. Wzbudził podejrzenia, ponieważ potrafił porozumieć się z Niemcami, gdy pojawili się oni we wsi, gdyż język żydowski jest bardzo podobny do niemieckiego. W związku z podejrzeniami wynikającymi z tych samych okoliczności aresztowano Ajzika [Izaak] i Rostkera, 80-latków z miejscowości Gleba, oraz jeszcze jednego Żyda z miejscowości Obierwia. 25 rodzin zostało wysiedlonych z miejscowości Nadzida [może Kadzidło?], powiat ostrołęcki, gubernia łomżyńska.

Do Dylewa w tym samym powiecie i guberni, przybył oficer z oddziałem kozaków kaukaskich i wygnał ze wsi wszystkich Żydów. Po długich negocjacjach zgodził się za 640 rubli pozostawić ich w spokoju. Kilka godzin później powrócił i nakazał zabić siedemdziesięcioletniego starca Szlojme Ontonera. Następnie oficer natychmiast udał się do Ostrołęki i wysłał pieniądze do domu.

Pieniądze zostały jednak zatrzymane przez śledczego wojskowego, naczelnika straży ziemskiej Kasatkina, i nie dotarły do celu.

Źródło: Narodowa Biblioteka Izraela

niedziela, 24 sierpnia 2025

II wojna światowa oczami kurpiowskiego dziecka. Z pamiętnika Stanisława Sieruty

Stanisław Sieruta (1935-2016) to wybitny kurpiowski artysta ludowy, zasłużony śpiewak, urodzony w Olszynach położonych wówczas w gminie Czarnia. Znany głównie ze swojej działalności artystycznej był także znakomitym pamiętnikarzem. W 1983 r. przesłał do gazety „Gromada – Rolnik Polski” swoje obszerne wspomnienia na konkurs „Łączy nas ziemia”, organizowany przez Związek Młodzieży Wiejskiej, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa i prasę przeznaczoną dla wsi. Fragment pamiętnika publikowałem wraz z dr. Wojciechem Łukaszewskim w wydawnictwie źródłowym pt. Kadzidło i okolice w źródłach historycznych. Poniżej publikuję inny fragment wspomnień Stanisława Sieruty, spisanych w styczniu i lutym 1983 roku.

Długie zimowe wieczory chyba sprzyjały snuciu rozważań o własnej przeszłości i sięganiu daleko wstecz. Gdy wybuchła II wojna światowa, Sieruta miał cztery lata, gdy się kończyła, był dziesięciolatkiem. Wspomnienia poniższe mogą zatem obrazować spojrzenie dziecka na wojnę, choć oczywiście są przefiltrowane przez późniejsze, zasłyszane opowieści i przemyślenia dojrzałego już człowieka.

Co znajdziemy w tych wspomnieniach? Wojenne plotki, lęki, chaos, historie widziane i opowiadane przez innych, a także radość na wieść o wycofaniu się Niemców i makabryczny powojenny epilog w postaci ofiar wszechobecnych niewypałów. Zapraszam do lektury wspomnień artysty ludowego, który ciekawie opisał historię swojej rodziny i najbliższego otoczenia w latach 1939-1945. W tekście poprawiono interpunkcję, pozostawiając pisownię oryginalną.

(Stanisław Sieruta
Źródło: facebook.com/gminakadzidlo)

___________________


Stanisław Sieruta

ŁĄCZY NAS ZIEMIA

(mój pamiętnik do konkursu trzech pokoleń wsi polskiej – opracowany i napisany w styczniu i lutym 1983 r.)

(...)

Początków napaści Niemiec na Polskę w 1939 r. bardzo nie pamiętam. Znam to tylko z opowiadań rodziców, od ludzi i z książek. Opowiadali tata z mamą, że gdy Niemcy wkroczyli do Polski i słychać było strzały w kierunku Myszyńca, to ja taki mały „siurek” wychodziłem przed sień posłuchać jak strzelają. Gdy wróciłem z dworu do izby, to mówiłem: „Ale na Myseńcu to i... walą”.

W czasie przekroczenia przez Niemców granicy polskiej (niedaleko od nas była ta granica, zaraz za Dąbrowami), to u nas we wsi rozniosła się wieść, że Niemcy będą Polaków wyrzynać i jeszcze inne okropności czynić.

Zrobiła się straszna panika. Prawie wszyscy, czym kto mógł i jak kto mógł, zaczęli ze wsi uciekać w kierunku Ostrołęki. Mówili, że aby za Narew się dostać, to tam już będzie bezpieczniej. Kto miał konia i sam był bystrzejszy, to się nie oparł wtedy aż pod Ostrołęką. Wuj Czesław miał konia, to też dojechał aż do Dylewa. My natomiast konia nie mieliśmy, tylko krowy, i do tego małe dzieci, to dojechaliśmy tylko do wsi Gleby (ok. 8 km od Olszyn), tam przenocowaliśmy i na drugi dzień przed południem wróciliśmy do domu.

Napotkani po drodze, jadący na koniach żołnierze polscy odradzili dalszej ucieczki. Mówili oni: „A gdzie wy ludziska jadzieta? Wracajta się do domu, bo Niemce są już pod Warszawą”. Usłuchaliśmy się tych żołnierzy i wróciliśmy. Niektórzy ludzie przez tę ucieczkę to się tylko wiele rzeczy postradali. Bo jedni uciekali, a inni w tym czasie kradli.

Nastał ciężki okres okupacji. W początkach tego okresu tata chodził do szarwarku na drogę za Czarnię, gdzieś za Surowe i pod Cupel – 14-20 km od Olszyn. Chodził piechotą, czasami w drewnianych korach, a czasach w chodakach. Jak w chodakach, to zimą onuce były mokre i pozmarzane na nogach. A jak w korach, to było suszej i cieplej w nogi, ale za to na nogach były odciski i skóra do krwi poobcierana. Tatę tylko w nocy można było w domu zobaczyć. Zawsze noc wyganiała i noc przyganiała. Do tego w domu trzeba było jeszcze posprzątać. W żarnach, i to po kryjomu, trzeba było mąki na chleb i na osypkę umleć. Żyto cepami omłócić, no i siecki w ręcznej ladzie narznąć.

Pewnego czasu otrzymał tata wezwanie od sołtysa na roboty do Niemiec. Tata nie stawił się na to wezwanie, zaczął się ukrywać. Niemcy za tatą, a także i za innymi zaczęli ścigać. I razu pewnego, było to w letni, wczesny poranek o świcie – tato z wujem Czesławem byli na oborze i usłyszeli na drodze zbliżający się turkot furmanki. Gdy zaczęli się wpatrywać, zauważali furmankę w parę koni i na furmance kilka ludzi. Furmanka jechała w tę stronę do nas, ale tą pierwszą dróżką nie skręcili do podwórza. Odetchnęli obaj z ulgą. Ale dojechawszy do tej drugiej dróżki, skręcili w nasze podwórze. Teraz tata z wujem rozpoznali kto to taki jedzie. Tak, to byli żandarmi i sołtys. Już teraz nie było ani chwili namysłu. Tata w swoją stronę, a wuj w swoją dala chodu. Jadący z tymi żandarmami sołtys, specjalnie ich tak okrężnie poprowadził, ażeby dać większą możliwość do ucieczki. Sołtysem jeszcze przed wojną i przez cały okres okupacji był Koziatek. Mądry i dobry był ten sołtys, jak mógł, tak ludzi ostrzegał i bronił, nieraz to z narażeniem swojej własnej głowy.

W czasie tej ucieczki tata tylko słuchał, czy za nimi nie strzelają, gdyż Niemcy byli już bardzo blisko od nich, a i dosyć już było widno na dworze. A i łoskot ich ucieczki było wyraźnie słychać. Ale chyba tylko sam Pan Bóg ich obronił. Ci Niemcy chyba w tym czasie zagłuchli i ześlepli. Albo się jakiś inny cud stał, bo i nie zauważyli i nie usłyszeli tych uciekających.

Zajechawszy na podwórze, weszli do izby i się mamy pytają: „A gdzie ten koślawy diabeł jest?” (chodziło im o tatę). Mama odpowiedziała, że nie wie. Wtedy jeden z Niemców uderzył mamę w twarz i kazał, ażeby na miejsce taty mama z nimi poszła. Mama wtedy mnie i Marysię wzięła na ręce i mówi: „Jeśli mnie zabierzecie, to i z tymi dziećmi, bo nie mam ich z kim zostawić”. Do tego jeszcze mama w tym okresie i w ciąży była. Niemcy poszwargotali coś między sobą, nakazali mamy, ażeby się tata obowiązkowo sam stawił, ale nas z mamą zostawili w spokoju i odjechali.

Jeszcze tego samego dnia i z tymi samymi Niemcami miał tata powtórną spotyczkę w polach, ale też nie zauważyli. Były wtedy duże żyta i gdy tata ich dostrzegł, dał susa chyłkiem w żyto i bruzdami choda. I też miał szczęście. Do Niemiec tata nie zgłosił się. Postanowił się ukrywać. W okresie letnim to ukrywał się i sypiał w polach i chojniakach, których u nas nie brakuje. A gdy już było zimno, to między snopkami w wydłubanej dziurze w stodole. Gdy już była zima, tata zgłosił się do roboty w boru do ciosania ćwelów kolejowych. Podobno był jeszcze kiedyś Niemiec po tatę, ale mama powiedziała, że tata pracuje w boru. Od tej pory dali już taty spokój i więcej nie ścigali. Jednak tata nie był pewny i jakiś czas w domu nie sypiał. Ale gdy nastały większe mrozy, zaczął w domu sypiać, no i jakoś szczęśliwie. Na wskutek tego ukrywania się, tata przeziębił się i zdrowie utracił, ale Bóg dał, że szczęśliwie przetrwał aż do wyzwolenia.

Jesienią 1944 roku, t.j. niedługo przed zakończeniem się wojny, ludność miasta Ostrołęki i jej okolic była powysiedlana. Planowali tam chyba Niemcy obronę. Prawie w każdym domu w Olszynach znaleźli się wysiedleńcy, w naszym domu także. Byli to ludzie z Dylewa. Mieszkało nas wtedy 5 rodzin, a ponad 20 ludzi w jednym domu. Od jesieni siedzieli u nas do stycznia, t.j. do chwili wyzwolenia naszych terenów. Tę zimę i zakończenie wojny pamiętam dosyć dobrze, gdyż miałem już wtedy 9 lat. Dziadki wtedy już obydwoje nieżyli. Babcia umarła jeszcze przed wojną na wylew krwi. Jej śmierci i pogrzebu w ogóle nie pamiętam. Dziadek zaś umarł w wojnę. Dziadka i jego pogrzeb trochę pamiętam. Był to wysoki i przystojny mężczyzna, z krótkim wąsikiem pod nosem. Umiał ładnie śpiewać i grać na skrzypcach. Najczęściej grał i śpiewał „suplikacje”. Latem we drwalni plótł koszyki i opałki z korzeni.

Gdy front się już zbliżał, przychodzili do nas także na kwaterę niemieccy żołnierze. Ale się nie zakwaterowali, bo było za dużo u nas ludzi. A widocznie, że wygnać nas nie mieli prawa. Prawie dookoła ścian była porozściełana słoma do spania. Gdy się w nocy wszyscy do spania pokładli, to trudno było nawet przejść.

Tata z wysiedlonymi, którzy mieszkali u nas, wykopali niedaleko izby „w chojniaku” schron. Ściany, podłoga i sufit schronu były powyścielane słomą i poobijane i powykładane deskami. Z wierzchu przysypany był piachem. U wuja Czesława mieszkali brat i siostra wujnej ze swoimi rodzinami także z Dylewa. Oni mieli swój oddzielny schron też w chojniaku wykopany. Do tych schronów chowaliśmy się w czasie nalotu samolotów i większej strzelaniny. Wszyscy chodziliśmy poubierani w najcieplejsze ubiory, gotowi w każdej chwili do schronu. Ja chodziłem w matczynej watówce sięgającej do pięt, przepasany jakimś paskiem, tak ażeby mi było ciepło.

W przeddzień wyzwolenia, był to styczeń 1945 r., – dokładnego dnia nie pamiętam – była wtedy chyba największa strzelanina. Toteż w tym dniu i najwięcej razy odwiedziliśmy swój schron. Wieczór i w nocy tak samo. Lecz już rano wszystko ucichło. Doszła wiadomość do nas, że Niemców już nie ma. Nastał dzień wyzwolenia i wolności. Jakaż to była radość! Dzień ten dla nas radosny i pamiętny, mimo że styczniowy, był ciepły i bez mrozu. Mglisty i pochmurny. Ludzie radośni zaczęli się nawzajem odwiedzać. Sąsiedzi odwiedzali sąsiadów, oraz swych blizkich i krewnych. Zaraz tego samego dnia, nasi wysiedleńcy wyjechali do swych domów do Dylewa. Ja z tatą udaliśmy się do chrzesnego na Starą Wieś w odwiedziny. Mama poszła do ciotki do Zawad też odwiedzić.

Idąc z tatą do chrzesnego, widziałem obok ścieżki zabitego Niemca z przestrzeloną głową, obok niego leżał dziurawy hełm. U chrzesnego pod oknem w wądole od kartofli było dwóch zabitych Niemców. Na łąkach za chrzesnem, przy ścieżce jak się do Zawad idzie, cały szereg było nazabijanych żołnierzy radzieckich. Ale, tych zabitych żołnierzy radzieckich zaraz tego samego dnia przyszły samochody, pozbierały i wywiozły. Mama, gdy szła do Zawad, to widziała już tylko ślady krwi na śniegu oraz pourywane części ciała, takie jak ręce, nogi, a nawet mózg w hełmach. Całe łąki były zryte od pocisków.

Chociaż już było po wojnie, to nieszczęścia się jeszcze nie skończyły. Zaraz tego pierwszego dnia będąc na dworze i usłyszałem straszny wybuch, aż szyby w oknach zabrzęczały. A potem w kierunku Klimcaka usłyszałem okropne męskie jęki. Niedługo po tym dowiedzieliśmy się, że Klimcakowemu Władkowi mina nogę urwała. Także tego samego dnia drugi, jeszcze straszniejszy wybuch, to samochód rosyjski z żołnierzami jadący gościńcem, wjechał na podminowany most za Pacem. Samochód został rozerwany i spalony, a wszyscy żołnierze zostali zabici.

Niedługo po tym młodego chłopaka, Śmiglowego Staśka, na Śmiglowej górze koło krzyża w okopach, także mina porozrywała w kawałeczki. Jego porozrywane kawałki ciała tylko w płachtę pozbierali i złożyli w trumnę. Byłem na jego pogrzebie. Jego ojciec bardzo rozpaczał. Mdlał raz po razie, aż go ludzie musieli wodą cucić. Następnie w Ignalkowych górach, Ignalkowemu chłopakowi granat rękę urwał, oczy powypalał. Naogół był bardzo pokaleczony, z małą nadzieją do wyleczenia. Jednak się wyleczył i żyje do dzisiaj. Ale cóż z tego. Jest inwalidą do śmierci, bez jednej ręki i oka. A ileż to było jeszcze innych wypadków?
________________


Źródło: Archiwum Akt Nowych, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa, Pamiętnik Stanisława Sieruty na konkurs „Łączy nas ziemia”, sygn. 10905, k. 11-17.

Oprac. Łukasz Gut

wtorek, 2 stycznia 2024

Opis Puszczy Zagajnicy z 1566 roku

Poniższy opis lustracji Puszczy Zagajnicy z 1566 roku, znajdujący się w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie został udostępniony i opublikowany w 2023 r., jako część lustracji królewskich puszcz, lasów i borów na Mazowszu.

Tekst do edycji podali i opracowali Tomasz Związek, Mariusz Leńczuk i Urszula Zachara-Związek. Poniższy tekst lustracji pochodzi, jak czytamy w opracowaniu „z relacji rewizorskich przedstawianych na sejmach w 1566 oraz 1567 r. (…). Publikowany tekst jest kompilacją opisów pochodzących z czasu lustracji 1564/1565 z tymi pochodzącymi z roku 1566”. Opis Puszczy Zagajnicy z 1566 r. to znakomite, choć niezbyt obszerne źródło do badań m.in. nad historią tej puszczy, stanem lasów i występowaniem jezior między Pisą a Przasnyszem.

(Fragment Puszczy Zagajnicy na mapie obrazującej Mazowsze w drugiej połowie XVI wieku.
Źródło: Atlas Historyczny Polski. Mazowsze w drugiej połowie XVI wieku ; Cz.1, Mapa, plany, skala 1:10 000. PAN Instytut Historii. opracowanie kartograficzne W. Lewandowskiej. Opracowanie graficzne i druk Wyd. Geologiczne, Warszawa 1973.)



Zapraszam do lektury.
_________________

Puszcza Zagajnica

Ta puszcza, którą zową Zagajnica, poczyna się od mostu, który jest na Pisy za Kolnem, a kończy się pod Przasnyszem. Wedle podobieństwa na dłużą citra vel ultra mil 30, a wszerz jest jej mil 12. Tej puszczej jest część pod sprawą a obroną pana starosty łomżyńskiego. Za Kolnem, począwszy od rzeki Pisie, aż do jeziora, które zową Rybno, a z drugą stronę po rzekę Rybnicę zasię za Nawogrodem, tenże pan starosta łomżyński ma w swej opiece i obronie część tej puszczej. Począwszy od mostu pisławego przy Nowogrodzie, aż do drugiej rzeki, którą zową Turośl. Insze części tej puszczej, okrom tych mianowitych, pan Wilga starosta ostrołęcki[1] ma w opiece swej ku Ostrołęce. Tam w tej puszczej są jeziora wielkie. Tam też są i dwory, które jeszcze są za książąt budowane. Jeden dwór leży przy jezierze Krusku[2], drugi dwór na Skiwy[3], trzeci dwór na Rososznie[4]. W tych dworzech jest budowania dosyć i stajen.



Przypisy:
[1] Mikołaj Wilga – starosta ostrołęcki.
[2] Krusko – jezioro położone 22 km na północny zachód od Nowogrodu nad Narwią.
[3] Szkwa – wieś królewska położona 14 km na południowy zachód od Nowogrodu nad Narwią.
[4] Rososz – wieś królewska położona 30 km na północny zachód od Nowogrodu nad Narwią.



Cyt. za: Lustracja królewskich puszcz, lasów i borów na Mazowszu z 1566 roku, oprac. T. Związek, M. Leńczuk, U. Zachara-Związek, „Kwartalnik Historii Kultury Materialnej” 2023, t. 72, nr 2, s. 197-198.

Łukasz Gut

czwartek, 28 września 2023

Jak Kurpie z Kadzidła bronili bocianów w 1913 roku

Bociany to ptaki wyjątkowe, kojarzone z Polską i z naszymi zmieniającymi się zresztą krajobrazami. Bociany na Kurpiach z powodu licznych pastwisk mają i miały w przeszłości dogodne tereny do gniazdowania. Poniższa korespondencja z 1913 roku opisuje Kurpiów stających w obronie bocianów, które w innym rejonie Polski miejscowi myśliwi chcieli wytępić. Poniższy list to świadectwo przywiązania Kurpiów do tych wyjątków ptaków i ciekawy przyczynek do kurpiowskiego pojmowania przyrody.

______________


(Rycina autorstwa Ferdynanda Ruszczyca)


W obronie bocianów

„Łowiczanin” doniósł, iż Towarzystwo myśliwskie postanowiło wytępić bociany, z tego powodu ukazało się parę protestów włościan łowickich, występujących w obronie boćków. Zdaje się iż uczucia te podziela całe włościaństwo polskie. Poniżej drukujemy list grona Kurpiów.

„Wyczytaliśmy w «Łowiczaninie» oburzenie chłopa polskiego na jakichś tam pp. myśliwych za zły zamiar wytępienia bocianów. Ponieważ i nasze serce tak czuje, jak i tamtych chłopów, gdyż i my jesteśmy chłopi i bociana uważamy za swego wychowanka, któremu krzywdy zrobić nie damy, oświadczamy więc niniejszym, że my chłopi z Kadzidła czulibyśmy się skrzywdzeni, gdyby ktoś chciał wytępić bociany.

Gdy przyjdzie wiosna, to sobie gospodarz z utęsknieniem wygląda bociana, a co radości, gdy go zobaczy, a gosposia niejedna podskoczy do góry, gdy pierwszy raz wiosna bociana widzi, aby jej len duży urósł. Często dach przygarbiony od starości dźwiga gniazdo bocianie i choć gospodarz widzi uginające się krokwie pod ciężarem gniazda, gniazda nie zrzuci – żal mu ukochanego ptaka.

Ludzie cokolwiek rozwinięci piszą i mówią, aby nie niszczyć gniazd ptasich i ptakom nie dokuczać, a tu wprost przeciwnie się dzieje. Dotąd dokuczały ptakom dzieci małe, wybierając jaja i pisklęta, a obecnie, gdy ludzkość wymyśliła sztuczne ptaki, unoszące ludzi w powietrzu, starsi chcą niszczyć ptaki.

My niżej podpisani protestujemy przeciwko temu, oburzamy się poprostu na taką swawolę!

Jeżeli głosy chłopskie nic nie zaważą na szali pp. myśliwych, knujących spisek na życie bezbronnych bocianów, jeżeli staną się głusi na prośby polskiego ludu wiejskiego, to my, chłopi-włościanie – Kurpie, odzywamy się do was bociany, opuśćcie niegościnne progi swych gnębicieli, przylećcie do nas, nasze błotniste łąki staną dla was otworem: myśliwi zaś nasi żadnej krzywdy wam nie wyrządzą, a gdyby się znalazł taki, to lud się za wami ptaszęta ujmie i krzywdy wam wyrządzić nie da.

Mateusz Sobiech, Józef Sobiech, Szczepan Sobiech, Franciszek Kosiński, Adam Sobiech, Walenty Boruch, Wojciech Kamieński, Piotr Punuj (?), Piotr Witkowski, Stanisław Krystjaniak, Jan Deptuła, Konstanty Wolos, Jakób Pabich, Antonina Sobiech, Flarentyna Szuman”.


___________

Źródło: „Kurjer Polski” 1913, nr 142.

Oprac. Łukasz Gut

niedziela, 23 lipca 2023

Sprawa Stanisława Cichego, czyli opowieść o kurpiowskim przemytniku

Był prawdopodobnie prostym chłopakiem, który w momencie śmierci miał zaledwie 21 lat. Pochodził ze wsi Cupel, gm. Czarnia. Rocznik 1914. Kawaler. Mimo typowego zapewne życiorysu, materiały do ostatnich godzin życia bohatera niniejszego tekstu odnaleźć można w aż trzech archiwach państwowych.

Stanisław Cichy – bo o nim mowa – urodził się 3 kwietnia 1914 roku jako szóste dziecko Juliana i Marianny z domu Mróz. Kiedy miał osiem lat, zmarła mu matka, a dwa lata później, w 1924 roku ojciec. Osierocony dziesięciolatek miał więc trudne dzieciństwo, tym bardziej, że w tymże 1924 roku oprócz Stanisława, żyła jeszcze trójka jego rodzeństwa: Marianna (ur. 1905), Franciszek (ur. 1907) i Antonina (ur. 1910). Pozostała czwórka zmarła we wczesnym dzieciństwie[1].

(Cupel i miejscowości pograniczne na niemieckiej mapie z 1937 roku. Źródło: 1:100 000 Karte des Deutschen Reiches, Großblatt/Einheitsblatt)

Przemyt na Kurpiach w latach II RP

Powyższa sytuacja rodzinna może być jakimś wytłumaczeniem, dlaczego Stanisław Cichy zajął się przemytem. Przemyt, który na pograniczu polsko-niemieckim był zjawiskiem powszechnym, stawał się często źródłem zarobku dla ludności kurpiowskiej zamieszkującej tereny w okolicy Myszyńca. Szmugiel już w epoce porozbiorowej był intratnym zajęciem, a jego „tradycja” przetrwała zmiany polityczne powstałe po I wojnie światowej. Pojawienie się Polski Odrodzonej nie zlikwidowało nielegalnych interesów na granicy, o czym obrazowo wzmiankował Adam Chętnik. Wybitny etnograf pisał już w 1920 roku, iż do „7 puszczańskich grzechów głównych” należy zaliczyć nieczystość – w interesach, prowadzonych przez przemytników i szmuglerów pogranicznych[2].

O tym, że na Kurpiach rola przemytu jest szczególnie znacząca, wiedziały dobrze władze Rzeczypospolitej. W memoriale z 1937 roku, znajdującym się w papierach ambasady RP w Berlinie, referującym sytuację w powiatach nadgranicznych, podkreślano, że wśród Kurpiów „fach przemytniczy” przechodził z ojca na syna, metody przemytnicze miały być wyspecjalizowane, a sam przemyt przez to trudno uchwytny[3]. Wśród przyczyn, dla których przemyt był dość powszechny wśród mieszkańców północnej części regionu kurpiowskiego, autorzy memoriału wymienili „niezmiernie ubogą glebę” i fakt, że ów „fach” był bardziej opłacalny niż rolnictwo. Trudno z taką konstatacją się nie zgodzić, a warto też dodać, że oprócz czynników gospodarczych, wskazywano na mentalność samych Puszczaków, dla których przemytnictwo stało się swego rodzaju nałogiem. Efekty działalności przemytników oceniano krytycznie i chociaż słaba gleba miała być jedną z przyczyn przemytu, to nadmierne zajęcie się takim interesem sprawiało, że niejeden z przemytników przestawiał uprawiać rolę[4]. Dodajmy też, że oprócz słabej gleby, istotne znaczenie w rozwoju przemytnictwa można przypisać „wielkiej” polityce, a więc wojnie celnej, która rozpoczęła się w 1925 r.[5].

Warto też dodać, że tzw. wymyt towarów do Prus Wschodnich i przemyt z Prus na Kurpie związany był z zapotrzebowaniem na konkretne towary po obu stronach „zielonej granicy”. Z Kurpiami współpracowali m.in. Garnuch z Księżego Lasku, Gustaw Duda z Faryn i Kaczmarczyk z Wujak. Do najczęściej szmuglowanych towarów na stronę niemiecką należały mięso wieprzowe, zboże, gęsi, nabiał, oraz konie. Z kolei z Prus na Kurpie przemycano sacharynę, jedwab, koronki bawełniane, rodzynki czy zapalniczki[6]. O skali przemytu, w który zaangażowani byli mieszkańcy nadgranicznych wiosek niech świadczy fakt, że przykładowo w czerwcu 1933 roku niemiecka straż graniczna na odcinku granicznym powiatu ostrołęckiego zatrzymała 15 sztuk koni[7].

Na tym tle nieco lepiej możemy zrozumieć przemytniczą działalność Stanisława Cichego. Wychowujący się przez połowę życia bez rodziców, być może tylko w ten sposób mógł się utrzymywać. Przejdźmy zatem do wydarzeń z drugiej połowy listopada 1935 roku[8].

Listopad 1935

21 listopada 1935 roku obok Stanisława Cichego, nielegalnie do Prus udał się też inny mieszkaniec wsi Cupel, Franciszek Olender. Udając się z wymytem kilkudziesięciu kg mięsa wieprzowego, które otrzymali u gospodarza Mroza ze wsi Cupel, około godziny 15.30 przekroczyli „zieloną granicę”. Przemyt nie był przypadkowy. Miejsca, do których Cichy i Olender mieli dostarczyć mięso, były z góry zaplanowane. Stanisław Cichy miał odnieść mięso do gospodarza Dygnala w miejscowości Schrötersau, a Franciszek Olender do gospodarza Szlaska w Altwerde w powiecie Ortelsburg (Szczytno). Niestety, po 10 minutach od rozdzielenia się Cichego i Olendra zaczęły się problemy.

Cichy trafił na patrol niemieckiej straży granicznej. Stanisław został trafiony w „bok koło kręgosłupa”, a mimo to, zdołał jeszcze zeznać posterunkowemu Jerzemu Winklerowi w Czarni o całym zdarzeniu! Oddajmy głos Kurpiowi, który jak wielu jego sąsiadów zajmował się przemytem:

(…) w dniu 21 listopada 1935 r. około godziny 15.30 przeszedłem granicę państwa na terenie wsi Cupel gminy Czarnia wraz z Olendrem Franciszkiem zamieszkałym we wsi Cupel, udając się w głąb do Niemiec, bez zezwolenia władz polskich. Ja i Olender nieśliśmy mięso wieprzowe. Kiedy Znaleźliśmy się pod wsią Olszynka w Niemczech, w odległości około jednego kilometra od granicy z za krzaków naprzeciwko nas Straż Graniczna niemiecka nas oświetliła reflektorem, poczem bez żadnego ostrzeżenia posypały się strzały jak by pistoletowe, jak mnie się wydaje było pięć strzałów. Wobec tego ja i Olender poczęliśmy uciekać w stronę granicy do Polski i jedna z kul trafiła mnie z tyłu w bok koło kręgosłupa i wylot jej był z prawej strony brzucha. Pomimo wielkiego bólu dobiegłem do granicy i upadłem i na ten czas podbiegł do mnie Olender Franciszek, który się mną zaopiekował przenosząc mnie na polską stronę do pobliskiego domu. Dodaję, że Niemcy strzelali na przestrzeni około 50 metrów. Mięso przy ucieczce porzuciłem. Ile było Niemców na czatach tego nie wiem.

Podobnie do Cichego zeznawał towarzysz jego przemytniczej wyprawy, wspomniany Franciszek Olender. 32-letni Olender dodał jednak kilka szczegółów. Będąc już po stronie niemieckiej, miał usłyszeć 6-7 strzałów, a następnie głos Cichego wykrzykującego słowa „O Boże”. Olender miał przenieść postrzelonego Cichego na terytorium Polski i razem trafili do gospodarza Władysława Mroza zamieszkałego w Cuplu. W poszukiwaniu furmanki Olender udał się, jak można mniemać, do innych mieszkańców wsi, a gdy powrócił, Stanisława Cichego opatrywali już funkcjonariusze Straży Granicznej.

Jak zeznawał dalej Franciszek Olender, nie usłyszał on żadnego strzału ostrzegawczego, co miało się zdarzać coraz częściej i co spowodowało, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych prosiło Ambasadę RP w Berlinie o interwencję w niemieckim MSZ (Auswärtiges Amt), aby wyjaśnić tę sytuację. Dodajmy, że zeznania Cichego i Olendra mijały się w szczególe, gdzie miało dojść do postrzelenia. Według Olendra Stanisław Cichy został postrzelony pod wsią Szlitrowo, a nie pod Olszynką.

(Przemyt we wsi Cupel nie zaczął się wraz ze Stanisławem Cichym i Franciszkiem Olendrem. Dowód w powyższym fragmencie z czasopisma „Czaty” z 1929 r., nr 7.)

Tragiczny koniec

Postrzelony Cichy nie zdołał przeżyć. O godz. 22.00 został przywieziony do myszynieckiego lekarza, dr. Stanisława Pawłowskiego. Niestety, po pięciu godzinach od przyjazdu i mimo prób odratowania, Stanisław Cichy zmarł. Pochowano go na cmentarzu w Czarni.

Historia Stanisława Cichego to przykład, jeden z wielu słabo rozpoznanych dotychczas przykładów długiego trwania przemytu na pograniczu polsko-niemieckim. Niech powyższy tekst będzie przyczynkiem i zachętą do badań nad tym dość pobieżnie opisanym tematem z historii Kurpiowszczyzny.

______________

Przypisy:

[1] Archiwum Państwowe w Warszawie Oddział w Pułtusku, Urząd Stanu Cywilnego w Myszyńcu. Księga Zgonów Gmina Czarnia. Roczniki: 1930-1941, nr 109. (metryki.genbaza.pl) Za wskazanie akt metrykalnych związanych z postacią Stanisława Cichego dziękuję Pani Marcie Wojciechowskiej.
[2] Nr 61. 1920 kwiecień 25. Informacja o Związku Puszczańskim, [w:] Źródła historyczne do dziejów Kurpiowszczyzny 1789-1956, red. W. Łukaszewski, Truskaw-Żelazna Rządowa 2020, s. 206.
[3] Nr 96. 1937 Listopad. Memoriał w sprawie stosunków w powiatach graniczących z Prusami Wschodnimi, [w:] Źródła historyczne…, s. 328.
[4] Ibidem, s. 328-329.
[5] L. Grochowski, Walka z przestępczością przemytniczą w okresie II Rzeczypospolitej, „Studia Prawnoustrojowe” 2004, t. 3, s. 136.
[6] Z. Kudrzycki, Rozogi – wieś mazurska a Kurpie, „Zeszyty Naukowe Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego” 1996, t. 10, s. 134.
[7] Archiwum Państwowe w Białymstoku (dalej: APB), Urząd Wojewódzki Białostocki, Miesięczne sprawozdania sytuacyjne wojewody białostockiego za 1933 rok, sygn. 72, k. 84.
[8] Opis wydarzeń z listopada 1935 roku oparłem na materiałach zawartych w: Archiwum Akt Nowych, Ambasada RP w Berlinie, sygn. 2791, k. 1-20; APB, Urząd Wojewódzki Białostocki, Miesięczne sprawozdania sytuacyjne wojewody białostockiego za 1935 rok, sygn. 85, k. 111.

Autor: Łukasz Gut

sobota, 28 stycznia 2023

Relacje z bitew pod Myszyńcem i Żelazną z 1863 roku

Kolejna rocznica wybuchu powstania styczniowego skłania do przyjrzenia się kurpiowskiemu aspektowi wydarzeń 1863 roku. Niewątpliwie, powstanie stało się, jak i gdzie indziej, ważnym elementem lokalnej historii, czasem punktem odniesienia dla patriotyzmu kilku pokoleń Kurpiów i legendą, która przetrwała za pośrednictwem pisarzy (Maria Konopnicka) czy miłośników regionu i jego badaczy (Adam Chętnik). Bitwy pod Myszyńcem i pod Żelazną stanowią chyba najlepiej rozpoznane epizody powstańcze na Kurpiach. Pierwsza, kojarzona słusznie z Zygmuntem Padlewskim, unieśmiertelnionym przez Konopnicką, to wydarzenie, które doczekało się opracowań historyków i upamiętnienia w postaci pomników. Druga bitwa, coraz lepiej znana dzięki lokalnym badaczom i pasjonatom, również staje się trwałym elementem zbiorowej pamięci.

Nasza wiedza o obu bitwach nie może się obyć pośród innych źródeł m.in. bez ówczesnej prasy. Poniżej przedstawiam dwie relacje z walk, pierwsza z gazety „Wiadomości z Pola Bitwy”, dotycząca bitwy pod Myszyńcem, a druga o bitwie pod Żelazną pochodzi z krakowskiego „Czasu”. Jak relacjonowano oba starcia „nazajutrz” po ich rozegraniu? Co pisano o Padlewskim i drugim bohaterze powstania na Kurpiach – Konstantym Rynarzewskim? Zapraszam do lektury.

(Kurpie na rycinie z 1864 roku. „Postęp” 1864, nr 5)


______________

20 marca 1863. Opis bitwy pod Myszyńcem

Myszyniec, województwo Płockie

Oddział Zameczka składający się z jazdy, kosynierów i strzelców, pod dowództwem Naczelnika wojskowego województwa Płockiego, pułkownika Zygmunta Padlewskiego, będąc otoczonym przez trzy kolumny moskiewskie idące z Łomży, Ostrołęki i Pułtuska pod dowództwem jenerała Tolla, po 2-dniowych najzręczniejszych obrotach, nakoniec forsownym marszem doszedł do brzegów Narwi między Ostrołęką a Łomżą i dnia 6 marca o godz. 11 w nocy przeprawił się w miejscu nazwanem Kępa. Dnia 7 marca oddział znajdował się w Myszeńcu, poniszczywszy mosty na Rosodze. Dnia 8 marca oddział nasz zajął stacyę graniczną Dąbrowy, gdzie w jego ręce dostały się amunicya, broń, kilka koni, znaczna ilość mundurów i inna wojskowa odzież pozostawiona przez strażników granicznych, którzy przed nadejściem naszego oddziału do Pruss schronili się, a z których 5 pojmano.

Dnia 9 marca po powrocie z Dąbrowy, kiedy oddział maszerował ku wsi Surowe, o godz. 6 rano, o wiorstę od Myszeńca zaatakowany został przez moskali w sile przeszło 1000 piechoty, 200 jazdy i 2 działa pod dowództwem jenerała Tolla idącego z Łomży. Walka trwała pięć godzin, w ciągu których nasz oddział cofał się w najzupełniejszym porządku pod nieprzyjacielskim działowym i karabinowym ogniem, oraz pod natarciami jazdy, na przestrzeni 3 wiorst, zakrywając swoje rezerwy i obozy.

Nakoniec w dogodnej pozycyi, kosynierzy mając na czele naczelnika oddziału pułkownika Padlewskiego, który z Narodową chorągwią w ręku, pierwszy ich raz do boju za Ojczyznę prowadził, rzucili się do ataku, i tem niespodzianem i bohaterskiem natarciem, zmusili wroga do sromotnej ucieczki. Po zupełnem cofnięciu się moskali, oddział nasz w dalszą udał się drogę. Ten oddział prowadzony przez niego, patryotycznego i dzielnego naczelnika, prawdziwie wielką i zasłużoną okrył się sławą: albowiem tak w całym odwrocie, jak w zwycięzkim odparciu wroga, okazał wytrwałość i odwagę, przez które dorównał najdoświadczeńszym i najdzielniejszym zastępom.

Odznaczyli się nadto w tej bitwie: dowódzca 1-go batalionu kosynierów, podpułkownik Frycze, Edward Rolke i dowódzca 2-go bataljonu kosynierów Wilkoszewski, który zginął (poprzednio już odznaczył się w kilku potyczkach, jak w Mężeninie gdzie dowodził, i w innych miejscach). Pod Myszyńcem padło z naszej strony 10, ranionych było 20; moskale zaś stracili 100 ludzi, między którymi kilku oficerów. Ta nierówność w stratach ztąd pochodzi, że oddział nasz w zakrytych bronił się pozycyach, a nadto opatrzony jest doborem strzelców, których strzały rzadko są daremnemi.


Źródło: „Wiadomości z Pola Bitwy” nr 6 z 20 III 1863
________________


17 listopada 1863. Opis bitwy pod Żelazną

Warszawa 17 listopada

Chociaż najazd moskiewski wytężył ucisk i wszystkie swoje siły, aby powstanie narodowe wraz z narodem zniszczyć, siły nasze zbrojne wzrastają i na całej krajów naszych przestrzeni walka z najazdem się toczy. Z następnego listu dowiadujemy się o nowej pomyślnej potyczce w Płockiem:

„Przed kilkunastu godzinami (d. 8 b. m.) opuściłem oddział nasz, który odpoczywał wówczas we wschodniej części powiatu ostrołęckiego, po zwycięzkiem spotkaniu się we wsi Żelazna, na pograniczu powiatu prasnyszskiego. Radość nasza była jednak pomięszana, bo major Rynarzewski kochany od żołnierzy i wszystkich go znających, otrzymał ranę ciężką w boju tym, która zagraża jego życiu (Korespondent nasz z Płocka doniósł już o śmierci tego dzielnego dowódzcy. P. R. Cz.). Co do opisu boju, takowy nadeszle zapewne do Warszawy władza wojskowa, ja ograniczę się przytoczeniem wiadomych mi dobrze szczegółów. Moskali było 4 roty piechoty gwardyi (Raport moskiewski twierdzi, że było 3 roty z semanowskiego pułku gwardyi a czwarta z pułku liniowego, 150 objeszczyków i 50 kozaków. P. R. Cz.), a nadto znaczna liczba objeszczyków i kozaków.

Z naszej strony wzięły udział w boju: płocki oddział IV pod dowództwem Lenartowicza, 200 strzelców; 120 kosynierów i 76 koni (Dunetti); oraz oddział Kurpiów pod dowództwem majowa Felickiego, 250 strzelców, 160 kosynierów, 30 koni; oraz oddział III (jazda Ziembińskiego 78 koni i oddział strzelców koni 20); razem 450 strzelców, 280 kosynierów, 150 koni jazdy regularnej, 50 koni jazdy nieregularnej. Dowództwo nad temi siłami miał major Rynarzewski. Plac bitwy otrzymali nasi, Moskale zmuszeni do cofnięcia się, stracili 2ch oficerów zabitych, 2ch rannych ciężko, żołnierzy rannych i zabitych do czterdziestu. Z naszej strony zginęło: z oddziału IV żołnierzy 10 i podporucznik Antoni Łazowski, który trzy razy upadłszy dnia tego z koniem, dostał nareszcie cios śmiertelny. Z oddziału kurpi, żołnierzy 4ch było rannych. Jazda straciła kilka koni; razem straty nasze wynoszą: zabitych 17, rannych 12 do 15. Zabraliśmy kilka koni, kilkanaście szaszek kozackich, kilkanaście karabinów. Żołnierz młody, ale dzięki pracy i dobrym rozporządzeniom majora Rynarzewskiego, kapitana Lenartowicza, poruczników Koźmińskiego, Ciesielskiego, w jak największym porządku prowadził pięciogodzinną walką.

Rezultat powyższy walki niedoświadczonego żołnierza z wyborowem moskiewskiem wojskiem bo gwardyą, byłby jeszcze korzystniejszy dla nas, gdyby nie nieszczęsne przeznaczenie odbierające nam najdzielniejszych dowódzców. Major Rynarzewski kochany przez żołnierzy, tak jak nikt jeszcze w naszem województwie od czasu nieodżałowanego Mystkowskiego, ciężko ranny. W godzinę po rozpoczęciu boju kula karabinowa raniwszy konia w szyję, utkwiła mu w prawem biodrze. Aczkolwiek ciężka rana, dzielny dowódzca nie chciał opuszczać swego stanowiska i dopiero po parę godzinach zbytnie osłabienie zmusiło go zsiąść z konia i powierzyć dowództwo przy końcu boju swym pomocnikom: Obok niego ranieni dwaj adjutanci: Józef Bogucki i Nieciewkiewicz. Ostatni lekko raniony, ale pierwszy zapewne nie przyjdzie do zdrowia. Bogucki był dzielny 18letni młodzieniec, pełen odwagi i poświęcenia.

Jako odznaczających się odwagą w boju, przytomnością i karnością przedstawieni są w raporcie: kapitan Lenartowicz, Ciesielski podporucznik, Koźmiński porucznik, Piotrowski podoficer”.

Współcześnie donoszą władze, że w tym oddziale i w niektórych innych brak zupełny lekarzy. W boju pod Żelazną nie było ani nawet felczera, z tego powodu stan naszych rannych po tej potyczce był opłakany, szczególniej majora Rynarzewskiego, który nie mógł być dobrze opatrzonym. Wiadomo, że Moskale mszczą się zarówno nad lekarzami, którzy opatrują rannych naszych, jak i nad księżmi którzy ich spowiadają, to jednak nie powinno ich odstręczać od spełniania swego wysokiego powołania, tak jak nie odstręcza i innych kraju obywateli.


Źródło: „Czas” nr 268 z 22 XI 1863


Oprac. Łukasz Gut

niedziela, 24 lipca 2022

Aleksander Pieńdak z Kierzka – Kurp, co listy do gazety pisał

Aleksander Pieńdak z Kierzka to postać bardzo mało znana, a szkoda, bo jego korespondencje, które przesyłał w okresie międzywojennym do „Gazety Świątecznej” zasługują na uwagę. Napisał kilka listów, które w znakomity sposób oddają problemy Kurpiów przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, a przy okazji dają możliwość przynajmniej pobieżnego poznania mentalności tego rolnika. Był to jeden z tych światłych mieszkańców regionu, którzy dzięki „Gazecie Świątecznej” próbowali unowocześniać swoje gospodarstwa i podnosić poziom życia u siebie i swoich sąsiadów.

„Gazeta Świąteczna” i Kurpie

„Gazeta Świąteczna” to czasopismo założone przez Konrada Prószyńskiego „Promyka”, autora m.in. słynnego elementarza, na którym uczyło się czytać i pisać kilka pokoleń Polaków. Założona w 1881 roku „Gazeta…” stała się z miejsca interesującą nowością na rynku prasowym Królestwa Polskiego. Było to pierwsze czasopismo przeznaczone „dla ludu”, w którym regularnie publikowano korespondencje od czytelników. Od początku istnienia czasopisma publikowali w nim Kurpie, by wymienić chociażby Franciszka Pieńkosa z Brodowych Łąk, Mateusza Perzona i Piotra Kaczyńskiego z Dylewa, czy Franciszka Ugniewskiego z Lemana. „Gazeta Świąteczna”, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę panujący jeszcze przed 1939 r. analfabetyzm, była czasopismem bodaj najpopularniejszym z tych, które dochodziły na Kurpie. Konstanty Kaczyński z Kadzidła notował w 1917 r.: Ludzie garną się do czytania tak, że Gazety Świątecznej przychodzi do naszego zakątka 100 egzemplarzy, a każdy z chęcią ją czyta i chwali, że jest najlepsza dla wszystkich, bo dla każdego zrozumiała[1]. W czasach II RP niejako wtórowały kadzidlańskiemu korespondentowi dane urzędowe, według których w 1935 r. „Gazeta Świąteczna” należała nadal do częściej czytanych w powiecie ostrołęckim[2].

Popularność „Gazety…” i być może przywiązanie do niej czytelników sprawiało, że kiedy powstawały lokalne czasopisma („Gość Puszczański”, „Przegląd Ostrołęcki”), to niektórzy nadal od niej się nie odwracali. Aleksander Pieńdak obok innego mieszkańca Kierzka – Antoniego Zadrożnego, należał do najczęściej publikujących Kurpiów w „Gazecie Świątecznej” po 1918 roku.

(Winieta „Gazety Świątecznej” z 1887 roku zawierająca ilustrację kościoła w Kadzidle
Źródło: „Gazeta Świąteczna” 1887, nr 364.)

Rolnik z Kierzka

Kierzek miał w dwudziestoleciu międzywojennym szczęście do chłopów, którzy, by posłużyć się sformułowaniem zaczerpniętym z „Gazety…”, położyli cepy w stodole i wzięli do ręki pióro. Jak wspomniano, obok Pieńdaka do „Gazety Świątecznej” pisał też Antoni Zadrożny, a kilkanaście listów przez nich łącznie napisanych to ciekawe źródło do historii małej miejscowości, którą Kierzek był w latach dwudziestych, licząc u progu niepodległości 185 mieszkańców[3]. Do 1931 r. Kierzek znajdował się w gminie Dylewo, a po zmianie nazwy gminy z 30 czerwca 1931 r. wieś znalazła się w nowoutworzonej gminie Kadzidło[4].

Co wiemy o tym ciekawym rolniku, który czasami chwytał za pióro? Niestety niewiele. Milczą o nim regionalne publikacje poza nielicznymi wyjątkami. Wiemy, że jak wielu zresztą Kurpiów był w swoim czasie na emigracji w Ameryce, jak sam pisał, przez kilkanaście lat[5]. Trudno zidentyfikować, kiedy do Ameryki przybył, ale być może już w 1903 lub 1909 r., bo wtedy to amerykańskie źródła z Ellis Island Foundation notują Aleksandra Pieńdaka z Kierzka, przybywającego do Stanów Zjednoczonych. Czy to ten sam Aleksander Pieńdak? Tego niestety nie wiadomo. Wiadomo za to, że w latach 1929-1935, a być może i dłużej był sołtysem wsi Kierzek. Próbował swoich sił jako domorosły „mleczarz”, zbierając śmietankę od rolników, mimo że nie posiadał na to stosownego zezwolenia, a na dodatek, jak opisywano w urzędowym memoriale z drugiej połowy lat trzydziestych, wygniata masło w fatalnych warunkach higienicznych. Działalność na tym polu była zresztą konkurencją wobec spółdzielni mleczarskiej „Zrozumienie” z Zawad[6].

Więcej o Aleksandrze Pieńdaku mówi nam jego publicystyka. Dziewięć listów do „Gazety Świątecznej”, jakie tam opublikowano w latach 1924-1934, posłuży do opowiedzenia o tym mieszkańcu Kierzka, którego nazwisko warto przypomnieć i umieścić w kontekście historycznym Kurpiowszczyzny lat 1918-1939.

Portret Autora – polityka, historia i tożsamość

Dziewięć listów Aleksandra Pieńdaka, które posłużą do analizy jego poglądów nie stanowią jednolitej tematyki. Pieńdak zabierał głos w różnych sprawach, począwszy od pisanego w 1924 r. wezwania do wspierania polskiego lotnictwa, a skończywszy na korespondencji z 1934 r. dotyczącej fatalnego stanu dróg na Kurpiach. Przy tej różnorodności tematycznej, da się jednak powiedzieć coś o autorze listów, co jakby mimochodem można z nich wyczytać.

Niewątpliwie rolnik z Kierzka odznaczał się gorliwą pobożnością i zdaje się, że żył na co dzień wyznawaną przez siebie wiarą katolicką. W jego listach znajdujemy liczne odwołania do Boga i przekonanie o religijności ludu kurpiowskiego. Jeden z opisów jaki zostawił, dobrze oddaje jego własne nastawienie: Pomimo ubogiej gleby mieszkańcy puszczy są weseli i razem z ptaszętami zanoszą korne modły do swego Stwórcy. Bo trzeba wiedzieć, że mieszkańcy puszczy Kurpiowskiej są bardzo pobożni. Lud puszczy Kurpiowskiej miłuje Boga i bliźniego, za wiarę gotów krew przelać[7]. W 1926 r., pisząc w obronie sakramentu małżeństwa stwierdzał: My, mieszkańcy puszczy Kurpiowskiej, stajemy wszyscy jak mur niezmożony w obronie sakramentu małżeństwa, w obronie wiary naszej świętej. Nie chcemy brać ślubów w sądach, w urzędach gminnych, nieraz może przed ludźmi wrogimi naszej Ojczyźnie kochanej. My chcemy Boga! Chcemy śluby składać w kościele przed ołtarzem. Jesteśmy narodem katolickim i wrogowie wiary św. nie przemogą nas swą przewrotnością. Rysem pobożności nie tylko Kurpia z Kierzka, ale i wielu z jego sąsiadów, a mówiąc ogólniej, całej ówczesnej katolickiej społeczności w Polsce był też kult maryjny. W wyżej cytowanej korespondencji Pieńdak oznajmiał wyraźnie o przywiązaniu do Matki Bożej, przypominając i wierząc, że to dzięki Niej Polacy obronili niepodległość w starciu z bolszewicką Rosją: uwielbiamy Matkę Boską, Królowę Korony Polskiej, która w chwili rozpaczy całego narodu polskiego wejrzała nań okiem miłosierdzia i pokonała gada piekielnego, który pełzł do serca Polski, do Warszawy. Słusznie postąpił naród polski, że z dziękczynieniem ofiarował berło Tej, która uratowała przodków naszych przed nawałą szwedzką, a nas przed nawałą bolszewicką[8]. Stosunek Aleksandra Pieńdaka do wiary i jego pobożność dobrze podsumowuje przysłowie, które sam cytował: „Bez Boga ani od proga”[9].

Oprócz religijności Pieńdaka, łatwo zauważyć jego zainteresowanie historią i polityką. Nawołując do zbierania ofiar na samoloty („latawce”) dla Wojska Polskiego, mieszkaniec Kierzka relacjonuje pogłoski o rozwoju lotnictwa w Związku Sowieckim i w Niemczech, wyrażając przekonanie o wrogości tych dwóch państw wobec Polski. Według niego Polska powinna tem bardziej mieć setki statków powietrznych, aby mogła śmiało stanąć przeciwko nieprzyjaciołom, którzy czatują na nią jak djabli na dobrą duszę, żeby ją porwać w swe szpony. Tak, niestety, czatują na tę naszą ukochaną Polskę bolszewicy i Niemcy[10]. Interesujący jest stosunek Pieńdaka do rządów, który zresztą, jak się wydaje, zmieniał się w czasie. O ile w 1924 r. Kurp ten okazywał zrozumienie, iż rządy w Polsce działają od niedawna, a więc należy je wspomóc jako społeczeństwo, o tyle dziesięć lat później wypowiadał się już krytyczniej. Wy, panowie, co dzierżycie władzę w ręku, co zmieniacie prawa państwa, nie myślcie, że wy, to państwo. Państwo to jesteśmy wszyscy: rolnik, rzemieślnik, robotnik, dopiero na końcu urzędnik. Bo gdyby rolnik nie pracował nad temi płodami, które są najpotrzebniejsze dla każdego, niktby w państwie nie żył – pisał i w dalszej części nawoływał do pamiętania o Bogu, którego miano wyrzucić z nowej konstytucji[11]. Wspominał o zaletach ludu z okolic Myszyńca, ale aby Kurpie mogli oddać ojczyźnie pożytek, trzeba było, jak dowodził, obchodzić się z nimi jak z obywatelami: Kurpie są waleczni, kochają Polskę i gotowi za nią krew wylać, ale chcą, żeby się z nimi obchodzono, jak z obywatelami, i żeby były dla nich ustanowione prawa sprawiedliwe, ojcowskie, a nie macosze, jak dotychczas[12].

W listach Aleksandra Pieńdaka widać też nawiązywanie do historii. Jego korespondencja, w której opisuje Ostrołękę i jej przeszłość jest wcale niezłym przykładem znajomości dziejów tego miasta, zwłaszcza powstania listopadowego, co do którego powołuje się zarówno na opowiadania starszych ludzi, jak i na wiedzę, którą musiał przyswoić być może w jakiś inny sposób, gdy wspominał nieudolność „jenerała Skrzyneckiego” i losy pomnika wystawionego przez Rosjan na pamiątkę bitwy rozegranej 26 maja 1831 r. Na marginesie opowieści o Ostrołęce, da się zauważyć niechęć do Rosjan wynikającą nie tylko z osobistych doświadczeń, ale także historii, bo na to wskazuje poniższy fragment listu, gdy mowa o usunięciu dawnego pomnika carskiego: Pomnik ten był upokorzeniem dla nas, Polaków. Stał po prawej stronie Narwi, gdzie się schodzą główne drogi z puszczy Kurpiowskiej i główna droga do Warszawy. Stał tam, jak djabeł na rogatce, do roku 1916; lecz przyszedł dzień, że go zburzono do szczętu. Teraz na tem miejscu zbudowany jest tartak parowy. Po zburzeniu tego potwora rossyjskiego lżej się zrobiło na sercu każdemu prawemu Polakowi, że już nie będzie patrzał na ten objaw wzgardy dla nas[13].

Na koniec tych krótkich uwag nad mentalnością Autora listów do „Gazety Świątecznej”, warto zauważyć, że nie należał on do grona chyba nadal licznego w okresie międzywojennym, które niechętnie przyznawało się do swojej kurpiowskiej tożsamości. Pieńdak czuł się obywatelem polskim (Otóż jako obywatel polski postanowiłem…[14]), a do tego właśnie Kurpiem, na co przynajmniej zdają się wskazywać tu i ówdzie wyrażane sformułowania podobne do tego: My, mieszkańcy puszczy Kurpiowskiej, czy gdzie indziej formułowane i cytowane wyżej Kurpie są waleczni, kochają Polskę i gotowi za nią krew wylać…, które odnosił chyba również do siebie.

Kronikarz kurpiowskiej rzeczywistości

Tyle o samym portrecie Autora i próbie jego scharakteryzowania. Spójrzmy na listy, jako po prostu na źródło wiedzy o Kurpiowszczyźnie przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Jest to źródło interesujące, wzbogacające naszą wiedzę jak zresztą i inne listy pisane przez Kurpiów do „Gazety Świątecznej”. Aleksander Pieńdak dość skrupulatnie opisywał otaczającą go rzeczywistość, której wspólnym mianownikiem była mówiąc najogólniej bieda. Pieńdak, zgodnie zresztą z tym, co promowała „Gazeta Świąteczna” wskazywał na problemy i środki zaradcze, aby poprawić los mieszkańców wsi kurpiowskiej. Nie dziwi więc np. wskazywanie problemu pijaństwa, z którym „Gazeta…” walczyła właściwie od momentu swojego powstania. Należał tu zresztą mieszkaniec Kierzka do dość licznego grona krytykującego Kurpiów za nadmierne spożycie alkoholu[15]. Według niego Zbrodnią jest także, że w państwie takiem, jak Polska, niezasobnem, bo nowoodbudowanem, w którem brak jeszcze chleba powszedniego, wyrabia się tak dużo gorzały, przez którą ludzie tracą mienie i zdrowie[16]. W innym miejscu alarmował o problemie braku drzewa budulcowego na Kurpiach, problemie, który przecież należał do kategorii żywotnych interesów dla mieszkańców tego biednego regionu[17].

Nie uszły jego uwadze także kurpiowskie drogi, których fatalna jakość była powszechnie znana. Jak poprawić ich stan? Recepta Pieńdaka była następująca: Rząd, co ma wydawać miljony na bezroboczych, powinien rozpocząć budowę bitych dróg, których bardzo brak w całej Polsce, choć może najgorzej w puszczy Kurpiowskiej. Roboty w Polsce nie powinno zabraknąć, bo Polska jest jako ten rolnik, co gdzieś założył nową gospodarkę, gdzie musi zrzynać i karczować pnie, krudować nieporuszoną od wieków ziemię. Polska jest tą nowo założoną gospodarką, gdzie brak bitych dróg i koleji, gdzie trzeba uporządkować rzeki, osuszyć błota i wiele, wiele wykonać. Słowem – moc zadań do wykonania, ale pomysłów na ich rozwiązanie sołtysowi Kierzka nie brakowało.

Podobnie zresztą diagnozował on inny ważny problem nie tylko zresztą kurpiowskiej wsi przed wojną, a mianowicie słomiane strzechy, które sprzyjały licznym, skądinąd często relacjonowanym w samej „Gazecie Świątecznej” pożarom. Według Aleksandra Pieńdaka w tej sprawie powinien działać rząd, a mianowicie: niech rząd nasz, zamiast nakazywać bielenie domostw wapnem, rozkaże stopniowo kasować strzechy słomiane, tak, żeby w ciągu dwóch, trzech lat nie było już ich w Polsce. Sowicie się to wynagrodzi[18]. Gdy dodamy do tego znakomitą polemikę w sprawie użytkowania torfu na Kurpiach (Trzeba to przyznać, że i torf może być użyteczny już to jako opał, już to jako pastwiska, łąki i pola. Ale pole to nigdy nie będzie urodzajne, chociażby przy dużym nakładzie kosztu i pracy[19]), otrzymamy miarodajny obraz niektórych problemów kurpiowskich wsi lat dwudziestych i trzydziestych. Listy do „Gazety Świątecznej” dają możliwość spojrzenia na owe problemy oczami samych Kurpiów, co samo w sobie jest niezwykle cenne.

Aleksander Pieńdak wart upamiętnienia

Niewątpliwie sołtys Kierzka w latach kiedy piastował tę funkcję musiał być znany wszystkim mieszkańcom tej wsi, a poprzez swoje korespondencje trafiał być może do świadomości niektórych Kurpiów z innych miejscowości. Warto przywracać pamięć o takich postaciach jak Aleksander Pieńdak czy Antoni Zadrożny. Być może należałoby ich w jakiś sposób upamiętnić w Kierzku? Niech powyższy tekst stanowi zaproszenie do upamiętnienia tych Kurpiów, którzy niegdyś „zostawili cepy w stodole” i chwycili za pióro. Kimś takim był niewątpliwie Aleksander Pieńdak.


______________

Przypisy:
[1] Czytelnik K., Z parafji Kadzidła na Kurpiach, „Gazeta Świąteczna” 1917, nr 1884.
[2] Archiwum Państwowe w Białymstoku, Urząd Wojewódzki Białostocki, Miesięczne sprawozdania sytuacyjne wojewody białostockiego za 1935 r., sygn. 82, k. 73.
[3] Skorowidz miejscowości Rzeczypospolitej Polskiej, t. V, województwo białostockie, Warszawa 1924.
[4] Nr 161. 1931 czerwiec 30. Obwieszczenie MSW o zmianie nazwy gminy Dylewo, Nasiadki i Wach, [w:] Kadzidło i okolice w źródłach historycznych, red. Ł. Gut, W. Łukaszewski, Kadzidło 2021, s. 325.
[5] A. Pieńdak, Bielenie domów czy krycie ogniotrwałe, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2532.
[6] H. Tanianis, Wspomnienia, „Zeszyty Naukowe Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego” 1994, t. 8, s. 248.; Nr 96. 1937 Listopad. Memoriał w sprawie stosunków w powiatach graniczących z Prusami Wschodnimi, [w:] Źródła historyczne do dziejów Kurpiowszczyzny 1789-1956, pod red. W. Łukaszewskiego, Truskaw – Żelazna Rządowa 2020, s. 294.; W. Łukaszewski, Z dziejów ruchu spółdzielczego na Kurpiowszczyźnie w II Rzeczypospolitej, [w:] Kurpiowszczyzna – kultura, historia, gospodarka. Wybrane zagadnienia, pod red. J. Gołoty i J. Mironczuka, Ostrołęka 2017, s. 196.
[7] A. Pieńdak, Z puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1934, nr 2780.
[8] Ibidem.
[9] Ibidem.
[10] A. Pieńdak, O lotnictwo polskie, „Gazeta Świąteczna” 1924, nr 2283.
[11] Idem, Z puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1934, nr 2780.
[12] Idem, Z pod Myszyńca w puszczy Kurpiowskiej, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2522.
[13] Idem, Z Ostrołęki, „Gazeta Świąteczna” 1928, nr 2448.
[14] Idem, Z gminy Dylewskiej, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2539.
[15] Por. Ł. Gut, Wyrzeczysko. Kurpie i alkohol w drugiej połowie XIX wieku, kurpie-historia-trwanie.blogspot.com [dostęp: 24.07.2022]
[16] A. Pieńdak, Z gminy Dylewskiej, „Gazeta Świąteczna” 1928, nr 2465.
[17] Idem, Z Puszczy – pustkowie, „Gazeta Świąteczna” 1928, nr 2452.
[18] Idem, Bielenie domów czy krycie ogniotrwałe, „Gazeta Świąteczna” 1929, nr 2532.
[19] Por. Ł. Gut, Karaska – historia torfem pisana, kurpie-historia-trwanie.blogspot.com [dostęp: 24.07.2022]

Autor: Łukasz Gut