Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2025

II wojna światowa oczami kurpiowskiego dziecka. Z pamiętnika Stanisława Sieruty

Stanisław Sieruta (1935-2016) to wybitny kurpiowski artysta ludowy, zasłużony śpiewak, urodzony w Olszynach położonych wówczas w gminie Czarnia. Znany głównie ze swojej działalności artystycznej był także znakomitym pamiętnikarzem. W 1983 r. przesłał do gazety „Gromada – Rolnik Polski” swoje obszerne wspomnienia na konkurs „Łączy nas ziemia”, organizowany przez Związek Młodzieży Wiejskiej, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa i prasę przeznaczoną dla wsi. Fragment pamiętnika publikowałem wraz z dr. Wojciechem Łukaszewskim w wydawnictwie źródłowym pt. Kadzidło i okolice w źródłach historycznych. Poniżej publikuję inny fragment wspomnień Stanisława Sieruty, spisanych w styczniu i lutym 1983 roku.

Długie zimowe wieczory chyba sprzyjały snuciu rozważań o własnej przeszłości i sięganiu daleko wstecz. Gdy wybuchła II wojna światowa, Sieruta miał cztery lata, gdy się kończyła, był dziesięciolatkiem. Wspomnienia poniższe mogą zatem obrazować spojrzenie dziecka na wojnę, choć oczywiście są przefiltrowane przez późniejsze, zasłyszane opowieści i przemyślenia dojrzałego już człowieka.

Co znajdziemy w tych wspomnieniach? Wojenne plotki, lęki, chaos, historie widziane i opowiadane przez innych, a także radość na wieść o wycofaniu się Niemców i makabryczny powojenny epilog w postaci ofiar wszechobecnych niewypałów. Zapraszam do lektury wspomnień artysty ludowego, który ciekawie opisał historię swojej rodziny i najbliższego otoczenia w latach 1939-1945. W tekście poprawiono interpunkcję, pozostawiając pisownię oryginalną.

(Stanisław Sieruta
Źródło: facebook.com/gminakadzidlo)

___________________


Stanisław Sieruta

ŁĄCZY NAS ZIEMIA

(mój pamiętnik do konkursu trzech pokoleń wsi polskiej – opracowany i napisany w styczniu i lutym 1983 r.)

(...)

Początków napaści Niemiec na Polskę w 1939 r. bardzo nie pamiętam. Znam to tylko z opowiadań rodziców, od ludzi i z książek. Opowiadali tata z mamą, że gdy Niemcy wkroczyli do Polski i słychać było strzały w kierunku Myszyńca, to ja taki mały „siurek” wychodziłem przed sień posłuchać jak strzelają. Gdy wróciłem z dworu do izby, to mówiłem: „Ale na Myseńcu to i... walą”.

W czasie przekroczenia przez Niemców granicy polskiej (niedaleko od nas była ta granica, zaraz za Dąbrowami), to u nas we wsi rozniosła się wieść, że Niemcy będą Polaków wyrzynać i jeszcze inne okropności czynić.

Zrobiła się straszna panika. Prawie wszyscy, czym kto mógł i jak kto mógł, zaczęli ze wsi uciekać w kierunku Ostrołęki. Mówili, że aby za Narew się dostać, to tam już będzie bezpieczniej. Kto miał konia i sam był bystrzejszy, to się nie oparł wtedy aż pod Ostrołęką. Wuj Czesław miał konia, to też dojechał aż do Dylewa. My natomiast konia nie mieliśmy, tylko krowy, i do tego małe dzieci, to dojechaliśmy tylko do wsi Gleby (ok. 8 km od Olszyn), tam przenocowaliśmy i na drugi dzień przed południem wróciliśmy do domu.

Napotkani po drodze, jadący na koniach żołnierze polscy odradzili dalszej ucieczki. Mówili oni: „A gdzie wy ludziska jadzieta? Wracajta się do domu, bo Niemce są już pod Warszawą”. Usłuchaliśmy się tych żołnierzy i wróciliśmy. Niektórzy ludzie przez tę ucieczkę to się tylko wiele rzeczy postradali. Bo jedni uciekali, a inni w tym czasie kradli.

Nastał ciężki okres okupacji. W początkach tego okresu tata chodził do szarwarku na drogę za Czarnię, gdzieś za Surowe i pod Cupel – 14-20 km od Olszyn. Chodził piechotą, czasami w drewnianych korach, a czasach w chodakach. Jak w chodakach, to zimą onuce były mokre i pozmarzane na nogach. A jak w korach, to było suszej i cieplej w nogi, ale za to na nogach były odciski i skóra do krwi poobcierana. Tatę tylko w nocy można było w domu zobaczyć. Zawsze noc wyganiała i noc przyganiała. Do tego w domu trzeba było jeszcze posprzątać. W żarnach, i to po kryjomu, trzeba było mąki na chleb i na osypkę umleć. Żyto cepami omłócić, no i siecki w ręcznej ladzie narznąć.

Pewnego czasu otrzymał tata wezwanie od sołtysa na roboty do Niemiec. Tata nie stawił się na to wezwanie, zaczął się ukrywać. Niemcy za tatą, a także i za innymi zaczęli ścigać. I razu pewnego, było to w letni, wczesny poranek o świcie – tato z wujem Czesławem byli na oborze i usłyszeli na drodze zbliżający się turkot furmanki. Gdy zaczęli się wpatrywać, zauważali furmankę w parę koni i na furmance kilka ludzi. Furmanka jechała w tę stronę do nas, ale tą pierwszą dróżką nie skręcili do podwórza. Odetchnęli obaj z ulgą. Ale dojechawszy do tej drugiej dróżki, skręcili w nasze podwórze. Teraz tata z wujem rozpoznali kto to taki jedzie. Tak, to byli żandarmi i sołtys. Już teraz nie było ani chwili namysłu. Tata w swoją stronę, a wuj w swoją dala chodu. Jadący z tymi żandarmami sołtys, specjalnie ich tak okrężnie poprowadził, ażeby dać większą możliwość do ucieczki. Sołtysem jeszcze przed wojną i przez cały okres okupacji był Koziatek. Mądry i dobry był ten sołtys, jak mógł, tak ludzi ostrzegał i bronił, nieraz to z narażeniem swojej własnej głowy.

W czasie tej ucieczki tata tylko słuchał, czy za nimi nie strzelają, gdyż Niemcy byli już bardzo blisko od nich, a i dosyć już było widno na dworze. A i łoskot ich ucieczki było wyraźnie słychać. Ale chyba tylko sam Pan Bóg ich obronił. Ci Niemcy chyba w tym czasie zagłuchli i ześlepli. Albo się jakiś inny cud stał, bo i nie zauważyli i nie usłyszeli tych uciekających.

Zajechawszy na podwórze, weszli do izby i się mamy pytają: „A gdzie ten koślawy diabeł jest?” (chodziło im o tatę). Mama odpowiedziała, że nie wie. Wtedy jeden z Niemców uderzył mamę w twarz i kazał, ażeby na miejsce taty mama z nimi poszła. Mama wtedy mnie i Marysię wzięła na ręce i mówi: „Jeśli mnie zabierzecie, to i z tymi dziećmi, bo nie mam ich z kim zostawić”. Do tego jeszcze mama w tym okresie i w ciąży była. Niemcy poszwargotali coś między sobą, nakazali mamy, ażeby się tata obowiązkowo sam stawił, ale nas z mamą zostawili w spokoju i odjechali.

Jeszcze tego samego dnia i z tymi samymi Niemcami miał tata powtórną spotyczkę w polach, ale też nie zauważyli. Były wtedy duże żyta i gdy tata ich dostrzegł, dał susa chyłkiem w żyto i bruzdami choda. I też miał szczęście. Do Niemiec tata nie zgłosił się. Postanowił się ukrywać. W okresie letnim to ukrywał się i sypiał w polach i chojniakach, których u nas nie brakuje. A gdy już było zimno, to między snopkami w wydłubanej dziurze w stodole. Gdy już była zima, tata zgłosił się do roboty w boru do ciosania ćwelów kolejowych. Podobno był jeszcze kiedyś Niemiec po tatę, ale mama powiedziała, że tata pracuje w boru. Od tej pory dali już taty spokój i więcej nie ścigali. Jednak tata nie był pewny i jakiś czas w domu nie sypiał. Ale gdy nastały większe mrozy, zaczął w domu sypiać, no i jakoś szczęśliwie. Na wskutek tego ukrywania się, tata przeziębił się i zdrowie utracił, ale Bóg dał, że szczęśliwie przetrwał aż do wyzwolenia.

Jesienią 1944 roku, t.j. niedługo przed zakończeniem się wojny, ludność miasta Ostrołęki i jej okolic była powysiedlana. Planowali tam chyba Niemcy obronę. Prawie w każdym domu w Olszynach znaleźli się wysiedleńcy, w naszym domu także. Byli to ludzie z Dylewa. Mieszkało nas wtedy 5 rodzin, a ponad 20 ludzi w jednym domu. Od jesieni siedzieli u nas do stycznia, t.j. do chwili wyzwolenia naszych terenów. Tę zimę i zakończenie wojny pamiętam dosyć dobrze, gdyż miałem już wtedy 9 lat. Dziadki wtedy już obydwoje nieżyli. Babcia umarła jeszcze przed wojną na wylew krwi. Jej śmierci i pogrzebu w ogóle nie pamiętam. Dziadek zaś umarł w wojnę. Dziadka i jego pogrzeb trochę pamiętam. Był to wysoki i przystojny mężczyzna, z krótkim wąsikiem pod nosem. Umiał ładnie śpiewać i grać na skrzypcach. Najczęściej grał i śpiewał „suplikacje”. Latem we drwalni plótł koszyki i opałki z korzeni.

Gdy front się już zbliżał, przychodzili do nas także na kwaterę niemieccy żołnierze. Ale się nie zakwaterowali, bo było za dużo u nas ludzi. A widocznie, że wygnać nas nie mieli prawa. Prawie dookoła ścian była porozściełana słoma do spania. Gdy się w nocy wszyscy do spania pokładli, to trudno było nawet przejść.

Tata z wysiedlonymi, którzy mieszkali u nas, wykopali niedaleko izby „w chojniaku” schron. Ściany, podłoga i sufit schronu były powyścielane słomą i poobijane i powykładane deskami. Z wierzchu przysypany był piachem. U wuja Czesława mieszkali brat i siostra wujnej ze swoimi rodzinami także z Dylewa. Oni mieli swój oddzielny schron też w chojniaku wykopany. Do tych schronów chowaliśmy się w czasie nalotu samolotów i większej strzelaniny. Wszyscy chodziliśmy poubierani w najcieplejsze ubiory, gotowi w każdej chwili do schronu. Ja chodziłem w matczynej watówce sięgającej do pięt, przepasany jakimś paskiem, tak ażeby mi było ciepło.

W przeddzień wyzwolenia, był to styczeń 1945 r., – dokładnego dnia nie pamiętam – była wtedy chyba największa strzelanina. Toteż w tym dniu i najwięcej razy odwiedziliśmy swój schron. Wieczór i w nocy tak samo. Lecz już rano wszystko ucichło. Doszła wiadomość do nas, że Niemców już nie ma. Nastał dzień wyzwolenia i wolności. Jakaż to była radość! Dzień ten dla nas radosny i pamiętny, mimo że styczniowy, był ciepły i bez mrozu. Mglisty i pochmurny. Ludzie radośni zaczęli się nawzajem odwiedzać. Sąsiedzi odwiedzali sąsiadów, oraz swych blizkich i krewnych. Zaraz tego samego dnia, nasi wysiedleńcy wyjechali do swych domów do Dylewa. Ja z tatą udaliśmy się do chrzesnego na Starą Wieś w odwiedziny. Mama poszła do ciotki do Zawad też odwiedzić.

Idąc z tatą do chrzesnego, widziałem obok ścieżki zabitego Niemca z przestrzeloną głową, obok niego leżał dziurawy hełm. U chrzesnego pod oknem w wądole od kartofli było dwóch zabitych Niemców. Na łąkach za chrzesnem, przy ścieżce jak się do Zawad idzie, cały szereg było nazabijanych żołnierzy radzieckich. Ale, tych zabitych żołnierzy radzieckich zaraz tego samego dnia przyszły samochody, pozbierały i wywiozły. Mama, gdy szła do Zawad, to widziała już tylko ślady krwi na śniegu oraz pourywane części ciała, takie jak ręce, nogi, a nawet mózg w hełmach. Całe łąki były zryte od pocisków.

Chociaż już było po wojnie, to nieszczęścia się jeszcze nie skończyły. Zaraz tego pierwszego dnia będąc na dworze i usłyszałem straszny wybuch, aż szyby w oknach zabrzęczały. A potem w kierunku Klimcaka usłyszałem okropne męskie jęki. Niedługo po tym dowiedzieliśmy się, że Klimcakowemu Władkowi mina nogę urwała. Także tego samego dnia drugi, jeszcze straszniejszy wybuch, to samochód rosyjski z żołnierzami jadący gościńcem, wjechał na podminowany most za Pacem. Samochód został rozerwany i spalony, a wszyscy żołnierze zostali zabici.

Niedługo po tym młodego chłopaka, Śmiglowego Staśka, na Śmiglowej górze koło krzyża w okopach, także mina porozrywała w kawałeczki. Jego porozrywane kawałki ciała tylko w płachtę pozbierali i złożyli w trumnę. Byłem na jego pogrzebie. Jego ojciec bardzo rozpaczał. Mdlał raz po razie, aż go ludzie musieli wodą cucić. Następnie w Ignalkowych górach, Ignalkowemu chłopakowi granat rękę urwał, oczy powypalał. Naogół był bardzo pokaleczony, z małą nadzieją do wyleczenia. Jednak się wyleczył i żyje do dzisiaj. Ale cóż z tego. Jest inwalidą do śmierci, bez jednej ręki i oka. A ileż to było jeszcze innych wypadków?
________________


Źródło: Archiwum Akt Nowych, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa, Pamiętnik Stanisława Sieruty na konkurs „Łączy nas ziemia”, sygn. 10905, k. 11-17.

Oprac. Łukasz Gut

środa, 11 marca 2020

Zofia Bogdańska: Moje kurpiowskie dzieciństwo

Poniższy tekst, który mam przyjemność zaprezentować, to wspomnienia Pani Zofii Bogdańskiej, pochodzącej z Kierzka (gm. Kadzidło). Wspomnienia dotyczące lat 50. i 60. XX wieku to barwna opowieść o dzieciństwie na Kurpiach, zabawach, pracy i ówczesnych obyczajach. Relacja Zofii Bogdańskiej to plastyczny opis realiów życia w małej miejscowości, trudności dnia codziennego i radości, których dzieciom nie brakowało. Zapraszam do lektury wspomnień tym bardziej, że Zofia Bogdańska nie jest autorką anonimową. Jej zapiski znalazły się w książce pt. „Kurpie we wspomnieniach”, wydanej przez Związek Kurpiów w 2018 roku. Poniższy tekst znacznie różni się od zamieszczonego w zbiorze pamiętników, skupiony na latach dzieciństwa, jest cennym świadectwem tego jak wyglądało życie dzieci kurpiowskich w połowie poprzedniego stulecia.

_____________________ 
Moje Kurpiowskie dzieciństwo

Dzieciństwo na Kurpiach
… jakie było? Wspaniałe i beztroskie.
 
 
 
Urodziłam się cztery lata po zakończeniu wojny w 1949 r. i dlatego ciężkich czasów powojennych nie pamiętam, w przeciwieństwie do mojego starszego o 11 lat brata Staśka. Rodzice robili wszystko, abyśmy my dzieci czuli się kochani i bezpieczni.

Kierzek lat 50. XX wieku, czyli piaszczyste drogi i drewniane domy

Urodziłam się i wychowałam w małej kurpiowskiej wiosce, w Kierzku, w gminie i parafii Kadzidło. We wsi nie było wtedy prądu i podłączyli go dopiero w 1969 r. Autobusy nie jeździły do nas, gdyż nie wjechałyby do wsi. Droga była piaszczysta, kiedy jechało się wozem ciągniętym przez konia, to piach tylko przesypywał się przez szprychy kół. Koła były drewniane, obite żelazną obręczą, chyba dlatego nazywano je żelaźniakami. Później były wozy z kołami gumowymi i to już był luksus. Wszystkie drogi, którymi wjeżdżało się do Kierzka były piaszczyste i żaden samochód do wsi nie wjechał. Kiedy jechaliśmy do teatrzyku lalkowego do Kadzidła, to musieliśmy iść z kilometr do sąsiedniej wsi Gleby, gdzie czekała na nas ciężarówka, dalej przez Glebę, Jeglijowiec już była droga żwirowa.

Domy w mojej wsi były drewniane i prawie wszystkie po jednej stronie drogi, przez trzy kilometry. Zaraz za zabudowaniami było trochę pola, a dalej las. Po drugiej stronie drogi były pola, potem łąki, które ciągnęły się aż do Omulwi. Na granicy Kierzka był i jest kanał, który wykopano bardzo dawno temu, aby osuszyć ziemię pod pola uprawne. Kanał ten ciągnie się od Karaski do Omulwi.

Mój dom rodzinny był nieduży, drewniany, pokryty szarą, cementową dachówką. Miał tylko dwie izby i sień. Trzecią izbę dobudowano później. Nasz budynki gospodarcze, tzn. chlew i stodoła, tak jak większość we wsi, były pokryte słomą. Dom był odsunięty od wiejskiej drogi i pomiędzy drogą a domem był nieduży sadek. Rosły tam śliwy, jabłonie, wiśnie, oraz dzika grusza, na której były gruszki ulęgałki. Przy drodze rosły duże, rozłożyste, piękne lipy, które podczas kwitnienia pachniały obłędnie, podobnie jak krzewy dzikiego bzu, które rosły koło sąsiadów.

Najwcześniejsze wspomnienia

Dzieciństwo, to wiadomo, zabawa, szkoła, ale i praca, czasami praca zarobkowa. Tak, tak, praca zarobkowa także.

Mówić zaczęłam bardzo wcześnie, podobno kiedy skończyłam pierwszy rok życia. Gdy byłam nieco starsza, lubiłam rysować i zawsze miałam w domu zeszyt, ołówek i kredki. Opowiadałam sobie różne historie i ilustrowałam je w zeszycie. Często też uciekałam rodzicom do szkoły. Brałam koszyk od kartofli, wkładałam do niego zeszyt, ołówek i po rozejrzeniu się czy nikt nie widzi, myk na drogę i do szkoły. Czasem tato, mama czy brat zdążyli mnie dogonić, ale nie zawsze.

Prócz „ucieczek” do szkoły, bardzo lubiłam przebywać u moich Stryjów, którzy mieszkali po sąsiedzku, u stryja Antka. Tam moje stryjeczne rodzeństwo starsze ode mnie o ponad 20 lat, rozpuszczało mnie bardzo, ale nauczyli mnie czytać. Od szóstego roku życia czytałam bardzo dobrze. Moi kuzyni opowiadali mi różne ciekawe historie, a ja bardzo lubiłam słuchać. Były to bajki, wiersze, prawdziwe historie.

Moja kuzynka Władzia była krawcową i szyjąc opowiadała mi ze szczegółami „Trylogię” H. Sienkiewicza, recytowała fragmenty „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza. Znałam te opowiadania i wiersze na pamięć, gdyż zamęczałam ją, żeby mi to powtarzała po kilka razy. Zdarzało się, że kiedy prosiłam ją o jakąś bajkę, mówiła mi: „Zosiu, przecież ty to znasz”, to ja na to: „To opowiedz mi prawdę”. „Prawda”, to były opowiadania o naszych przodkach, o okresie międzywojennym, o czasach wojny i w ogóle o różnych historycznych wydarzeniach.

Miałam także kuzynki w moim wieku, które mieszkały obok nas, oraz koleżanki. Lubiłam razem z nimi bawić się w piachy na górce, a piachu u nas nie brakowało i był ładniejszy niż na plaży, chociaż plażę zobaczyłam dopiero, kiedy byłam dorosła. Obok naszego domu były resztki fundamentu po budynku, który spalił się podczas wojny. Były tam szkła, kamyki, potłuczone cegły, kawałki dachówek. Tam też się bawiłyśmy. Byłyśmy pielęgniarkami i robiłyśmy zastrzyki. Wiśnią smarowało się rękę, że niby to krew i kolcami z dzikiej gruszy robiło się zastrzyk, albo potłuczonym szkłem nacinało się skórę, było to szczepienie przeciw ospie. Kiedy ja byłam „szczepiona”, to krzyczałam, że ma być delikatnie, bo to na niby, ale kiedy ja byłam „pielęgniarką”, to krew poleciała naprawdę. Mimo braku dezynfekcji zakażenia nie było.

Na co dzień boso, do kościoła w butach

Kiedy tylko na wiosnę robiło się ciepło, my dzieci chodziliśmy boso. Buty były do kościoła, na uroczystości, no i do szkoły. Stopy miałam ciągle z tego powodu pokaleczone, a opatrunkiem był piasek, który tamował krew. Ciągle właziłam na drzewa, a więc kolana i łokcie nie nadążały się goić, a sukienki ciągle się niszczyły. Mama umiała szyć, a i moja kuzynka Władzia zawsze coś ładnego mi uszyła i były to prezenty od mojej matki chrzestnej, gdyż jej najmłodsza siostra, uczennica Liceum Pedagogicznego była nią. Moja mama wymyślała mi ciągle jakieś kreacje, aż sąsiadki mówiły, że za bardzo mnie stroi, że powinna poczekać aż będę dorosła. Wtedy mama odpowiadała, że stroi kiedy może, bo nie wie czy doczeka mojej dorosłości. Zmarła przed moimi 20 urodzinami.
Jeżeli chodzi o nasze dziecięce zabawy, to latem uczyłyśmy się wraz z moimi kuzynkami pływać, najpierw w pobliskim kanale, później w rowie melioracyjnym, a już trochę starsze, w Omulwi.

W Kierzku jak w Fatimie?

Często opowiadano nam o objawieniach w Fatimie i w Lourdes, a ponieważ koło domu jednego ze stryjów jest pobudowana przez dziadka kapliczka z figurką Matki Bożej, to ja z kuzynkami pomyślałyśmy, że jak się pomodlimy, to ta Matka Boża do nas zejdzie.

Było nas pięć dziewczyn, dwie najstarsze z nas powiedziały, że powinnyśmy przynieść coś dobrego do jedzenia dla Maryi, to na pewno zejdzie do nas. Przyniosłyśmy to, co wg nas było najlepsze w domu, cukier w kostkach i słoninę. Położyłyśmy na kamieniu przy kapliczce, czekamy, ale Matka Boża nie schodzi. Nasze starsze kuzynki orzekły, że pewnie za mało przyniosłyśmy, a więc trzeba więcej. Poszłyśmy po więcej, wracamy, a naszych darów nie ma, okazało się, że Maryja była pod naszą nieobecność. Było nam smutno, że nie mogłyśmy jej spotkać. Zdaje się że kilka razy tak chodziłyśmy po ten cukier i słoninę, w końcu zrezygnowałyśmy.

Często bawiłam się z kuzynkami i koleżankami w szkołę i to nawet w wakacje. Najczęściej byłam nauczycielką. Robiłam swoim uczniom dyktanda, zadawałam słupki z matematyki. Jednak dziwa była ze mnie nauczycielka, gdyż cieszyłam się, kiedy moje uczennice robiły błędy, bo wtedy miałam co poprawiać czerwoną kredką. Często grałyśmy w piłkę, w klasy. Bawiłyśmy się w chowanego, w ciuciubabkę, w czarnego luda. Jeżeli chodzi o okres zimowy, to często chodziliśmy na sanki. Zjeżdżaliśmy albo z górek, albo szliśmy na zamarzniętą Omulew. Wyglądało to tak, że siedząc na sankach, odpychało się dwoma kijkami zakończonymi gwoździami. Chłopaki jeździli także na łyżwach, takich zrobionych z drewna, owiniętych drutem i przywiązanych sznurkiem do butów. Można było pożyczyć łyżwy ze szkoły, ale tych nie starczyło dla wszystkich chętnych. Te były ładne, metalowe, przykręcane do butów.

Bardzo lubiłam czytać, ale także bawić się lalkami, dlatego u św. Mikołaja zawsze zamawiałam książkę i lalkę, no i dostawałam. Lalki robiłam sobie też sama. Pamiętam, wzięłam śpioszki i kaftanik mojego małego braciszka, wypchałam szmatkami, połączyłam górę z dołem, a głowę zrobiłam z pieluchy, w którą włożyłam niedużą piłkę, na nią czapeczkę i przymocowałam do korpusu. Mój „niemowlak” miał rozmiary prawdziwego dziecka i z tym „dzieckiem” poszłam pochwalić się do stryjów. Moje starsze kuzynki zapytały mnie jak się nazywa ten mój dzidziuch. Ponieważ nie byłam przygotowana na takie pytanie, więc musiałam pomyśleć i po chwili odpowiedziałam, że nazywa się dzidziuch Zadrożny. Były i bardzo niebezpieczne zabawy, ale tego już opisywać nie będę.
(Kapliczka w Kierzku, o której mowa w tekście)
Obowiązki wobec młodszych braci

Niestety nie tylko samą zabawą dzieci żyły. Ja miałam dwóch młodszych braci, Józka trzy lata młodszego ode mnie i Kazika sześć lat młodszego. Kiedy byli bardzo mali, kołysanie ich w kołysce (kolebce) należało do mnie. Kiedy mama szła na pole pielić lub kopać kartofle, brała ze sobą tzw. kozę (to taki stelaż drewniany, jak do huśtawki), przywiązywała do tego płachtę, wkładała do płachty poduszkę i tam kładła dziecko, no i ja musiałam kołysać, albo jak nie spało, zabawiać je. Kiedy bracia byli już starsi, też pozostawali pod moją opieką. Józek nie chciał mnie słuchać, nie lubił chodzić tam gdzie ja, to co mnie interesowało, jego nudziło. Kazikiem lubiłam się opiekować. Miałam z siedem, czy osiem lat, to już chodziłam na grzyby i to była „praca zarobkowa”, gdyż mama je segregowała, prawdziwki suszyła i potem sprzedawała. Oczywiście na grzyby chodzili wszyscy domownicy. Za sprzedane grzyby, mama kupowała mi materiał na sukienkę, czy książki. Wiadomo, że ja tyle nie zarobiłam, więc mama musiała sporo dołożyć. Teraz to wiem, ale kiedy byłam dzieckiem, myślałam, że to za moje pieniążki. Tak samo było z jagodami, te zbierane w tygodniu były na sprzedaż, a te zbierane w niedzielę, na sok, czy marmoladę.

Na grzyby budziła mnie mama bardzo rano, kiedy byłam w lesie, to słońce wschodziło. Chodziłam już do szkoły, ale wstawać rano nie chciało mi się, chociaż grzyby lubiłam zbierać. Z lasu wracałam na śniadanie i później na jagody, oczywiście w wakacje. Po lesie zawsze boso, to i mój kilkuletni braciszek, którego zabierałam ze sobą, też butów nie chciał zakładać, a w lesie w nóżki go kłuło i nosiłam go wtedy na plecach (na barana). Mama nie kazała mi go nosić, ale było mi go żal. Ponieważ w mojej wsi sklepu nie było, to kiedy rodzice pracowali w polu, to do sklepu po drobne zakupy i sprzedać jajka wysyłano mnie. Sklep był w Glebie kilka kilometrów od domu. Roweru wtedy jeszcze nie miałam. Droga do sklepu prowadziła przy lesie, w którym były wilki i podobno straszyło, a więc bałam się bardzo, ale szłam. Byłam wtedy w trzeciej, czy czwartej klasie podstawówki. Do kościoła 12 km też często chodziłam pieszo z mamą. Szło się boso, a buty nakładało dopiero w Kadzidle.

Wiosną, kiedy sadzono ziemniaki, to po przyjściu ze szkoły szłam na pole pomagać rodzicom i opiekować się młodszymi braćmi. Moja pomoc polegała na wgrabianiu obornika w radliny, do których były wrzucane kartofle. Muszę powiedzieć, że ja tą swoją pomoc w polu traktowałam jak zabawę, gdyż rodzice i mój starszy brat bardzo mnie oszczędzali. Inne dzieci nie miały tak dobrze jak ja, niektóre w czasie robót w polu były zwalniane ze szkoły, bo musiały pomagać. Latem podczas żniw ja, tak jak i inne dzieci, znosiliśmy snopki żyta, które dorośli ustawiali w dziesiątki. Potem po skończonej pracy, wieczorem jechaliśmy całą rodziną razem do rzeki, wykąpać się.

Przy pasieniu krów

Dwa razy do roku była koszona trawa na łąkach. Po skoszeniu, my dzieci przewracaliśmy ją grabiami, aby wyschła na siano, które brat z tatą stożyli w stogi. Ponieważ na łąkach było mokro, siano było przywożone do obory dopiero podczas mrozu i wtedy dla nas dzieciaków też było zajęcie. Udeptywaliśmy je. Było to nawet fajne, gdyż żeby je dobrze udeptać, trzeba było skakać po nim. Oczywiście nasypało nam się różnych paprochów za kołnierz i nieźle kłuło, całe ubranie było w nich, ale nam to nie przeszkadzało.

Od wiosny do późnej jesieni trzeba było paść krowy i to było zajęcia i zmora dzieci. Przychodziło się ze szkoły, zjadło chleba z cukrem, popiło mlekiem i do pasionki do wieczora, wieczorem krowy do domu i lekcje trzeba odrabiać. Ja książki brałam ze sobą, za krowami i tam czytałam, no ale pisemnych prac to już nie dało się na łące odrobić. W wakacje paśliśmy krowy także na rżyskach, a niektóre dzieci pasły je w lesie na bagnach Karaski. Kiedy paśliśmy krowy na łąkach, to czasem zebrała się nas cała wesoła gromadka i wtedy wygłupom nie było końca, graliśmy w piłkę, pływaliśmy w rowie, paliliśmy ognisko i piekliśmy kartofle. Często tak byliśmy zajęci zabawą, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy krowy weszły w szkodę. Dopiero jak usłyszeliśmy wołanie rodziców, którzy byli na polu, to zobaczyliśmy. Ja to miałam dobrze, bo chociaż w niedziele krów nie pasłam. W niedzielę tato, albo starszy brat wyręczali mnie.

Kiedy rodzice pracowali w polu, moim zadaniem było po przyjściu ze szkoły, jeszcze przed „pasionką”, przynieść drzewa do kuchni, wody nanosić i ponalewać w garnki, obrać gar kartofli, żeby mama po powrocie szybciej mogła ugotować kolację. Zimą, kiedy dni były krótkie, dzieci pomagały robić włosiankę na krosnach.

Szkoła

Opisałam pomoc rodzicom, zabawy dziecięce, a teraz napiszę co pamiętam ze szkoły.
W Kierzku szkoła nie miała swojego budynku, mieściła się w prywatnych domach. Od razu po wojnie była tylko czteroklasówka, kiedy ja szłam do pierwszej klasy we wrześniu 1956 r., było już 7 klas, tzn. pełna podstawowa. Przez pierwsze trzy lata mojej nauki, szkoła mieściła się u sąsiadów, państwa Grzybów i Abramczyków. Uczyło się w niej 4 nauczycieli, a właściwie nauczycielki: p Helena Gałązka – moja siostra stryjeczna i jednocześnie moja matka chrzestna. Hela była moją wychowawczynią. Pozostałe nauczycieli to Pani Krystyna Dzwonkowska, Pani Stanisława Nasiadka i Pani Aleksandra Suchcicka – kierownik szkoły. Religii uczył Pan Henryk Tomczak z Gleby. To on zgodził się abym poszła do I Komunii św. w pierwszej klasie (wtedy szły dzieci z klasy trzeciej, później już z drugiej).

Nauczyciele zmieniali się, jedni przychodzili, drudzy odchodzili, ale pamiętam wszystkie nazwiska, chociaż nie będę ich tu wymieniać. Do szkoły w Kierzku chodziły dzieci także z Kopaczysk, Gleby i Karaski. Te ostatnie były to dzieci gajowych, one żeby dotrzeć do szkoły, musiały iść cały czas lasem. Szkoła na wsi to było miejsce nie tylko do nauki. Nauczyciele organizowali w niej różne imprezy, przedstawienia, potańcówki. Mimo, że szkoła nie miała budynku, miała małą bibliotekę, z której wypożyczaliśmy książki. Jeden z nauczycieli sprowadzał do Kierzka kino objazdowe. Jakże to było ciekawe i mimo, że z pierwszego filmu kazano nam dzieciom wyjść, to ja i jeszcze kilkoro zostaliśmy. Dla nas interesujące było to, jak to jest, że tam na tym prześcieradle, które służyło za ekran, są żywi ludzie, poruszają się i rozmawiają. Sama treść filmu była mniej ważna. Zostaliśmy za swoją ciekawość ukarani, musieliśmy zostać po lekcjach i nauczyć się na pamięć regulaminu uczniowskiego, który oprawiony w ramki wisiał na szkolnej ścianie. Byłam wtedy w czwartej klasie, ale tytuł mojego pierwszego filmu pamiętam do dzisiaj. Był to „Cichy Don” wg powieści Szołochowa, niestety pamiętam tylko tytuł.

Kiedy szłam do klasy pierwszej, szkoły nie bałam się, przecież ciągle do niej uciekałam, do tego umiałam już czytać. Rodzice kupili mi drugi Elementarz, gdyż ten, na którym uczyłam się czytać, był mocno zniszczony. Pewności siebie dodawało mi także to, że widziałam, iż moją wychowawczynią będzie moja matka chrzestna. Na uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego zrobiłam całe przedstawienie: Kiedy nauczycielka zapytała nas maluchów, kto zna jakiś wierszyk, no to wyszłam ja, oczywiście wcześniej unosząc dwa palce w górę, gdyż wiedziałam, że tak należy się zgłosić i zaczęłam recytować wierszyki jeden po drugim, a znałam ich sporo. Moja wychowawczyni była ze mnie dumna, chociaż i zaskoczona, ponieważ nie myślała, że ja tyle tych wierszyków znam na pamięć.

Pierwsze litery pisało się ołówkiem, piórem ze stalówką maczaną w atramencie. Tu czasem były problemy z kleksami w zeszycie. Teraz to nowy zeszyt kupiłabym i przepisałabym, a wtedy do sklepu było 6 km, a i zeszytów mogło w nim zabraknąć. Większości rodziców zależało, żeby ich dzieci uczyły się, gdyż tylko w ten sposób mogłyby kiedyś zdobyć jakiś zawód i poprawić sobie byt.
Za dobre oceny nagród nie było, była radość i satysfakcja, chociaż ja dostałam taką nagrodę od rodziców, za całokształt. Kiedy byłam klasie piątej, dostałam nowiutki rower, damkę. To rower, który nie miał ramy, a miał siatkę kolorową na tylnym kole, żeby podczas jazdy sukienka w szprychy nie wkręciła się. Przecież w tamtych czasach na Kurpiach dziewczynki i kobiety nie chodziły w spodniach.

Kary dla niesfornych uczniów

Pamiętam kary dla niesfornych uczniów. Kiedy uczeń nie odrobił lekcji, lub nie nauczył się, zostawał w kozie, tzn. zostawał po lekcjach i musiał się uczyć. Kiedyś jesienią, kiedy szkoła była jeszcze u sąsiadów, akurat w kopanie ziemniaków, nauczycielka, moja matka chrzestna, zostawiła uczniów po lekcjach i poszła kopać ziemniaki, po jakimś czasie poprosiła mnie abym poszła i powiedziała im, żeby poszli do domu. Miałam wtedy siedem czy osiem lat i owszem poszłam, ale zamiast ich uwolnić z „kozy”, to pozamykałam drzwi i okna z zewnątrz tak, że mogli wyjść dopiero jak gospodarze wrócili z pola. Nauczycielka dowiedziała się o tym następnego dnia.

Były takie kary, jak klęczenie na grochu, albo klęczenie z uniesionymi rękami, na które były położone ciężkie książki. Pamiętam, że były to dzieła Lenina, które leżały na dole szkolnej szafy. Co niektórym dostawało się drewnianym piórnikiem po łapach, albo taką grubą liniją, która była przy tablicy. Moja koleżanka miała taki solidny piórnik, który nie mógł się rozpaść przy wymierzaniu kary, a więc szczególnie jedna z nauczycielek zawsze od niej pożyczała.

Rodzice nie mieli o to pretensji i sami nieraz stosowali różne metody wychowawcze. Mój najmłodszy brat opowiadał, że w jego klasie był chłopak, którego ojciec ciągle był wzywany do szkoły ze względu na wybryki syna. Pewnego razu w zimie, kiedy wezwany ojciec wraz z synem wszedł do klasy i od razu w progu zdejmując synowi czapkę z głowy, rzekł: „Proszę pani, to za dobre sprawowanie” – wtedy wszyscy uczniowie wybuchnęli śmiechem, gdyż chłopak miał głowę ogoloną na łyso. Ojciec miał po prostu dosyć wybryków syna.

W szkole klasy były łączone po dwie, a czasem i trzy. Kiedy byłam w klasie piątej, mieliśmy lekcje razem z szósto- i siódmoklasistami. Takie lekcje mi pasowały, gdyż mogłam się więcej dowiedzieć, kiedy nauczycielka prowadziła zajęcia ze starszą klasą.

Jeżeli chcieliśmy się uczyć...

Ponieważ do Kierzka autobusy nie jeździły, do dzieci, które po skończeniu szkoły podstawowej, chciały się uczyć dalej, musiały z domu wyjechać do internatu, a ponieważ nie wszystkich rodziców stać było na opłaty, więc niewiele dzieci poszło do szkoły średniej.

Ja wyjechałam z domu, kiedy miałam 13 lat. Mieszkałam u rodziny za Olsztynem i dojeżdżałam do szkoły pociągiem 30 km. Bardzo tęskniłam za domem i bliskimi. Do domu przyjeżdżałam rzadko, tylko na święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc, no i w wakacje. Tak powoli kończyło się moje dzieciństwo. Moje pokolenie nie miało wyjścia, jeżeli chcieliśmy się uczyć, musieliśmy wyjeżdżać z domu.

Zofia Bogdańska

wtorek, 9 kwietnia 2019

Joanna Pieczonka: Nasz Myszyniec

W ogłoszonym konkursie na wspomnienia dotyczące Myszyńca, który wspólnie zorganizowały Kurpie - historia i trwanie i QRP pamiątki kurpiowskie, zwyciężyła Pani Joanna Pieczonka, której pamiętnik to w rzeczywistości wspomnienia dwóch osób: Pani Joanny i jej mamy, Krystyny. Opowieść, która dotyczy życia codziennego w Myszyńcu w drugiej połowie XX wieku to nostalgiczna podróż w krainę Kurpiowszczyzny, która z jednej strony się zmienia, z drugiej w niektórych elementach pozostaje wciąż taka sama lub podobna. Polecam lekturę niniejszego tekstu.

Nasz Myszyniec

KRYSTYNA 
 
Moja mama, Krystyna, urodziła się w 1949 roku w Myszyńcu. Jej mama, babcia Stefania, pochodziła z Wydmus a tata, dziadek Leon, z Pomorza. Poznali się w obozie pracy w Działdowie i po wojnie osiedlili w Myszyńcu. 

Moja mama spędziła cale dzieciństwo na ulicy Bema, zwanej Zdunkowska Ulica, w drewnianym, piętrowym domu. Z okien widać było kościół, a także plac, na którym teraz stoi fontanna i ławeczki. Kiedy mała Krysia patrzyła przez okno, widziała w tym miejscu studnię, z której mieszkańcy nabierali wodę. Widziała co czwartkowe targi. Widziała tez białą, zaparkowana warszawę, kiedy w 1961 roku dziadek jako pierwszy w Myszyńcu kupił sobie samochód.

Mamo – spytałam któregoś wieczoru – jakie masz wspomnienia z Myszyńca?

– Pamietam kocie łby, przy kościele, na ulicach, na mojej ulicy. Pamietam dźwięk przejeżdżających wozów, metalowych obręczy na kolach, a w zimie dźwięk sani. Pamietam pola i lasy, cale dnie biegania w chmarze dzieci po ulicach. Zbieranie jagód, wieczorne zaganianie krów do obory, sobotnie sprzątanie chodnika przed domem. Pamietam rynsztoki z boku ulic i ciepłą wodę po letnim deszczu, w której chętnie się maczało nogi. Msze w kościele i zaraz po nich długie spacery młodzieży wzdłuż głównej drogi. Dziewczyny spacerowały z dziewczynami, chłopcy z chłopcami. Niby osobno, ale równocześnie bacznie się obserwując.

Każdy dom w Myszyńcu miał ławeczkę albo schodki, na których się siadało i rozmawiało z sąsiadami. Większość domów miała też ogródki przed wejściem, w którym rosło dużo kwiatów. Mieszkańcy miasteczka godzinami przesiadywali przed swoimi domami prowadząc długie rozmowy. Przeważnie rozpoczynały się one po południu, kiedy wszystkie codzienne obowiązki były już wypełnione. Jesienią i zimą odwiedzano się w domach. Moja mama pamięta, ze te wizyty trwały długo i przeciągały się czasem do późnego wieczora. 
 
(Źródło: Nieznana miejscowość kurpiowska w czasopiśmie "Stolica", 1960, nr 2

W pogodne dni życie towarzyskie przenosiło się też często nad rzekę Rozogę. Koce były rozłożone po obu stronach rzeki, ludzie siedzieli, rozmawiali i kąpali się. Popularnym miejscem spotkań był Kolejowy Mostek. Tam była wszak dosyć głęboka woda. Najodważniejsi chłopcy i z największą potrzebą wzbudzenia podziwu, jeździli rowerami na Zawodzie. Na Rozodze stała w tamtym miejscu tama, było to wiec najgłębsze miejsce rzeki. Idealne do zaprezentowania swojego kunsztu pływackiego. Zimą główną rozrywką dla dzieci było jeżdżenie na łyżwach. Jeździło się po rzece albo po stawach, które były na tyłach parafii. Tam, gdzie dzisiaj jest plac zabaw.

Kościół w Myszyńcu

Kiedy mieszka sie na ulicy Bema kościół staje sie w zasadzie twoim podwórkiem. Wspomnienia mojej mamy snują sie wokół tego budynku, dni przeplatane są śpiewami kościelnymi ludzi, odpustami, procesjami Bożego Ciała, podczas których wszystkie babcie ściskają dumnie rączki swoich wnuczek. Są też pogrzeby, które idą konwojem ulica, są procesje prowadzenia obrazów z kościoła do sąsiednich wsi. Wszystko to dzieje się na podwórku ulicy Bema, kiedy świeci słońce, dzieci bawią sie w rynsztokach a dorośli siedzą przed domem zajęci rozmową.

Małej Krysi w drewnianym domu na Zdunkowskiej Ulicy śni się często ten sam sen: widzi mężczyzn w ciemnych, długich płaszczach, którzy przechadzają się w milczeniu po pokojach. Po latach dopiero znajduje zdjęcie Żydów w tradycyjnych strojach i zdaje sobie sprawę z uderzającego podobieństwa ich ze zjawami ze snów. Przed wojną podobno gdzieś przy drodze na Chorzele stała bożnica. Obok drogi na Pełty położony jest kirkut. Czyżby duchy dawnych mieszkańców błąkały się po latach wciąż po domach?

W kościele są też odpusty. To ogromna atrakcja dla dzieci, bo wraz z odpustami pojawiają się stragany z różnymi błyskotkami. Takie święto ściąga też nowe twarze do miasteczka. Jest wiec okazja do zobaczenia innych ludzi. Przed kościołem stoi tego dnia wielu żebraków. Przyjeżdżają z różnych miejscowości prosząc o jałmużnę. Mama wspomina niewidomego chłopca z sąsiedztwa, niezwykle uzdolnionego muzycznie. Potrafił zagrać na akordeonie każdą melodię. Jakby Pan Bóg próbował mu wynagrodzić talentem muzycznym brak wzroku. Podczas odpustu on tez stal pod kościołem i zbierał pieniądze dla swojej rodziny.

Rynek, Cyganie i kolejka

Rynek w Myszyńcu był w każdy czwartek. Chodziło się tam nie tylko po to, żeby coś kupić ale też żeby po prostu się pokazać, pospotykać ludzi i porozmawiać. To było ogromne wydarzenie towarzyskie. Rynek na początku był na placu na przeciwko kościoła, potem przeniesiony został w głąb ulicy Stacha Konwy. Kolejnym miejscem był plac, na którym dzisiaj stoi osiedle domków przy ulicy Przemysłowej i Słonecznej.

Wydarzeniem w życiu miasteczka był też przyjazd Cyganów. Rozstawiali oni swoje namioty na polu przed wjazdem do Myszyńca, przy drodze do Ostrołęki. We wspomnieniach mojej mamy ważne miejsce ma tez kolejka wąskotorowa, którą niegdyś przejeżdżała ulica Kolejowa. Moja mama dojeżdżała nią przez lata do liceum do Ostrołęki.

Nauczycielka nietutejsza

W tamtych czasach w szkole w Myszyńcu pracowała pewna nauczycielka, pani Stanisława. Nie była tutejsza, dostała pracę w lokalnej szkole z przydziału. Była samotna, jej siostry mieszkały w Sopocie. Ludzie raczej za nią nie przepadali, miała opinię surowej pedagog i oschłego człowieka z przesadnym przywiązaniem do etykiety i dobrego wychowania. Pani Stanisława przyjaźniła się z moją babcią, przez lata przychodziła do nas na długie wieczorne rozmowy. Dla mnie jako małego dziecka był to moment stawania na baczność, skupienia całej uwagi na tym, żeby dobrze wyglądać, dobrze sie wyrażać. odpowiednio siedzieć. Ale była też dla mnie powiewem jakiegoś lepszego, przedwojennego świata. Świata kultury, nienachalnej erudycji i klasy. Lubiłam ją.

Zawsze odnosiliśmy wrażenie, ze Pani Stanisława nie czuje się dobrze na Kurpiach. Pomimo tego, że mieszkała tu przez większą część swojego życia, utrzymywała z ludźmi dystans i nie nawiązała z nikim głębszych relacji. Może, kto wie, Myszyniec jawił sie jej jako małe, prowincjonalne miasteczko, w którym przyszło jej spędzać życie niejako za karę. Tak nam się wydawało, ale kto wie jaka była prawda. Nie miała tu wszak swojej rodziny, mogła w każdej chwili się przeprowadzić do sióstr. Zwłaszcza, gdy była już na emeryturze.

Po śmierci pani Stanisławy moja mama pojechała do Trójmiasta odwiedzić jej rodzinę. Jedna z jej siostrzenic zaprowadziła ja do „pokoju cioci Stasi”. Powiedziała: „Ten pokój zawsze na nią tu czekał. Wszystko w nim urządziła ona sama, nie pozwalała nic zmienić. Kiedy otworzyły się drzwi i mama weszła do pomieszczenia, pierwsze co zobaczyła, to łóżko, które przykryte było pięknym kurpiowskim kilimem. Pani Stanisława przywiozła go któregoś dnia z Myszyńca i nie pozwoliła nigdy zamienić na nic innego.

JOANNA

W 1979 roku urodziłam się ja. Mieszkaliśmy w Warszawie, ale każdy wolny weekend i wakacje spędzaliśmy w Myszyńcu. Kurpie to mój drugi dom. Dom, który może mniej znałam i mniej w nim byłam zakorzeniona na co dzień niż w Warszawie. To miejsce było dla mnie ważne na innym poziomie. W Myszyńcu była przestrzeń, w Myszyńcu była tajemnica. Były drzewa, były lasy, był czas, który rządził się własnymi prawami. Była trawa pod bosymi stopami, słońce na moich włosach, lody bambino, albo te włoskie, kupione w budce pod kościołem. Dużo, dużo bardzo niezdrowych słodyczy i najlepszy na świecie chleb z piekarni w białym kiosku.

Gdy byliśmy mali cale wakacje spędzaliśmy u babci. Rytm tygodnia był zawsze ten sam. Czwartek był bardzo ważnym dniem ze względu na targ. Już od wczesnego rana budziły nas odgłosy przejeżdżających pojazdów. Dla dorosłych targ był być może wydarzeniem o charakterze handlowym, dla nas był głownie interesujący na poziomie społecznym i towarzyskim. Na targ szło się kupić jakieś rzeczy ale też po to, żeby się sobie po prostu przypatrzeć. Żeby sobie ludzi pooglądać, żeby samemu sie pokazać. Choć oczywiście oglądanie towarów też było bardzo interesujące. Do tej pory pamiętam moją pierwszą dżinsową spódnicę, którą tam kupiłam. Przez lata nie mogłam znaleźć nic piękniejszego w modzie niż turecki dżins z targu w Myszyńcu.

W soboty wczesnym popołudniem, zazwyczaj po obiedzie, babcia wysyłała nas na cmentarz. Wiozłyśmy na rowerze kwiatki na groby i kanki z wodą. Pamiętam słońce i mocny, słodki zapach fuksji, najbardziej myszynieckiego kwiatka z mojego dzieciństwa. Zdarzało nam się też czasem wieźć róże, ale ponieważ nie było ich dużo w ogrodzie, na cmentarzu lądowały zazwyczaj te, już prawie przekwitnięte.

Groby więc sprzątało się w sobotę, a w niedzielę po mszy szło się na cmentarz raz jeszcze, z całą rodziną, żeby odmówić modlitwę za zmarłych. A przy okazji też oczywiście, podobnie jak na targu, pooglądać sobie ludzi i pobyć trochę w grupie z innymi.

Magiczne lasy kurpiowskie

W lipcu często jeździliśmy z dziadkami na jagody. Naszym ulubionym miejscem był las na drodze do Charciejbałdy. Pojechanie do tego lasu to było dla mnie jak wskoczenie do ekranu telewizora, gdy właśnie zaczęła się interesująca bajka. Siedziałam skulona w krzakach i zbierałam jagody a jednocześnie wypatrywałam wszystkich stworów kurpiowskiej puszczy. Wierzyłam, że jak będę cicho to zapomną o mojej obecności, wyjdą zza drzew i ich w końcu wszystkich zobaczę. Byłam tam Ronją, córką zbójnika. Byłam braćmi Lwie Serce, dzieckiem dżungli. Magia kurpiowskich lasów była elektryzująca.

Zimą, gdy przyjeżdżaliśmy na ferie i gdy spadło dużo śniegu, chodziliśmy z sankami na tak zwane Górki. Gdy wracaliśmy do domu, zazwyczaj nie czuliśmy już zupełnie nóg z zimna. Godzinami budowałyśmy na naszej ulicy igla ze śniegu. Gdy były roztopy, a potem na nowo przychodził przymrozek, chodziłyśmy często ślizgać się po gigantycznych kałużach na polach w drodze do Kolejowego Mostku.

W każdą niedzielę chodziłyśmy z babcia do kościoła. Babcia śpiewała w chórze, więc zabierała nas zawsze na górę. Wchodziłyśmy po drewnianych schodach. Pamiętam przepiękną mozaikową rozetę, przez którą przebijało się słońce. Pamiętam zapach tych schodów i też pewien nieporządek, który wtedy wydawał mi się niezwykle tajemniczy. Gdy byliśmy już na górze, trzeba było najpierw przejść przez część męską, która znajdowała się po lewej stronie. Kobiety siedziały po prawej. Uwielbiałam być na chórze. Uwielbiałam patrzeć na chórzystki, wszystkie eleganckie panie, równie przejęte modlitwą co ploteczkami, które sobie przekazywały między jedną pieśnią a drugą. Lubiłam patrzeć na energicznego organistę, jak zrywał się do grania. A najbardziej ze wszystkiego uwielbiałam patrzeć w dół, na wielkie, ciężkie żyrandole. Na niekończący się labirynt i szlak rysunków, kwiatów, liści, główek aniołów, które wypełniały cały sufit i boczne kolumny, Lubiłam patrzeć na pstrokatą mozaikę na dole, którą tworzyły chusty na głowach Kurpianek siedzących w ławkach. I jak ta mozaika poruszała się i przyjmowała różne kształty, jak szkiełka w kalejdoskopie, gdy Kurpianki wychodziły po kolei do komunii.

Myszyniecki kościół "ma w sobie godność"

Kościół w Myszyńcu nigdy mi się nie znudził. Za każdym razem wygląda inaczej i za każdym razem znajduję w nim coś nowego. Uwielbiam na niego patrzeć w zimę, w wieczory, gdy stoję na ulicy i totalną ciemność przebija jedynie światło, które wyłania się z wnętrza kościoła. Światło czerwone, złote i pomarańczowe, mozaika z okien kościoła, której kolory wystrzeliwują w mrok nocy. Triduum Paschalne, Wielki Piątek, adoracje krzyża, czuwanie przy grobie. Pochylone babcie, które przychodzą o lasce do kościoła, wyjmują z torebki jajka i składają przy krzyżu jako dary. Ten kościół nie jest przaśny, ani nie jest tani. Ma w sobie godność, swoje własne życie i charakter, który przyciąga jak magnes.

W Myszyńcu były też inne budynki, które bardzo mi się podobały. Obok nas, przy poczcie, stała stara apteka. Nieprawdopodobnie piękna w środku. Na zewnątrz, z pięknym gankiem i kolumienkami. Przed budynkiem stal tez krzyż.

Jednak najpiękniejsza część znajdowała się z tyłu, za płotem: roztaczał się tam park ze starymi drzewami. Płot był dosyć wysoki, trzeba było wysoko stanąć i dobrze sie podeprzeć, żeby coś zobaczyć. Widok wart był jednak wysiłku. Za płotem rosły stare, przepiękne drzewa, niby nic się tam nie działo ale nie sposób było nasycić wzroku pięknem tego miejsca. To był czarodziejski ogród mojego dzieciństwa.

Parę lat potem wszystkie drzewa zostały wycięte, apteka „wyremontowana” i zamieniona na sklep ze sprzętem gospodarstwa domowego. Pamiętam dobrze, co wtedy pomyślałam, gdy stanęłam po raz pierwszy na tym placu. Już bez wysokiego płotu, ale też bez drzew, z pustym piachem, betonem i giprokiem, który izolował budynek. Pomyślałam: „Mam nadzieje, ze tego nie widza”, myśląc o poprzednich właścicielach.

Stare drzewa

Piękno Myszyńca ukrywa się też w starych drzewach. Niestety, większość z tych, które pamiętam z dzieciństwa, zostało już wycięte. Mieliśmy na osiedlu na rogu ulicy Kolejowej przepiękną, starą akację. Godzinami wpatrywałam się w jej konary. Dawała przepiękny cień, gdy siedziało się u nas w ogródku na schodach. Ona zniknęła pierwsza. Przy budynku kolejowym stało też inne piękne drzewo. Bardzo stare, w którym chętnie chowały się wieczorem ptaki. Któregoś dnia i ono zostało wycięte. Drzewa znikają jeden po drugim, pustka odbiera urok ulicom i budynkom. Na szczęście jeszcze przy naszym domu stoi kilka starych brzóz. Te brzozy budzą mnie rano szelestem liści, w nocy, gdy zasypiam, patrzę, jak chowa się między nimi księżyc. Pod brzozami spały w wózkach wszystkie nasze małe dzieci, pod brzozami piję rano kawę i czytam książki. A gdy siedzę u siebie w domu za granicą, patrzę na zdjęcie myszynieckich brzóz, które zrobiłam któregoś dnia i wstawiłam jako tapetę na telefonie. Trzydziesty grudnia któregoś roku, słoneczny dzień, bardzo zimne powietrze, a na niebieskim niebie przede mną plątanina białych gałęzi. Niekończący się labirynt. Fragment Kurpi, który noszę zawsze przy sobie.

Oprócz drzew i lasów lubię tez Rozogę, lubię na nią patrzeć. Lubię Rozogę przy Zawodziu, przy Kolejowym Mostku, przy szkole. Lubię też mały mostek na rzece przy drodze na Wykrot.

Ktoś się może spytać, co takiego mi dał Myszyniec? Dlaczego nie ma roku bez wyjazdu na Kurpie? Dlaczego przez lata każdego z moich bliskich przyjaciół z Warszawy musiałam tu wcześniej czy później przyciągnąć?

Myszyniec dał mi magię.

W Myszyńcu w Wigilię wierzyło się w Świętego Mikołaja. W Warszawie już jakoś nie bardzo. W Myszyńcu Jezus umierał, składany był do grobu i zmartwychwstawał. W Warszawie po prostu chodziło się do kościoła. W Myszyńcu była puszcza, w Warszawie były drzewa. W Myszyńcu były wreszcie Kurpianki, kolory, piękne stroje, śpiewy, słonce i tanie słodycze. W Warszawie był po prostu weekend.

Dziś do Myszyńca przyjeżdżają moje dzieci. Zawsze z radością, choć pewnie widza go jeszcze inaczej niż ja. Tak jak ja inaczej widzę go od mojej mamy. Ich dzieciństwo na Kurpiach ma swoja własną historię. Pozostaje mi nadzieja, ze będą w stanie ujrzeć piękno i niepowtarzalność tego miejsca. Że uroda Kurpi nie zostanie zabetonowana, wyłożona kostką Bauma, że rozwój regionu będzie szedł w stronę ochrony piękna, które jeszcze tam pozostało i potrafi zachwycić. I że pomimo tego, iż mieszkamy teraz za granicą, kurpiowska część historii naszej rodziny będzie się ciągnęła z nami przez następne lata i pokolenia.

Autor: Joanna Pieczonka