Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2025

II wojna światowa oczami kurpiowskiego dziecka. Z pamiętnika Stanisława Sieruty

Stanisław Sieruta (1935-2016) to wybitny kurpiowski artysta ludowy, zasłużony śpiewak, urodzony w Olszynach położonych wówczas w gminie Czarnia. Znany głównie ze swojej działalności artystycznej był także znakomitym pamiętnikarzem. W 1983 r. przesłał do gazety „Gromada – Rolnik Polski” swoje obszerne wspomnienia na konkurs „Łączy nas ziemia”, organizowany przez Związek Młodzieży Wiejskiej, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa i prasę przeznaczoną dla wsi. Fragment pamiętnika publikowałem wraz z dr. Wojciechem Łukaszewskim w wydawnictwie źródłowym pt. Kadzidło i okolice w źródłach historycznych. Poniżej publikuję inny fragment wspomnień Stanisława Sieruty, spisanych w styczniu i lutym 1983 roku.

Długie zimowe wieczory chyba sprzyjały snuciu rozważań o własnej przeszłości i sięganiu daleko wstecz. Gdy wybuchła II wojna światowa, Sieruta miał cztery lata, gdy się kończyła, był dziesięciolatkiem. Wspomnienia poniższe mogą zatem obrazować spojrzenie dziecka na wojnę, choć oczywiście są przefiltrowane przez późniejsze, zasłyszane opowieści i przemyślenia dojrzałego już człowieka.

Co znajdziemy w tych wspomnieniach? Wojenne plotki, lęki, chaos, historie widziane i opowiadane przez innych, a także radość na wieść o wycofaniu się Niemców i makabryczny powojenny epilog w postaci ofiar wszechobecnych niewypałów. Zapraszam do lektury wspomnień artysty ludowego, który ciekawie opisał historię swojej rodziny i najbliższego otoczenia w latach 1939-1945. W tekście poprawiono interpunkcję, pozostawiając pisownię oryginalną.

(Stanisław Sieruta
Źródło: facebook.com/gminakadzidlo)

___________________


Stanisław Sieruta

ŁĄCZY NAS ZIEMIA

(mój pamiętnik do konkursu trzech pokoleń wsi polskiej – opracowany i napisany w styczniu i lutym 1983 r.)

(...)

Początków napaści Niemiec na Polskę w 1939 r. bardzo nie pamiętam. Znam to tylko z opowiadań rodziców, od ludzi i z książek. Opowiadali tata z mamą, że gdy Niemcy wkroczyli do Polski i słychać było strzały w kierunku Myszyńca, to ja taki mały „siurek” wychodziłem przed sień posłuchać jak strzelają. Gdy wróciłem z dworu do izby, to mówiłem: „Ale na Myseńcu to i... walą”.

W czasie przekroczenia przez Niemców granicy polskiej (niedaleko od nas była ta granica, zaraz za Dąbrowami), to u nas we wsi rozniosła się wieść, że Niemcy będą Polaków wyrzynać i jeszcze inne okropności czynić.

Zrobiła się straszna panika. Prawie wszyscy, czym kto mógł i jak kto mógł, zaczęli ze wsi uciekać w kierunku Ostrołęki. Mówili, że aby za Narew się dostać, to tam już będzie bezpieczniej. Kto miał konia i sam był bystrzejszy, to się nie oparł wtedy aż pod Ostrołęką. Wuj Czesław miał konia, to też dojechał aż do Dylewa. My natomiast konia nie mieliśmy, tylko krowy, i do tego małe dzieci, to dojechaliśmy tylko do wsi Gleby (ok. 8 km od Olszyn), tam przenocowaliśmy i na drugi dzień przed południem wróciliśmy do domu.

Napotkani po drodze, jadący na koniach żołnierze polscy odradzili dalszej ucieczki. Mówili oni: „A gdzie wy ludziska jadzieta? Wracajta się do domu, bo Niemce są już pod Warszawą”. Usłuchaliśmy się tych żołnierzy i wróciliśmy. Niektórzy ludzie przez tę ucieczkę to się tylko wiele rzeczy postradali. Bo jedni uciekali, a inni w tym czasie kradli.

Nastał ciężki okres okupacji. W początkach tego okresu tata chodził do szarwarku na drogę za Czarnię, gdzieś za Surowe i pod Cupel – 14-20 km od Olszyn. Chodził piechotą, czasami w drewnianych korach, a czasach w chodakach. Jak w chodakach, to zimą onuce były mokre i pozmarzane na nogach. A jak w korach, to było suszej i cieplej w nogi, ale za to na nogach były odciski i skóra do krwi poobcierana. Tatę tylko w nocy można było w domu zobaczyć. Zawsze noc wyganiała i noc przyganiała. Do tego w domu trzeba było jeszcze posprzątać. W żarnach, i to po kryjomu, trzeba było mąki na chleb i na osypkę umleć. Żyto cepami omłócić, no i siecki w ręcznej ladzie narznąć.

Pewnego czasu otrzymał tata wezwanie od sołtysa na roboty do Niemiec. Tata nie stawił się na to wezwanie, zaczął się ukrywać. Niemcy za tatą, a także i za innymi zaczęli ścigać. I razu pewnego, było to w letni, wczesny poranek o świcie – tato z wujem Czesławem byli na oborze i usłyszeli na drodze zbliżający się turkot furmanki. Gdy zaczęli się wpatrywać, zauważali furmankę w parę koni i na furmance kilka ludzi. Furmanka jechała w tę stronę do nas, ale tą pierwszą dróżką nie skręcili do podwórza. Odetchnęli obaj z ulgą. Ale dojechawszy do tej drugiej dróżki, skręcili w nasze podwórze. Teraz tata z wujem rozpoznali kto to taki jedzie. Tak, to byli żandarmi i sołtys. Już teraz nie było ani chwili namysłu. Tata w swoją stronę, a wuj w swoją dala chodu. Jadący z tymi żandarmami sołtys, specjalnie ich tak okrężnie poprowadził, ażeby dać większą możliwość do ucieczki. Sołtysem jeszcze przed wojną i przez cały okres okupacji był Koziatek. Mądry i dobry był ten sołtys, jak mógł, tak ludzi ostrzegał i bronił, nieraz to z narażeniem swojej własnej głowy.

W czasie tej ucieczki tata tylko słuchał, czy za nimi nie strzelają, gdyż Niemcy byli już bardzo blisko od nich, a i dosyć już było widno na dworze. A i łoskot ich ucieczki było wyraźnie słychać. Ale chyba tylko sam Pan Bóg ich obronił. Ci Niemcy chyba w tym czasie zagłuchli i ześlepli. Albo się jakiś inny cud stał, bo i nie zauważyli i nie usłyszeli tych uciekających.

Zajechawszy na podwórze, weszli do izby i się mamy pytają: „A gdzie ten koślawy diabeł jest?” (chodziło im o tatę). Mama odpowiedziała, że nie wie. Wtedy jeden z Niemców uderzył mamę w twarz i kazał, ażeby na miejsce taty mama z nimi poszła. Mama wtedy mnie i Marysię wzięła na ręce i mówi: „Jeśli mnie zabierzecie, to i z tymi dziećmi, bo nie mam ich z kim zostawić”. Do tego jeszcze mama w tym okresie i w ciąży była. Niemcy poszwargotali coś między sobą, nakazali mamy, ażeby się tata obowiązkowo sam stawił, ale nas z mamą zostawili w spokoju i odjechali.

Jeszcze tego samego dnia i z tymi samymi Niemcami miał tata powtórną spotyczkę w polach, ale też nie zauważyli. Były wtedy duże żyta i gdy tata ich dostrzegł, dał susa chyłkiem w żyto i bruzdami choda. I też miał szczęście. Do Niemiec tata nie zgłosił się. Postanowił się ukrywać. W okresie letnim to ukrywał się i sypiał w polach i chojniakach, których u nas nie brakuje. A gdy już było zimno, to między snopkami w wydłubanej dziurze w stodole. Gdy już była zima, tata zgłosił się do roboty w boru do ciosania ćwelów kolejowych. Podobno był jeszcze kiedyś Niemiec po tatę, ale mama powiedziała, że tata pracuje w boru. Od tej pory dali już taty spokój i więcej nie ścigali. Jednak tata nie był pewny i jakiś czas w domu nie sypiał. Ale gdy nastały większe mrozy, zaczął w domu sypiać, no i jakoś szczęśliwie. Na wskutek tego ukrywania się, tata przeziębił się i zdrowie utracił, ale Bóg dał, że szczęśliwie przetrwał aż do wyzwolenia.

Jesienią 1944 roku, t.j. niedługo przed zakończeniem się wojny, ludność miasta Ostrołęki i jej okolic była powysiedlana. Planowali tam chyba Niemcy obronę. Prawie w każdym domu w Olszynach znaleźli się wysiedleńcy, w naszym domu także. Byli to ludzie z Dylewa. Mieszkało nas wtedy 5 rodzin, a ponad 20 ludzi w jednym domu. Od jesieni siedzieli u nas do stycznia, t.j. do chwili wyzwolenia naszych terenów. Tę zimę i zakończenie wojny pamiętam dosyć dobrze, gdyż miałem już wtedy 9 lat. Dziadki wtedy już obydwoje nieżyli. Babcia umarła jeszcze przed wojną na wylew krwi. Jej śmierci i pogrzebu w ogóle nie pamiętam. Dziadek zaś umarł w wojnę. Dziadka i jego pogrzeb trochę pamiętam. Był to wysoki i przystojny mężczyzna, z krótkim wąsikiem pod nosem. Umiał ładnie śpiewać i grać na skrzypcach. Najczęściej grał i śpiewał „suplikacje”. Latem we drwalni plótł koszyki i opałki z korzeni.

Gdy front się już zbliżał, przychodzili do nas także na kwaterę niemieccy żołnierze. Ale się nie zakwaterowali, bo było za dużo u nas ludzi. A widocznie, że wygnać nas nie mieli prawa. Prawie dookoła ścian była porozściełana słoma do spania. Gdy się w nocy wszyscy do spania pokładli, to trudno było nawet przejść.

Tata z wysiedlonymi, którzy mieszkali u nas, wykopali niedaleko izby „w chojniaku” schron. Ściany, podłoga i sufit schronu były powyścielane słomą i poobijane i powykładane deskami. Z wierzchu przysypany był piachem. U wuja Czesława mieszkali brat i siostra wujnej ze swoimi rodzinami także z Dylewa. Oni mieli swój oddzielny schron też w chojniaku wykopany. Do tych schronów chowaliśmy się w czasie nalotu samolotów i większej strzelaniny. Wszyscy chodziliśmy poubierani w najcieplejsze ubiory, gotowi w każdej chwili do schronu. Ja chodziłem w matczynej watówce sięgającej do pięt, przepasany jakimś paskiem, tak ażeby mi było ciepło.

W przeddzień wyzwolenia, był to styczeń 1945 r., – dokładnego dnia nie pamiętam – była wtedy chyba największa strzelanina. Toteż w tym dniu i najwięcej razy odwiedziliśmy swój schron. Wieczór i w nocy tak samo. Lecz już rano wszystko ucichło. Doszła wiadomość do nas, że Niemców już nie ma. Nastał dzień wyzwolenia i wolności. Jakaż to była radość! Dzień ten dla nas radosny i pamiętny, mimo że styczniowy, był ciepły i bez mrozu. Mglisty i pochmurny. Ludzie radośni zaczęli się nawzajem odwiedzać. Sąsiedzi odwiedzali sąsiadów, oraz swych blizkich i krewnych. Zaraz tego samego dnia, nasi wysiedleńcy wyjechali do swych domów do Dylewa. Ja z tatą udaliśmy się do chrzesnego na Starą Wieś w odwiedziny. Mama poszła do ciotki do Zawad też odwiedzić.

Idąc z tatą do chrzesnego, widziałem obok ścieżki zabitego Niemca z przestrzeloną głową, obok niego leżał dziurawy hełm. U chrzesnego pod oknem w wądole od kartofli było dwóch zabitych Niemców. Na łąkach za chrzesnem, przy ścieżce jak się do Zawad idzie, cały szereg było nazabijanych żołnierzy radzieckich. Ale, tych zabitych żołnierzy radzieckich zaraz tego samego dnia przyszły samochody, pozbierały i wywiozły. Mama, gdy szła do Zawad, to widziała już tylko ślady krwi na śniegu oraz pourywane części ciała, takie jak ręce, nogi, a nawet mózg w hełmach. Całe łąki były zryte od pocisków.

Chociaż już było po wojnie, to nieszczęścia się jeszcze nie skończyły. Zaraz tego pierwszego dnia będąc na dworze i usłyszałem straszny wybuch, aż szyby w oknach zabrzęczały. A potem w kierunku Klimcaka usłyszałem okropne męskie jęki. Niedługo po tym dowiedzieliśmy się, że Klimcakowemu Władkowi mina nogę urwała. Także tego samego dnia drugi, jeszcze straszniejszy wybuch, to samochód rosyjski z żołnierzami jadący gościńcem, wjechał na podminowany most za Pacem. Samochód został rozerwany i spalony, a wszyscy żołnierze zostali zabici.

Niedługo po tym młodego chłopaka, Śmiglowego Staśka, na Śmiglowej górze koło krzyża w okopach, także mina porozrywała w kawałeczki. Jego porozrywane kawałki ciała tylko w płachtę pozbierali i złożyli w trumnę. Byłem na jego pogrzebie. Jego ojciec bardzo rozpaczał. Mdlał raz po razie, aż go ludzie musieli wodą cucić. Następnie w Ignalkowych górach, Ignalkowemu chłopakowi granat rękę urwał, oczy powypalał. Naogół był bardzo pokaleczony, z małą nadzieją do wyleczenia. Jednak się wyleczył i żyje do dzisiaj. Ale cóż z tego. Jest inwalidą do śmierci, bez jednej ręki i oka. A ileż to było jeszcze innych wypadków?
________________


Źródło: Archiwum Akt Nowych, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa, Pamiętnik Stanisława Sieruty na konkurs „Łączy nas ziemia”, sygn. 10905, k. 11-17.

Oprac. Łukasz Gut

środa, 21 sierpnia 2019

Wrzesień 1939 na Kurpiach: Relacja ppor. Edwarda Busko

Przypadająca 1 września 2019 roku 80. rocznica wybuchu II wojny światowej to doskonała okazja do przypomnienia wysiłku polskich żołnierzy na Kurpiach. Warto pamiętać, że armia niemiecka przekroczyła granice Polski w okolicy Myszyńca już około godz. 5.00 rano. Tak więc wojna na terenach Kurpiowszczyzny rozpoczęła się niewiele później niż naloty na Wieluń, czy atak na Westerplatte.

Drugą relacją (po relacji por. Józefa Szewczyka), którą publikuję jest sprawozdanie podporucznika rezerwy Edwarda Busko, dowódcy II plutonu 7 kompanii III baonu 42 pułku piechoty, wchodzącego w skład 18 dywizji piechoty (część SGO "Narew"). Opublikowałem fragment dotyczący walk na Kurpiach, późniejsze losy pominąłem. Wszystkie z publikowanych relacji pochodzą ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. Zachowano pisownię oryginalną.
___________________

(Fragment mapy operacyjnej Polski z 1932 roku. Edward Busko walczył w Kadzidle i okolicach)

Podporucznik rezerwy Edward Busko, dowódca II plutonu 7 kompanii III baonu 42 p.p.:

1-2.IX. komp. 7 wyrzucona poza Kadzidło na wypad. Mój pluton powstrzymuje npla na płn. od cmentarza, następnie na płd. od miejscowości Kadzidło uniemożliwiając wyjście npla. Otrzymujemy silny ogień dodatkowy 2 km z flanki. Zgodnie z ustnym rozkazem kpt. Zniszczyńskiego, wycofujemy się na swą podstawę wyjściową, z tym że część plut. z moim zastępcą po wsch. stronie drogi, dwie drużyny zaś po zach. Spotykam w odl. 5 km od naszej pozycji obronnej dwie komp. pod d-ctwem mjr. Chmielewskiego. (Plan przeciwuderzenia z flanki na prącego npla wzdłuż szosy.) 

Rozkaz odwoławczy i łącznie z tymi oddziałami wracamy pod ogniem kmów na Durlasy.
Cały wieczór bezustanna wymiana ogniowa. Straty kompanii przy odwrocie duże, z plutonu – 6 ciu. Następnego dnia natarcie na Kadzidło, bez oporu zajmujemy północne skraje Kadzidła (Niemcy uderzają na Baranowo – Różan).

Rozkaz wycofania na Durlasy. W nocy otrzymuję rozkaz zaciągnięcia placówki oficerskiej w Olszewce (7 km na wschód od baonu) - ubezpieczenie baonu z flanki.

Tu tylko drobne starcia z patrolami kawaleryjskimi npla wzdłuż wsi Baranów – Różan. Po dwóch dniach rozkaz ściągnięcia placówki i dołączenie z plutonem do baonu wycofującego się na Ostrołękę.

Źródło: Instytut Polski i Muzeum gen. Sikorskiego w Londynie, B.I.14d/9, Relacja Edwarda Busko z 24 listopada 1945 r., s. 27-28.

oprac. Łukasz Gut

wtorek, 6 sierpnia 2019

„Wspaniały lud – te Kurpie”! Reportaż z czerwca 1939 roku

Wrzesień 1939 roku to według słów jednego z historyków narodowa epopeja i największa tragedia w dziejach ojczystych[1]. Zanim jednak doszło do tragedii, zanim żołnierze polscy starali się wykonać niewykonalny obowiązek – obronę Polski[2], trwała już jedna kampania, toczona zaciekle przez wszystkie strony biorące udział w konflikcie: kampania propagandowa. Również Kurpie w ostatnich miesiącach pokoju stali się wdzięcznym tematem przedwrześniowej publicystyki.

Mieszkańcy miejscowości graniczących z Prusami Wschodnimi szczególnie, jak się wydaje, przeżywali narastającą atmosferę zbliżającej się wojny. Publicyści zgodnie zapewniali, że Kurpie to lud, na którym propaganda niemiecka nic wskórać nie zdołała[3]. Mimo takiego punktu widzenia, nie rezygnowano z oddziaływania na ludność z okolic Myszyńca, a także na czytelników z Warszawy czy Poznania, zapewnianych o bojowych nastrojach na pograniczu. Sięgano do przeszłości Kurpiów, by zilustrować ich patriotyzm i stawiano w szeregu z góralami podhalańskimi, jako wyróżniającymi się odłamami ludu spośród szarej masy chłopów[4].

(Kurpie przed wozem propagandowym Polskiego Radia. Źródło: "Antena" 1939, nr 25)
Rzeczywiście, biedny lud z ostrołęckiego okazywał patriotyzm już przed wojną. 29 czerwca 1939 r. w Myszyńcu odbyła się uroczystość przekazania armii ufundowanych przez mieszkańców trzech ręcznych karabinów maszynowych. O tym wydarzeniu szeroko rozpisywała się prasa, a Polskie Radio przeprowadzało relację, której można było posłuchać w całej Polsce.

Poniżej prezentuję reportaż z „Kuriera Warszawskiego”, w którym dziennikarz o inicjałach „H. K.” starał się przedstawić ówczesne nastroje, twierdząc, że wśród Kurpiów powszechnie panowały optymizm i pewność siebie. Poniższy tekst to świadectwo czasu, kiedy hasła zagrzewające do walki stały się elementem propagandy państwowej, by przypomnieć tylko najsłynniejsze: „Silni – zwarci – gotowi”. Często później krytykowane, miały w zamyśle doprowadzić do konsolidacji społeczeństwa polskiego u progu wojny, co właściwie się udało, choć klęska odwróciła radykalnie te nastroje[5].

Warto na koniec dodać, że jakkolwiek krytycznie nie patrzymy na ówczesne działania propagandowe sanacyjnego obozu rządzącego, to przecież nie były one zawieszone w próżni. Stanowiły próbę odparcia dla wrogiej propagandy późniejszych najeźdźców. Według jednego z badaczy, przedwojenne polsko-niemieckie zmagania propagandowe Rzeczpospolita przegrała[6]. To uwaga, o jakiej warto pamiętać, wszak generalicja, a przynajmniej jej część w 1939 r. nie żywiła złudzeń co do wyniku przyszłej wojny, jeśli Polska będzie walczyła w osamotnieniu[7]. Mimo to podjęto walkę.

Walkę propagandową podjęto wcześniej, a Kurpie, jak twierdził autor reportażu, kogo jak kogo, ale Niemca się nie bali.

_______________________


Wspaniały lud – te Kurpie

(Od specjalnego wysłannika „Kurjera Warsz.”)

Myszyniec, w czerwcu


Do ziemi Kurpiów, zamieszkałych tuż nad granicą wschodnio – pruską zawitał pewnego dnia samochód propagandowy Polskiego Radia.

Wielki wóz z instalacją elektro-akustyczną, z czterema głośnikami kierunkowymi o takiej sile, że głos ich dociera na 3 do 6 kilometrów. Te samochody radiowe (a jest ich trzy) krążą już po Polsce od dziewięciu miesięcy, przemierzyły blisko 20 tysięcy kilometrów, odwiedziły około 3 tysięcy miejscowości. Nadawały i nadają muzykę, śpiew, aktualne pogadanki z dziedziny obrony Państwa. Myślę, że w każdym małym miasteczku, w każdej wsi, choćby przy uczęszczanych szlakach położonej – wywoływały te wozy niemałą sensację, były „wydarzeniem” dnia, a potem – tematem rozmów na dobry tydzień. Cóż mówić o kurpiowskich stronach?

Te kurpiowskie strony, z Myszyńcem jako centrum, rozłożyły się wprawdzie tuż przy województwie warszawskim, wprawdzie stąd do Warszawy niedaleko, ale nikt tu niemal z tej wielkiej tajemniczej dla Kurpiów stolicy nie zagląda, mało kto się tym – nie waham się tak powiedzieć – wspaniałym ludem  nie interesuje. Dobrze więc się stało, że nie zapomniało o Kurpiach Polskie Radio.

("Kurpiowie przy mikrofonie" głos podpis powyższej fotografii. Źródło: "Radio dla Wszystkich" 1939, nr 28)
W ich dniu uroczystym, gdy Kurpie ofiarowały wojsku trzy karabiny maszynowe, samochód radiowy napełnił miasteczko dziarską muzyką i piosenkami wojskowymi, żywym słowem, co im mówiło o Polsce, o żołnierzu, o niepodległości, która takiej jest ceny, że przy niej wszystko inne nijakiej nie ma wartości.

Kurpie, gdy się rozlegała skoczna poleczka, przytuptywali i w uśmiechu szczerzyli zęby do swych kraśnych towarzyszek; gdy im mówiono o Ojczyźnie, o Bałtyku, o Niemcu, o tym, że ani grudki ziemi nie oddamy – słuchali uważnie i przytakiwali z powagą. Nie otwierali gęb w zadziwieniu, bo oni to wszystko dokumentnie rozumieją, bo ta Ojczyzna i ta wolność płynie im we krwi.

Kurp i wolność! Ten lud nigdy nie dźwigał jarzma pańszczyzny, ale zawsze żył swobodnie w swoich ongiś nieprzebytych puszczach. Gdy Szwed, co przed trzystu laty potopem zalał całą Rzeczpospolitą, w te się strony nieopatrznie zawieruszył, Kurpie prały najeźdźcę, aż zielone poszycie lasów poczerwieniało od krwi. Gdy w sto lat później zaczęli tu grasować Sasi, co chcieli wprowadzić Augusta Mocnego, i Szwedzi, co popierali Leszczyńskiego, Kurpie prały jednych i drugich. Oni tam nie wiedzieli, kto ma rację; wiedzieli jedno: ta ziemia jest polska, nie saska i nie szwedzka.

Tradycja ludu wolnego i bitnego nie zamarła wśród Kurpiów, mimo biedy i przeciwności losu; odwaga, rezolutność, fantazja w nich taka, że nie oni na panów z Warszawy, ale panowie z Warszawy na nich patrzą z zadziwieniem i niemal z otwartymi ustami... Tu chłop, co ma pięć mórg marnej ziemi, kupę dzieciaków i jedną krowę, co konia wypożycza do orki i na żniwa, jednym słowem: chłop boleśnie ubogi nie chce wziąć od ciebie papierosa. „Mom swoje!” – mówi. Tu chłopak piętnastoletni, co poza okoliczne wioski i to nędzne miasteczko nie wyjrzał, nie ucieka i gęby ze strachu nie rozwiera, gdy go zagabniesz, ale ci rezolutnie odpowiada i jeszcze sam zapyta: Jak się tam zyje w Warszawie?

A jak oni tańczą!

Małe, sześcio, ośmioletnie „pluskieweczki”, w barwnych strojach, jak kwiatuszki polne, młode, dorodne dziewczyny i dziarskie chłopaki pokazały nam, co to jest fantazja ludu polskiego. Patrzyli się na nich liczni goście z Warszawy, a one i oni bez żadnej tremy, z zachwycającym wdziękiem i lekkością, to znów z temperamentem, że aż się ściany trzęsły, tańczyli swoje „powolniaki”, „olendry”, „stare baby”, „zajączki”. Gdzież zawodowym tancerzom i tancerkom do nich!

Ks. Kłoskowski, przyjaciel i opiekun młodzieży kurpiowskiej, aż ręce zacierał z zadowolenia, a nam się oczy śmiały i ręce puchły od klaskania.

A wojna, a Niemce? Kurp, co nad granicą siedzi, jest przekonany, że wojny nie będzie.
– I ja tak myślę, gospodarzu, ale powiedzcie mi, dlaczego wojny nie będzie?
– A bo to one – i szeroki gest ku Prusom Wschodnim – się odwazą przyńść do nas? Niechby psysły...

U Kurpia to nie są przechwałki. Kurp się nikogo nie boi, a zwłaszcza Niemca. Jak to zwykle wśród ludu nadgranicznego, w dodatku wśród ludu tak ubogiego, znajdą się tacy, co się trudnią przemytem. Ma z tym kłopot nie tylko nasza straż graniczna, ale i niemiecka. Pewnego dnia postrzelili Niemcy Kurpia-przemytnika i rannego zabrali w głąb Prus, aż do Szczytna. Ze trzydzieści kilometrów od granicy. Tejże nocy czterech kompanów pojmanego przekradło się do Niemców, do Szczytna powędrowało, rannego wykradło i z powrotem do wsi rodzinnej, przez las zaniosło. Historia jak z awanturniczego romansu, a jednak prawdziwa.

– Tępimy przemytnictwo bezwzględnie – mówi mi oficer straży granicznej – ale przecież muszę powiedzieć: To fajne chłopaki!

Dobrze jest, że taki to właśnie lud, te „fajne chłopaki” zamieszkały nad pruską granicą.

H. K.

________________

Źródło: H. K., Wspaniały lud – te Kurpie, „Kurier Warszawski” 1939, nr 186 (wyd. wieczorne), s. 6.


Przypisy:
[1] P. Wieczorkiewicz, Rozważania o kampanii 1939 roku, [w:] Polski wiek XX. II wojna światowa, red. K. Persak, P. Machcewicz, Warszawa 2010, s. 9.
[2] T. Kutrzeba, Wojna bez walnej bitwy, Warszawa 1998, s. 5.
[3] T. Morawski, Z Radiem Polskim na „Kurpsie”. W krainie kolorów i dzieci, „ABC” 1939, nr 188, s. 5.
[4] W. Szumański, Rozważania „wojenne”, „Gazeta Robotnicza” 1939, nr 170, s. 6.
[5] P. Cichoracki, Konsolidacja społeczeństwa polskiego w obliczu wojny (marzec–wrzesień 1939 r.), [w:] Kampania polska 1939 r. Polityka – społeczeństwo – kultura, red. M. P. Deszczyński, T. Pawłowski, T. 2, Warszawa 2014, s. 72.
[6] G. Łukomski, Propaganda polska u progu II wojny światowej, [w:] Kampania polska 1939 r. Polityka – społeczeństwo – kultura, red. M. P. Deszczyński, T. Pawłowski, T. 2, Warszawa 2014, s. 171.
[7] Przekonuje o tym lektura chociażby Studium planu strategicznego Polski przeciw Niemcom Tadeusza Kutrzeby i Stefana Mossora.


Autor: Łukasz Gut