wtorek, 9 kwietnia 2019

Joanna Pieczonka: Nasz Myszyniec

W ogłoszonym konkursie na wspomnienia dotyczące Myszyńca, który wspólnie zorganizowały Kurpie - historia i trwanie i QRP pamiątki kurpiowskie, zwyciężyła Pani Joanna Pieczonka, której pamiętnik to w rzeczywistości wspomnienia dwóch osób: Pani Joanny i jej mamy, Krystyny. Opowieść, która dotyczy życia codziennego w Myszyńcu w drugiej połowie XX wieku to nostalgiczna podróż w krainę Kurpiowszczyzny, która z jednej strony się zmienia, z drugiej w niektórych elementach pozostaje wciąż taka sama lub podobna. Polecam lekturę niniejszego tekstu.

Nasz Myszyniec

KRYSTYNA 
 
Moja mama, Krystyna, urodziła się w 1949 roku w Myszyńcu. Jej mama, babcia Stefania, pochodziła z Wydmus a tata, dziadek Leon, z Pomorza. Poznali się w obozie pracy w Działdowie i po wojnie osiedlili w Myszyńcu. 

Moja mama spędziła cale dzieciństwo na ulicy Bema, zwanej Zdunkowska Ulica, w drewnianym, piętrowym domu. Z okien widać było kościół, a także plac, na którym teraz stoi fontanna i ławeczki. Kiedy mała Krysia patrzyła przez okno, widziała w tym miejscu studnię, z której mieszkańcy nabierali wodę. Widziała co czwartkowe targi. Widziała tez białą, zaparkowana warszawę, kiedy w 1961 roku dziadek jako pierwszy w Myszyńcu kupił sobie samochód.

Mamo – spytałam któregoś wieczoru – jakie masz wspomnienia z Myszyńca?

– Pamietam kocie łby, przy kościele, na ulicach, na mojej ulicy. Pamietam dźwięk przejeżdżających wozów, metalowych obręczy na kolach, a w zimie dźwięk sani. Pamietam pola i lasy, cale dnie biegania w chmarze dzieci po ulicach. Zbieranie jagód, wieczorne zaganianie krów do obory, sobotnie sprzątanie chodnika przed domem. Pamietam rynsztoki z boku ulic i ciepłą wodę po letnim deszczu, w której chętnie się maczało nogi. Msze w kościele i zaraz po nich długie spacery młodzieży wzdłuż głównej drogi. Dziewczyny spacerowały z dziewczynami, chłopcy z chłopcami. Niby osobno, ale równocześnie bacznie się obserwując.

Każdy dom w Myszyńcu miał ławeczkę albo schodki, na których się siadało i rozmawiało z sąsiadami. Większość domów miała też ogródki przed wejściem, w którym rosło dużo kwiatów. Mieszkańcy miasteczka godzinami przesiadywali przed swoimi domami prowadząc długie rozmowy. Przeważnie rozpoczynały się one po południu, kiedy wszystkie codzienne obowiązki były już wypełnione. Jesienią i zimą odwiedzano się w domach. Moja mama pamięta, ze te wizyty trwały długo i przeciągały się czasem do późnego wieczora. 
 
(Źródło: Nieznana miejscowość kurpiowska w czasopiśmie "Stolica", 1960, nr 2

W pogodne dni życie towarzyskie przenosiło się też często nad rzekę Rozogę. Koce były rozłożone po obu stronach rzeki, ludzie siedzieli, rozmawiali i kąpali się. Popularnym miejscem spotkań był Kolejowy Mostek. Tam była wszak dosyć głęboka woda. Najodważniejsi chłopcy i z największą potrzebą wzbudzenia podziwu, jeździli rowerami na Zawodzie. Na Rozodze stała w tamtym miejscu tama, było to wiec najgłębsze miejsce rzeki. Idealne do zaprezentowania swojego kunsztu pływackiego. Zimą główną rozrywką dla dzieci było jeżdżenie na łyżwach. Jeździło się po rzece albo po stawach, które były na tyłach parafii. Tam, gdzie dzisiaj jest plac zabaw.

Kościół w Myszyńcu

Kiedy mieszka sie na ulicy Bema kościół staje sie w zasadzie twoim podwórkiem. Wspomnienia mojej mamy snują sie wokół tego budynku, dni przeplatane są śpiewami kościelnymi ludzi, odpustami, procesjami Bożego Ciała, podczas których wszystkie babcie ściskają dumnie rączki swoich wnuczek. Są też pogrzeby, które idą konwojem ulica, są procesje prowadzenia obrazów z kościoła do sąsiednich wsi. Wszystko to dzieje się na podwórku ulicy Bema, kiedy świeci słońce, dzieci bawią sie w rynsztokach a dorośli siedzą przed domem zajęci rozmową.

Małej Krysi w drewnianym domu na Zdunkowskiej Ulicy śni się często ten sam sen: widzi mężczyzn w ciemnych, długich płaszczach, którzy przechadzają się w milczeniu po pokojach. Po latach dopiero znajduje zdjęcie Żydów w tradycyjnych strojach i zdaje sobie sprawę z uderzającego podobieństwa ich ze zjawami ze snów. Przed wojną podobno gdzieś przy drodze na Chorzele stała bożnica. Obok drogi na Pełty położony jest kirkut. Czyżby duchy dawnych mieszkańców błąkały się po latach wciąż po domach?

W kościele są też odpusty. To ogromna atrakcja dla dzieci, bo wraz z odpustami pojawiają się stragany z różnymi błyskotkami. Takie święto ściąga też nowe twarze do miasteczka. Jest wiec okazja do zobaczenia innych ludzi. Przed kościołem stoi tego dnia wielu żebraków. Przyjeżdżają z różnych miejscowości prosząc o jałmużnę. Mama wspomina niewidomego chłopca z sąsiedztwa, niezwykle uzdolnionego muzycznie. Potrafił zagrać na akordeonie każdą melodię. Jakby Pan Bóg próbował mu wynagrodzić talentem muzycznym brak wzroku. Podczas odpustu on tez stal pod kościołem i zbierał pieniądze dla swojej rodziny.

Rynek, Cyganie i kolejka

Rynek w Myszyńcu był w każdy czwartek. Chodziło się tam nie tylko po to, żeby coś kupić ale też żeby po prostu się pokazać, pospotykać ludzi i porozmawiać. To było ogromne wydarzenie towarzyskie. Rynek na początku był na placu na przeciwko kościoła, potem przeniesiony został w głąb ulicy Stacha Konwy. Kolejnym miejscem był plac, na którym dzisiaj stoi osiedle domków przy ulicy Przemysłowej i Słonecznej.

Wydarzeniem w życiu miasteczka był też przyjazd Cyganów. Rozstawiali oni swoje namioty na polu przed wjazdem do Myszyńca, przy drodze do Ostrołęki. We wspomnieniach mojej mamy ważne miejsce ma tez kolejka wąskotorowa, którą niegdyś przejeżdżała ulica Kolejowa. Moja mama dojeżdżała nią przez lata do liceum do Ostrołęki.

Nauczycielka nietutejsza

W tamtych czasach w szkole w Myszyńcu pracowała pewna nauczycielka, pani Stanisława. Nie była tutejsza, dostała pracę w lokalnej szkole z przydziału. Była samotna, jej siostry mieszkały w Sopocie. Ludzie raczej za nią nie przepadali, miała opinię surowej pedagog i oschłego człowieka z przesadnym przywiązaniem do etykiety i dobrego wychowania. Pani Stanisława przyjaźniła się z moją babcią, przez lata przychodziła do nas na długie wieczorne rozmowy. Dla mnie jako małego dziecka był to moment stawania na baczność, skupienia całej uwagi na tym, żeby dobrze wyglądać, dobrze sie wyrażać. odpowiednio siedzieć. Ale była też dla mnie powiewem jakiegoś lepszego, przedwojennego świata. Świata kultury, nienachalnej erudycji i klasy. Lubiłam ją.

Zawsze odnosiliśmy wrażenie, ze Pani Stanisława nie czuje się dobrze na Kurpiach. Pomimo tego, że mieszkała tu przez większą część swojego życia, utrzymywała z ludźmi dystans i nie nawiązała z nikim głębszych relacji. Może, kto wie, Myszyniec jawił sie jej jako małe, prowincjonalne miasteczko, w którym przyszło jej spędzać życie niejako za karę. Tak nam się wydawało, ale kto wie jaka była prawda. Nie miała tu wszak swojej rodziny, mogła w każdej chwili się przeprowadzić do sióstr. Zwłaszcza, gdy była już na emeryturze.

Po śmierci pani Stanisławy moja mama pojechała do Trójmiasta odwiedzić jej rodzinę. Jedna z jej siostrzenic zaprowadziła ja do „pokoju cioci Stasi”. Powiedziała: „Ten pokój zawsze na nią tu czekał. Wszystko w nim urządziła ona sama, nie pozwalała nic zmienić. Kiedy otworzyły się drzwi i mama weszła do pomieszczenia, pierwsze co zobaczyła, to łóżko, które przykryte było pięknym kurpiowskim kilimem. Pani Stanisława przywiozła go któregoś dnia z Myszyńca i nie pozwoliła nigdy zamienić na nic innego.

JOANNA

W 1979 roku urodziłam się ja. Mieszkaliśmy w Warszawie, ale każdy wolny weekend i wakacje spędzaliśmy w Myszyńcu. Kurpie to mój drugi dom. Dom, który może mniej znałam i mniej w nim byłam zakorzeniona na co dzień niż w Warszawie. To miejsce było dla mnie ważne na innym poziomie. W Myszyńcu była przestrzeń, w Myszyńcu była tajemnica. Były drzewa, były lasy, był czas, który rządził się własnymi prawami. Była trawa pod bosymi stopami, słońce na moich włosach, lody bambino, albo te włoskie, kupione w budce pod kościołem. Dużo, dużo bardzo niezdrowych słodyczy i najlepszy na świecie chleb z piekarni w białym kiosku.

Gdy byliśmy mali cale wakacje spędzaliśmy u babci. Rytm tygodnia był zawsze ten sam. Czwartek był bardzo ważnym dniem ze względu na targ. Już od wczesnego rana budziły nas odgłosy przejeżdżających pojazdów. Dla dorosłych targ był być może wydarzeniem o charakterze handlowym, dla nas był głownie interesujący na poziomie społecznym i towarzyskim. Na targ szło się kupić jakieś rzeczy ale też po to, żeby się sobie po prostu przypatrzeć. Żeby sobie ludzi pooglądać, żeby samemu sie pokazać. Choć oczywiście oglądanie towarów też było bardzo interesujące. Do tej pory pamiętam moją pierwszą dżinsową spódnicę, którą tam kupiłam. Przez lata nie mogłam znaleźć nic piękniejszego w modzie niż turecki dżins z targu w Myszyńcu.

W soboty wczesnym popołudniem, zazwyczaj po obiedzie, babcia wysyłała nas na cmentarz. Wiozłyśmy na rowerze kwiatki na groby i kanki z wodą. Pamiętam słońce i mocny, słodki zapach fuksji, najbardziej myszynieckiego kwiatka z mojego dzieciństwa. Zdarzało nam się też czasem wieźć róże, ale ponieważ nie było ich dużo w ogrodzie, na cmentarzu lądowały zazwyczaj te, już prawie przekwitnięte.

Groby więc sprzątało się w sobotę, a w niedzielę po mszy szło się na cmentarz raz jeszcze, z całą rodziną, żeby odmówić modlitwę za zmarłych. A przy okazji też oczywiście, podobnie jak na targu, pooglądać sobie ludzi i pobyć trochę w grupie z innymi.

Magiczne lasy kurpiowskie

W lipcu często jeździliśmy z dziadkami na jagody. Naszym ulubionym miejscem był las na drodze do Charciejbałdy. Pojechanie do tego lasu to było dla mnie jak wskoczenie do ekranu telewizora, gdy właśnie zaczęła się interesująca bajka. Siedziałam skulona w krzakach i zbierałam jagody a jednocześnie wypatrywałam wszystkich stworów kurpiowskiej puszczy. Wierzyłam, że jak będę cicho to zapomną o mojej obecności, wyjdą zza drzew i ich w końcu wszystkich zobaczę. Byłam tam Ronją, córką zbójnika. Byłam braćmi Lwie Serce, dzieckiem dżungli. Magia kurpiowskich lasów była elektryzująca.

Zimą, gdy przyjeżdżaliśmy na ferie i gdy spadło dużo śniegu, chodziliśmy z sankami na tak zwane Górki. Gdy wracaliśmy do domu, zazwyczaj nie czuliśmy już zupełnie nóg z zimna. Godzinami budowałyśmy na naszej ulicy igla ze śniegu. Gdy były roztopy, a potem na nowo przychodził przymrozek, chodziłyśmy często ślizgać się po gigantycznych kałużach na polach w drodze do Kolejowego Mostku.

W każdą niedzielę chodziłyśmy z babcia do kościoła. Babcia śpiewała w chórze, więc zabierała nas zawsze na górę. Wchodziłyśmy po drewnianych schodach. Pamiętam przepiękną mozaikową rozetę, przez którą przebijało się słońce. Pamiętam zapach tych schodów i też pewien nieporządek, który wtedy wydawał mi się niezwykle tajemniczy. Gdy byliśmy już na górze, trzeba było najpierw przejść przez część męską, która znajdowała się po lewej stronie. Kobiety siedziały po prawej. Uwielbiałam być na chórze. Uwielbiałam patrzeć na chórzystki, wszystkie eleganckie panie, równie przejęte modlitwą co ploteczkami, które sobie przekazywały między jedną pieśnią a drugą. Lubiłam patrzeć na energicznego organistę, jak zrywał się do grania. A najbardziej ze wszystkiego uwielbiałam patrzeć w dół, na wielkie, ciężkie żyrandole. Na niekończący się labirynt i szlak rysunków, kwiatów, liści, główek aniołów, które wypełniały cały sufit i boczne kolumny, Lubiłam patrzeć na pstrokatą mozaikę na dole, którą tworzyły chusty na głowach Kurpianek siedzących w ławkach. I jak ta mozaika poruszała się i przyjmowała różne kształty, jak szkiełka w kalejdoskopie, gdy Kurpianki wychodziły po kolei do komunii.

Myszyniecki kościół "ma w sobie godność"

Kościół w Myszyńcu nigdy mi się nie znudził. Za każdym razem wygląda inaczej i za każdym razem znajduję w nim coś nowego. Uwielbiam na niego patrzeć w zimę, w wieczory, gdy stoję na ulicy i totalną ciemność przebija jedynie światło, które wyłania się z wnętrza kościoła. Światło czerwone, złote i pomarańczowe, mozaika z okien kościoła, której kolory wystrzeliwują w mrok nocy. Triduum Paschalne, Wielki Piątek, adoracje krzyża, czuwanie przy grobie. Pochylone babcie, które przychodzą o lasce do kościoła, wyjmują z torebki jajka i składają przy krzyżu jako dary. Ten kościół nie jest przaśny, ani nie jest tani. Ma w sobie godność, swoje własne życie i charakter, który przyciąga jak magnes.

W Myszyńcu były też inne budynki, które bardzo mi się podobały. Obok nas, przy poczcie, stała stara apteka. Nieprawdopodobnie piękna w środku. Na zewnątrz, z pięknym gankiem i kolumienkami. Przed budynkiem stal tez krzyż.

Jednak najpiękniejsza część znajdowała się z tyłu, za płotem: roztaczał się tam park ze starymi drzewami. Płot był dosyć wysoki, trzeba było wysoko stanąć i dobrze sie podeprzeć, żeby coś zobaczyć. Widok wart był jednak wysiłku. Za płotem rosły stare, przepiękne drzewa, niby nic się tam nie działo ale nie sposób było nasycić wzroku pięknem tego miejsca. To był czarodziejski ogród mojego dzieciństwa.

Parę lat potem wszystkie drzewa zostały wycięte, apteka „wyremontowana” i zamieniona na sklep ze sprzętem gospodarstwa domowego. Pamiętam dobrze, co wtedy pomyślałam, gdy stanęłam po raz pierwszy na tym placu. Już bez wysokiego płotu, ale też bez drzew, z pustym piachem, betonem i giprokiem, który izolował budynek. Pomyślałam: „Mam nadzieje, ze tego nie widza”, myśląc o poprzednich właścicielach.

Stare drzewa

Piękno Myszyńca ukrywa się też w starych drzewach. Niestety, większość z tych, które pamiętam z dzieciństwa, zostało już wycięte. Mieliśmy na osiedlu na rogu ulicy Kolejowej przepiękną, starą akację. Godzinami wpatrywałam się w jej konary. Dawała przepiękny cień, gdy siedziało się u nas w ogródku na schodach. Ona zniknęła pierwsza. Przy budynku kolejowym stało też inne piękne drzewo. Bardzo stare, w którym chętnie chowały się wieczorem ptaki. Któregoś dnia i ono zostało wycięte. Drzewa znikają jeden po drugim, pustka odbiera urok ulicom i budynkom. Na szczęście jeszcze przy naszym domu stoi kilka starych brzóz. Te brzozy budzą mnie rano szelestem liści, w nocy, gdy zasypiam, patrzę, jak chowa się między nimi księżyc. Pod brzozami spały w wózkach wszystkie nasze małe dzieci, pod brzozami piję rano kawę i czytam książki. A gdy siedzę u siebie w domu za granicą, patrzę na zdjęcie myszynieckich brzóz, które zrobiłam któregoś dnia i wstawiłam jako tapetę na telefonie. Trzydziesty grudnia któregoś roku, słoneczny dzień, bardzo zimne powietrze, a na niebieskim niebie przede mną plątanina białych gałęzi. Niekończący się labirynt. Fragment Kurpi, który noszę zawsze przy sobie.

Oprócz drzew i lasów lubię tez Rozogę, lubię na nią patrzeć. Lubię Rozogę przy Zawodziu, przy Kolejowym Mostku, przy szkole. Lubię też mały mostek na rzece przy drodze na Wykrot.

Ktoś się może spytać, co takiego mi dał Myszyniec? Dlaczego nie ma roku bez wyjazdu na Kurpie? Dlaczego przez lata każdego z moich bliskich przyjaciół z Warszawy musiałam tu wcześniej czy później przyciągnąć?

Myszyniec dał mi magię.

W Myszyńcu w Wigilię wierzyło się w Świętego Mikołaja. W Warszawie już jakoś nie bardzo. W Myszyńcu Jezus umierał, składany był do grobu i zmartwychwstawał. W Warszawie po prostu chodziło się do kościoła. W Myszyńcu była puszcza, w Warszawie były drzewa. W Myszyńcu były wreszcie Kurpianki, kolory, piękne stroje, śpiewy, słonce i tanie słodycze. W Warszawie był po prostu weekend.

Dziś do Myszyńca przyjeżdżają moje dzieci. Zawsze z radością, choć pewnie widza go jeszcze inaczej niż ja. Tak jak ja inaczej widzę go od mojej mamy. Ich dzieciństwo na Kurpiach ma swoja własną historię. Pozostaje mi nadzieja, ze będą w stanie ujrzeć piękno i niepowtarzalność tego miejsca. Że uroda Kurpi nie zostanie zabetonowana, wyłożona kostką Bauma, że rozwój regionu będzie szedł w stronę ochrony piękna, które jeszcze tam pozostało i potrafi zachwycić. I że pomimo tego, iż mieszkamy teraz za granicą, kurpiowska część historii naszej rodziny będzie się ciągnęła z nami przez następne lata i pokolenia.

Autor: Joanna Pieczonka

piątek, 21 grudnia 2018

„Scęśliwe Betlejem miasto Dazidowe”. Kilka słów o kolędzie kurpiowskiej


Kolędy są nieodłączną częścią świąt Bożego Narodzenia. Według tradycji katolickiej autorem pierwszych kolęd był św. Franciszek z Asyżu. Franciszkanom przypisuje się także stworzenie zwyczajów bożonarodzeniowych takich jak szopka i żłóbek. To dzięki Franciszkanom pojawiły się na ziemiach polskich kolędy, pierwotnie utwory hymniczne, z których za najstarszą uważana jest pieśń Bartłomieja z Jasła Buccinemus in hac die. W XV wieku powstają pierwsze kolędy w języku polskim, a w XV i XVI w. upowszechnia się sama nazwa „kolęda” na określenie wesołej pieśni bożonarodzeniowej, z których wiele było opartych na tańcach dworskich. W XVI w. powstaje m.in. znana do dziś kolęda Anioł Pasterzom mówił, będąca tłumaczeniem średniowiecznej pieśni Angelus pastoribus. Nie wchodząc w szczegóły przypomnijmy, że do dziś podczas Bożego Narodzenia śpiewamy takie kolędy jak W żłobie leży (przypisywana ks. Piotrowi Skardze), anonimowa Ach, ubogi żłobie czy Pieśń o Narodzeniu Pańskim zaczynająca się od słów „Bóg się rodzi…” autorstwa Franciszka Karpińskiego (1741-1825)[1].

Scęśliwe Betlejem miasto Dazidowe

(Rycina zdobiąca stronę tytułową "Gościa Puszczańskiego" 1919 nr 14.) 
Na przełomie XVIII i XIX wieku pojawiają się dzieła, w których spisano kolędy i pastorałki ludowe. Mają swoją pastorałkę Górale (Oj, maluśki, maluśki), mają też swoją kolędę Kurpie. Niniejszy tekst dotyczy kolędy zaczynającej się od słów „Scęśliwe Betlejem”, najczęściej określanej w źródłach po prostu jako Kolęda kurpiowska, Kolęda Kurpiów, czy według sformułowania Adama Chętnika: Stara kolęda kurpiowska.

Najstarszy zapis tej kolędy udało się znaleźć w dziele Kazimierza Władysława Wójcickiego (1807-1879) pt. Zarysy domowe (1842)[2]. Wójcicki przytoczył kolędę, którą nazwał „szczególniej charakterystyczną”. Zacytujmy jej tekst w całości, w zapisie podanym przez warszawskiego literata:

Scęśliwe Betlejem miasto Dazidowe,
Ze się nam zjawiło odkupienie nowe,
Chrystus się narodził,
By nas wyswobodził,
Od niewoli satańskiej.

Nom się nie dostało scęścia takowego,
Byśwa w nasej puscy mieli zrodzonego
Jezusa Chrystusa, 
Choćby nasa dusa 
Serdecnie go ućciła. 

U nas w Ostrołęckiem na puscy Starostwie, 
Nie byłbyś się rodził w takiem ubóstwie: 
Mawa izbów wiele, 
I ciepłe pościele 
Byłbyś lezał wygodnie. 

Choć nom Warci[3] w lasach, drzewa zabraniają,
Uzdy i siokiery w lasach zabierają,
Jednak byśwa byli
Choć w nocy zwozili.
Suche drewka dla ciebie!

Miołbyś buracki i kapustę ponie, 
Z tłustą wiepsowiną zawse na śniodanie. 
Mleko z jagiełkami, 
Chlebek z kartoflami; 
Z miodem wudki flasecki, 

A na obiad byśwa skrzecków[4] naskwazyli, 
I kasy grycanej tłusto nakrosili. 
Zając, kuropatwy, 
Choć połów nie łatwy, 
Byłby panie dla ciebie. 

Miołbyś pieluski z partu cieniuchnego, 
Sukmanek do kolan z sukna puścińskiego 
Faworek[5] niedrogi, 
Kurpiki na nogi 
Bylibyzwa z żądzili. 

A w Betlejem zydzi śmierdzące psiojuchy,
Tylko swym bachurom naposali bzuchy
I chłodno i głodno,
W nicem nie dogodno,
Tsymali cie nos panie!

A ze się tak panie podobało tobie!
I ześ cierpiał bidę w maluchnej osobie,
Psyjmij serce chęci,
Miej Kurpiów w pamięci,
Ty na puscy i Niebie!

Czas powstania

Zacytowaną kolędę podchwycili kolejni pisarze, piewcy i badacze Kurpiowskiej Puszczy Zielonej. Znawca dziejów polskich kolęd Jerzy Zathey twierdził, iż początek kurpiowskiej kolędy zaczerpnięty został z innej pieśni, zachowanej w Bibliotece Jagiellońskiej w rękopisie, a zaczynającej się od słów „Szczęśliwe miasto Betlejem, które świata Zbawicielem...“. Według Zatheya „możliwe, że kolęda kurpiowska jest w całości lub fragmencie w któryś z rkpsów BJ”[6]. Nie negując możliwości wzorowania się na innych utworach tego typu, spróbujmy przyjrzeć się kolędzie kurpiowskiej, biorąc pod uwagę opinie badaczy i pisarzy regionu. Po pierwsze, co warto podkreślić, dla większości autorów znających tekst zaczynający się od słów „Scęśliwe Betlejem”, jest to pieśń „o charakterze prawdziwie kurpiowskim”[7]. Z jednej strony na takie podejście wpływał być może zapis gwarowy, a z drugiej czynnik prawdopodobnie istotniejszy, a mianowicie realia, o których opowiada kolęda kurpiowska. To właśnie realia w kurpiowskiej kolędzie nakazują jednak ostrożnie patrzeć na jej dawne pochodzenie.

Tezę, iż kurpiowska kolęda mogła pochodzić z XVII wieku należy odrzucić[8]. Przeczy temu sam tekst, w którym czytamy: „Choć nom Warci w lasach, drzewa zabraniają, / Uzdy i siokiery w lasach zabierają (…)”. Czas zabraniania użytkowania barci i pozyskiwania drewna w lasach Puszczy Myszynieckiej datuje się na koniec XVIII i pierwszą połowę XIX wieku. Pierwsze ograniczenia wprowadzali Prusacy po III rozbiorze, a już w 1801 r. zniesiono prawo bartne. W 1816 r. władze rosyjskie skonfiskowały strzelcom kurpiowskim broń i zakazały polowań. W 1836 r. Komisja Rządowa Skarbu w Łomży polecała bartnikom likwidację barci, a z kolei w 1837 r. rząd carski nakazał uprzątnięcie do 1 kwietnia 1838 r. wszystkich barci, a także zabronił bartnikom wstępu do puszczy[9]. Literackie echa konfiskaty broni odnajdujemy w Piosnce Kurpia („Oj, bracia, łza łzę goni”), natomiast analogiczne echa likwidacji bartnictwa w Puszczy może oddawać owa kolęda kurpiowska. Tu jednak pojawia się problem jak interpretować słowo „warci”. Co prawda, późniejsze zapisy tłumaczą słowo „warci” nie jako barcie, a jako straż leśną[10] (w kolejnych wersjach jako „wartarze”[11]), to Wójcicki i wielu autorów wprost używa słowa „barć”. Tak czy inaczej, mówimy tu o okresie od końca XVIII w. do 1842 roku. Na rodowód XIX-wieczny może też wskazywać fakt, iż w XVIII wieku na określenie mieszkańców Puszczy Zielonej używano słowa „Kurpik” („Kurpikowie”), a hasło „kurp” było zarezerwowane dla łapci z lipowego łyka, co poświadcza m.in. Słownik języka polskiego Samuela Bogumiła Lindego[12]. Tymczasem autor kolędy kurpiowskiej dokonał zabiegu odwrotnego: Pan Jezus miałby „kurpiki na nogi”, ale już w pamięci miał mieć nie Kurpików, ale Kurpiów!

Kto był autorem kolędy?

Kto więc mógł być autorem owej kolędy? Hipotez jest kilka i żadnej nie da się udowodnić bezspornie. Z jednej strony mogła być to pieśń anonimowa, autentyczny wytwór kultury kurpiowskiej, a Wójcicki był tylko tym, który ją spisał. Jeśli tak, byłaby to pieśń stosunkowo świeżej daty, gdyż między pierwszymi zarządzeniami władz zaborczych, dotyczącymi uprzątania barci i zakazu pozyskiwania drewna, a rokiem wydania Zarysów domowych (1842) minęło nieco ponad 40 lat. Za autentycznością kolędy przemawia relacja, ks. Władysława Skierkowskiego, według którego była śpiewana w domach po wieczerzy wigilijnej, zwykle jako pierwsza, a on sam zanotował ją 28 sierpnia 1932 r., wykonywaną przez wówczas 65-letniego Feliksa Orzoła z Rycicy[13]. Gdyby pieśń pozostała tylko na papierze, trudno byłoby oczekiwać jej znajomości wśród „zwykłych” Kurpiów. Autorem ogólniejszej refleksji na interesujący nas temat był Ludwik Krzywicki. W rozprawie Kurpie podjął na marginesie swych rozważań temat kolędy i twierdził: „Zbieracz jak tylko znajdzie w pieśni jakąś oryginalność, w tej chwili przypuszcza, że nie może to być dziełem Kurpika, ale kogoś z inteligencji... Tymczasem już prosty wzgląd na to, że oryginalność włościańską w należyty sposób oddać może jedynie człowiek, który z włościan wyszedł, już to jedno powinno powstrzymać od takiego niedowierzania, przeciwko któremu oświadcza się i historia, ów świadek butności kurpiowskiej”[14].

W autentyczność tej kolędy nie wątpił zresztą nikt, aż do Adama Zakrzewskiego, który jednak w początkowym okresie swoich zainteresowań Kurpiami, twierdził, że jest ona „nader charakterystyczna” i powszechnie znana wśród mieszkańców regionu[15]. W skrupulatnie przygotowanym haśle do Wielkiej encyklopedii powszechnej ilustrowanej zmienił zdanie co do autentyczności pieśni i wyraził pogląd, zgodnie z którym kolęda miała być dziełem „z wielkim humorem” napisanym przez pewnego myszynieckiego aptekarza. Nie wiadomo niestety skąd Zakrzewski czerpał wiedzę o owym aptekarzu. Pewnym tropem okazują się słowa Krzywickiego, wzmiankującego: „Zaręczano mi jednak, iż kolędę ową napisał ktoś z inteligencji miejscowej”[16]. „Wszelkie cechy utworu literackiego” przypisywał kolędzie również Jan Stanisław Bystroń[17].

Pozostaje jeszcze hipoteza, według której to Wójcicki był autorem pieśni i sam ją stworzył. Przemawia za tym fakt, że nie udało się dotychczas odnaleźć starszego zapisu niż ten z 1842 roku. Co więcej, Wójcicki wprowadził do literatury kilka innych motywów, które przed nim się nie pojawiają. To dzięki niemu znamy niejakiego Konwę, który dopiero z czasem miał zyskać imię Stach i przejść do legendy, a także to on prawdopodobnie jako pierwszy zanotował przysłowie „Strzela jak Kurp”, mimo, że strzeleckie zdolności Kurpiów były znane od dawna[18]. Nie zapominajmy, że Wójcicki był przedstawicielem romantycznego podejścia do ludoznawstwa, nie stroniącego od „poprawek” twórczości ludowej. Wymienione motywy, które nie pojawiają się przed nim w piśmiennictwie, prowadzą do wniosku, że Wójcicki mógł być ich twórcą. Nie bez znaczenia jest również zaczerpnięcie – o czym wyżej była mowa – początkowych słów kolędy z innego utworu tego rodzaju. Wójcicki jako pracowity szperacz materiałów folklorystycznych mógł się przecież wzorować na materiale sobie wcześniej znanym. Przesłanką, która kieruje naszą uwagę ku Wójcickiemu jest również swego rodzaju promowanie określenia „Kurpie”, zamiast stosowanego przed nim słowa „Kurpikowie”, używanego wobec mieszkańców Puszczy Zielonej. Wójcicki w swoich pracach zaczął bodaj jako jeden z pierwszych pisać nie o Kurpikach, a o Kurpiach[19].

Wydaje się jednak, że ostateczne rozstrzygnięcie kwestii autorstwa kolędy jest niestety, przynajmniej na obecnym etapie badań, niemożliwe.

(Portret Kazimierza Władysława Wójcickiego)

Sienkiewicz i inni

Zwróćmy uwagę, że kolęda Scęśliwe Betlejem była znana wielu piszącym o Kurpiach i tym samym rozpropagowana już w XIX wieku. Przywołajmy opinię Henryka Sienkiewicza, dla którego „pieśń ta odznacza się nietylko językiem zawierającym nader charakterystyczne prowincyonalizmy, ale prostotą i głębokiem uczuciem. Znać w niej lud pobożny, oddany pracy i wdzięczny. Śliczna naiwność kolędy i poetyczność przypomina religijne utwory Kacpra Miaskowskiego, a jednocześnie całość jest obrazem obyczajowym, rysującym się na tle puszczy”[20]. Cytował ją kilkukrotnie również Zygmunt Gloger, m.in. w książce pt. Starodawne dumy i pieśni (1877)[21]. „Kurpiońską kolendę” przytoczyli Wincenty Pol[22], Oskar Kolberg[23] i inni. Chętnie powracał do niej Adam Chętnik, publikując tekst pisany gwarą, a nie umknęła też uwadze ks. Skierkowskiego o czym wyżej wspomniano[24].

Należy też podkreślić, że porównanie różnych przedruków kurpiowskiej kolędy wskazuje na rozbieżności w jej kolejnych wersjach. Dotyczą one głównie zapisu gwarowego, ale czasami zauważyć można zmiany w kolejności zwrotek i w pojedynczych słowach. Melodię pieśni zapisał ks. Władysław Skierkowski, przy czym odnajdujemy wskazówkę już z 1887 r., ażeby śpiewać Scęśliwe Betlejem na melodię kolędy Hej w dzień narodzenia[25]. Powiedzmy również kilka słów o oryginalności kurpiowskiej kolędy. Jakkolwiek tekst wydaje się nam zakorzeniony w regionalnej specyfice, to nie tylko Kurpie gościliby Chrystusa obfitymi darami, gdyby tylko narodził się u nich, a nie w Betlejem. Podobnie zapewniali Kaszubi:

Gdybyś się w naszych Kaszubach rodził, 
Nie tak byś się był, Jezuniu, głodził:
Na każde śniadanie miałbyś przysmażanie,
Z masłem bułeczkę, wódki szklaneczkę[26].

Na koniec wypada stwierdzić, że kolęda Scęśliwe Betlejem pozostaje trwałym elementem kurpiowskiego dziedzictwa kulturowego. Śpiewajmy więc o Scęśliwym Betlejem i o tym, że w Ostrołęckiem Pan Jezus nie rodziłby się „w takiem ubóstwie”, bo przecież miałby chleb z kartoflami, a i lokalny trunek by się znalazł.

________________
Przypisy:
[1] T. Skoczek, Z kolędą przez stulecia, [w:] Z kolędą przez stulecia, red. T. Skoczek, J. Załęczny, J. Gmitruk, Warszawa 2017, s. 13-16.
[2] K. W. Wójcicki, Zarysy domowe, t. 3, Warszawa 1842, s. 252-253.
[3] Barcie pszczół leśnych [przypis K. W. Wójcickiego]
[4] Skwarków ze słoniny [przypis K. W. Wójcickiego]
[5] Wstążka [przypis K. W. Wójcickiego] 
[6] J. Zathey, Z badań nad chronologią kolęd, „Pamiętnik Literacki” 1961, t. 52, nr 1, s. 169, przyp. 45.
[7] A. Chętnik, Z puszczy kurpiowskiej, „Zorza” 1911, nr 13, s. 251. 
[8] T. Wojciechowska, Hej, kolęda, kolęda!, „Głos Gminy Jednorożec” 2010, nr 4 (20), s. 22. 
[9] A. Połujański, Wędrówki po guberni augustowskiej w celu naukowym odbyte, Warszawa 1859, s. 61.; R. Żukowski, Bartnictwo w Zagajnicy Łomżyńskiej w okresie od XVI do połowy XIX wieku, Białystok-Warszawa 1965, s. 72.; U. Kuczyńska, Bartnictwo Kurpiowskiej Puszczy Zielonej, Wilczyska-Łomża 2004, s. 94. 
[10] Piosenka Kurpiów, „Rocznik Leśniczy” 1862, R. 2, s. 320.; W. Czajewski, Kurpie. Kartka etnograficzna, „Tygodnik Ilustrowany” 1881, t. 12, nr 297, s. 158.
[11] W. Skierkowski, Puszcza kurpiowska w pieśni, T. 3, red. H. Gadomski, Ostrołęka 2003, s. 4.
[12] Ł. Gut, Kurpiowszczyzna, czyli słowo z historią, < http://kurpie-historia-trwanie.blogspot.com/2018/11/kurpiowszczyzna-czyli-sowo-z-historia.html> [dostęp: 18.12.2018]
[13] W. Skierkowski, op. cit., s. 3-4.
[14] L. Krzywicki, Kurpie, Ostrołęka 2007, s. 26-27.
[15] A. Zakrzewski, Kurpie. Z dziejów polskiego ludu, „Wędrowiec” 1886, nr 11, s. 124.; L. Krzywicki, op. cit., s. 26, przyp. 24.
[16] Idem, Kurpie, [w:] Wielka encyklopedia powszechna ilustrowana, t. 41-42, Warszawa 1908-1909, s. 554.
[17] J. S. Bystroń [rec.], A. Chętnik, Kurpie, Kraków 1924, „Czasopismo Geograficzne” 1923/1924, z. 3, s. 497.
[18] Ł. Gut, Wódz Konwa. W jaki sposób bohater kurpiowski zyskał imię?, „Zeszyty Naukowe OTN” 2016, t. 30, s. 26.; Idem, Kurpiowszczyzna, czyli słowo z historią, < http://kurpie-historia-trwanie.blogspot.com/2018/11/kurpiowszczyzna-czyli-sowo-z-historia.html> [dostęp: 18.12.2018]
[19] Ibidem.
[20] Kolęda w puszczy, „Gazeta Polska” 1880, nr 1, s. 8.
[21] Z. Gloger, Starodawne dumy i pieśni, Warszawa 1877, s. 138.
[22] W. Pol, Dzieła prozą, t. 2, Lwów 1876, s. 438. 
[23] O. Kolberg, Mazowsze. Obraz etnograficzny, t. 4, Kraków 1888, s. 120-121.
[24] A. Chętnik, 12 dawnych kolęd na Mazurach i Kurpiach śpiewanych, Nowogród 1936.; Por. H. Gadomski, Muzyczne zainteresowania Adama Chętnika, „Zeszyty Naukowe OTN” 1993, t. 7, s. 35-36.
[25] W. Skierkowski, op. cit., s. 3.; „Przegląd Katolicki” 1887, nr 28, s. 443.
[26] J. Zathey, op. cit., s. 169. 

Autor: Łukasz Gut

piątek, 14 grudnia 2018

Nie obrażajcie się bracia Puszczanie, kiedy was kto Kurpiami nazywa!

Nazwa „Kurp” może tylko wywołać obrazę. Swej nazwy Kurpie się wstydzą i słusznie, skoro chodak, łapeć – wyszedł z użycia.

Powyższe słowa pochodzą z artykułu dziennikarza piszącego dla "Dziennika Białostockiego" w czerwcu 1930 roku[1]. Wielu autorów pisało o tym, jak Kurpie wstydzili się nazwy nadanej im przez sąsiadów, a pochodzącej od obuwia plecionego z łyka. Chociaż nazwa „kurp” na określenie łapci znana jest od XV w., to nieco pogardliwym terminem w wersji „Kurpik”, „Kurpikowie” mieszkańcy ziem nadnarwiańskich zaczęli być określani w XVIII wieku[2]. Dowartościowana przez badaczy, pisarzy i miłośników regionu nazwa „Kurp” zyskała z czasem pozytywną konotację, bo – jak świadczył poeta – „Kurpi ród (...) dzielny lud”[3]. Głos badaczy i pisarzy nie trafiał chyba pod strzechy szybko, skoro według niektórych relacji Kurpie woleli być określani jako Puszczacy lub Puszczanie.

(Kadzidło, 15 kwietnia 1913 r.. Źródło: A. Chętnik - "Puszcza Kurpiowska" 1913.)
Jedno z najciekawszych źródeł przedstawiających niechęć mieszkańców Puszczy do określenia „Kurpie” zamieszczam poniżej. Jest to komentarz do listu, jaki nadesłał do redakcji „Gazety Świątecznej” w 1882 r. Jakób Grabowski, urodzony w Cierpiętach korespondent „Gazety”, autor licznej korespondencji. Do wiadomości o niechęci Kurpiów do przezwiska, które im przypisano, odniosła się redakcja, prawdopodobnie sam Konrad Prószyński, udzielający na łamach każdego numeru licznych odpowiedzi czytelnikom. Co więcej, Prószyński wielu z artykułów, tak jak i omawianego, nie pozostawił podpisanych. Wiemy jednak, że używał pseudonimu „Pisarz Gazety Świątecznej”, a w cytowanym tekście pisał o sobie „Ja, pisarz Gazety”[4]. Kimkolwiek nie byłaby osoba odpisująca na list Grabowskiego, zauważmy, jak pozytywny wydźwięk w opinii przedstawiciela warszawskiej inteligencji II połowy XIX wieku miało słowo „Kurp”. Podobnie Kurpiów doceniali inni, a najsłynniejszym chyba przykładem jest działalność Adama Chętnika, który chciał aby Kurpie odczuwali dumę na myśl o sobie samych. Pisał wszakże: „Niech każdy światły puszczak nie wstydzi się powiedzieć: Kurpiem był mój dziad i ja Kurpiem jestem”[5].

Zapraszam do lektury:
_____________________

Nie obrażajcie się bracia Puszczanie, kiedy was kto Kurpiami nazywa!

Czytelnik Gazety Świątecznej w Krasnosielcu, p. Jakób Grabowski, rozmawiał niedawno z drugim czytelnikiem, p. Walentym Obrębskim, gospodarzem z Baranowa. Aż ten ostatni w rozmowie tak powiedział:

„Przesłychalim się, że w Brodowych Łąkach utrzymują gazety i my więc w latosim roku złożyliśmy się i odbieramy gazetę. Przysłali nam i kalendarz, a co to w tym kalendarzu jest różnoty! Nawet o nas tam jest napisano. Nie ganią oni nas, ale nazywają nas K u r p i a m i. Ja myślałem, że to tylko te wasze szulery nas tak nazywają, a to nawet w pismach tak jest! Zdaje się, że oświecenie w pismach (oświatę) nasz naród poznaje i młodzi się przestrajają już po szlachecku, a w kurpiach nie chodzi nikt, chyba w chodakach – i to tylko w powszedek, – a to wszystko nic nie znaczy! Niżej człeka cenią niźli bydlę, bo kurp upleciony z łyka nie znaczy i za koguta. Takie Warszawiaki powinni nas zwać chłopami puszczanami; nazwa nasza powinna być od miejscowości, a nie od ubóstwa ojców i dziadów naszych”.

Pan Obrębski to powiedział, a pan Grabowski słowa jego spisał i nam przysłał, my zaś powtórzywszy je tu w Gazecie – dajemy tłumaczenie.

Nie gniewajcie się bracia i nie obrażajcie się, kiedy was kto zwie Kurpiami, bo nie ma w tem nic złego. Nietylko w Warszawie, ale i w całym kraju Kurpiami was nazywają, a czynią to nie w żadnej złej myśli, i nie dlatego, żeby was nisko cenili, broń Boże! Przeciwnie, mówią wszędzie, że Kurpie, to lud dobry, poczciwy, pobożny i pracowity; wszędzie was uważają jak najlepiej. Nazwa K u r p i e od dawnych czasów weszła w zwyczaj; nazywają was Kurpiami, choć nie wiedzą nawet często, że wy sami tak nazywacie obuwie z łyka plecione.

A i obuwie z łyka plecione nie jest złe i nie trzeba się go wstydzić. Dawniej w całym kraju naszym wszyscy takie obuwie na nogach nosili. Oto i ojciec królów polskich, Piast, w takiem obuwiu niegdyś chodził; tak samo i pierwszy książę czeski Przemysław.

A choćby ojcowie i dziadowie nasi z ubóstwa tylko obuwie takie nosić mieli, to czyż nam się tego wstydzić? O nie, uchowaj nas Boże! A toć tylu świętych dobrowolnie w ubóstwie żyło, bo wiedzieli, że od ubóstwa prostsza droga do nieba niźli od bogactwa. Toć i sam Pan Jezus w ubóstwie się narodził i żył ubogo. A myżbyśmy się mieli wstydzić tego, że ojcowie nasi w obuwiu z łyka chodzili? O! wyrodne by z nas dzieci były, gdybyśmy się zapierali tego. Myślą też młodzi, że jak się kto aby trochę oświeci, to już powinien zrzucić suknie ojców swojich, a przebrać się po niemiecku, czy tam po szlachecku. O i to nieprawda! Nie wiedzą oni, co to oświata. Można być zupełnie ciemnym, a przebrać się po szlachecku; i można być oświeconym, a nosić ubiór taki, jak ojcowie nosili. A nawet ten ojcowski strój lepiej do nas zawsze przystaje, jakoś w nim człowiek ładniej wygląda. Tak przynajmniej myślę ja, pisarz Gazety – i tak myśli wielu ludzi oświeconych, którym smutno robi się na duszy, kiedy widzą, jak w niektórych okolicach kraju, ciemna młodzież porzuca swój dawny ubiór i przebiera się w kuse niemieckie surduty.

Źródło: „Gazeta Świąteczna” 1882, nr 65, s. 1-2.

_________________

Przypisy:
[1] A. B., W stolicy przaśnego miodu i mleka. Wizyta w dawnej kniei kurpiowskiej, „Dziennik Białostocki”, 1930, nr 164, s. 3.
[2] H. Samsonowicz, Kurpie na mapie Polski, „Zeszyty Naukowe OTN” 1991, z. 5, s. 10.; Por.: Ł. Gut, Kurpiowszczyzna, czyli słowo z historią, <http://kurpie-historia-trwanie.blogspot.com/2018/11/kurpiowszczyzna-czyli-sowo-z-historia.html> [dostęp: 14.12.2018].
[3] M. Morzkowski, Kurpie, „Biblioteka Warszawska”, t. II, 1844, s. 135.
[4] Z. Kmiecik, Redaktor i czytelnicy "Gazety Świątecznej" (1881-1908), „Rocznik Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego” 1973, t. 12, nr 1, s. 10.
[5] A. Chętnik, O Kurpiach, Warszawa 1919, s. 48.

Autor: Łukasz Gut

czwartek, 29 listopada 2018

Krzysztof Augustyniak: Kurpie w powstaniu listopadowym wypadli pozytywnie

Łukasz Gut: Kurpie słynęli jako celni strzelcy, co obrazować miało przysłowie „Strzela jak Kurp”. Czy ich rola w powstaniu listopadowym sprowadzała się tylko do udziału w formacjach strzelców? 

Krzysztof Augustyniak: Oczywiście roli ludności kurpiowskiej nie należy ograniczać jedynie do udziału w formacjach strzeleckich. Kurpie byli co prawda wyłączeni organizacyjnie z Gwardii Ruchomej (stanowiącej rezerwuar sił dla tworzących się oddziałów powstańczych), lecz pełnili m.in. służbę porządkową w ramach Straży Bezpieczeństwa. Można przypuścić także, że część rekrutów formujących pułki 17. i 18. piechoty liniowej była Kurpiami. Wychodząc poza kwestię walki z bronią w ręku, można dodać, że byli oni cennym źródłem informacji dla oddziałów walczących na terenie Kurpiowszczyzny.

Czy da się szacunkowo określić liczbę Kurpiów biorących udział w powstaniu?

Dokładne określenie liczby Kurpiów biorących czynny udział w powstaniu jest niemożliwe ze względu na brak szczegółowych i wiarygodnych danych. Można jedynie próbować oszacować tę liczbę. Z raportów Komisji Województwa Płockiego wynika, że dwa bataliony Kurpiów tworzone na terenie tegoż województwa liczyły 2 tys. ludzi. „Okrągłe” dane budzą jednak spore wątpliwości. Do tej liczby należy doliczyć batalion tworzony w województwie augustowskim oraz rekrutów do nowo tworzonych pułków piechoty liniowej (chociaż teoretycznie nie powinni oni się tam znaleźć, gdyż były one formowane z Gwardii Ruchomej, z której Kurpie byli wyłączeni, jednak w województwie płockim panował w tej kwestii pewien nieporządek). Mielibyśmy zatem już ok. 2 tys. ludzi, może nieco ponad tę granicę do momentu rozpoczęcia działań zbrojnych. Po wkroczeniu Rosjan nie wszyscy jednak ruszyli do walki. Jak wiemy, Kurpie walczyli także w oddziałach Józefa Zaliwskiego i Józefa Godlewskiego, lecz trudno określić, ilu z nich to ludzie „nowi”, a ilu wchodziło w skład wcześniej wymienionych formacji (nie wymieniam tu Franciszka Kochanowskiego, ponieważ jego oddział to jeden ze wspomnianych już wcześniej batalionów kurpiowskich). Podsumowując, ostrożnie szacowałbym liczbę Kurpiów wchodzących w skład różnego rodzaju oddziałów powstańczych na od 2 do 2,5 tys. żołnierzy, oczywiście przy założeniu, że wszyscy wchodzący w skład batalionów Kurpiów byli faktycznie Kurpiami, czego dziś nie jesteśmy w stanie zweryfikować.

(Grafika Friedricha Christopha Dietricha (1779-1847) przedstawiająca "Kurpiki Ostrołęckie" w powstaniu. Datowana na ok. 1831 rok.)

Znane są jakieś przykłady negatywnego stosunku Kurpiów wobec powstania? Jeśli tak, to z czego wynikały?

Odnosząc się do pierwszego pytania, można stwierdzić, że faktycznie przypadki negatywnego nastawienia do powstania zdarzały się. W raporcie Godlewskiego z 15 kwietnia 1831 r. znajdujemy informację, że zasadzka na oficerów rosyjskich przygotowywana przez jeden z podległych mu pododdziałów nie powiodła się, ponieważ „Kurp z Myszyńca” naprowadził kozaków na powstańców czekających w zasadzce. Ponadto po wkroczeniu Rosjan na teren Królestwa Polskiego mieszkańcy terenów obwodu ostrołęckiego nie okazywali posłuszeństwa władzom powstańczym, o czym informował komisarz obwodu. Nie dotyczyło to jednak tylko Kurpiów, lecz ogółu mieszkańców. Można pokusić się o ogólny wniosek, że kiedy na Kurpiowszczyźnie operowały oddziały powstańcze, nawet nieregularne, to postawa ludności była generalnie przychylna. Kiedy jednak mieszkańcy byli pozostawieni sami, wówczas starali się po prostu przetrwać. Podobne prawidłowości zauważyć można na innych terenach Królestwa.

Czy tereny Puszczy Zielonej były obecne w planach wojennych kolejnych władz wojskowych powstania?

Tereny Puszczy Zielonej z racji dużego zalesienia nadawały się doskonale do prowadzenia działań nieregularnych, co zauważył m.in. Ignacy Prądzyński, tworząc plan prowadzenia tzw. „małej wojny”. Koncepcję tę realizowali w praktyce wcześniej wymienieni dowódcy (Godlewski, Kochanowski, Zaliwski). Natomiast nie szukano na terenie Puszczy Zielonej rozstrzygających bitew. Najsłynniejsze starcie w naszym regionie – bitwa pod Ostrołęką z 26 maja 1831 r. – nie było planowane przez dowództwo powstańcze.

Ludność kurpiowska brała udział w bitwie pod Ostrołęką?

Wydaje się, że ludność kurpiowska, wbrew opiniom niektórych regionalistów, nie brała czynnego udziału w bitwie. Wynika to z faktu, że oddziały, w których w tym czasie walczyli Kurpie, po prostu nie uczestniczyły w tym starciu (oddział Zaliwskiego, pułki piechoty tworzone na obszarze województwa płockiego). O udziale takim nie wspominają również najwybitniejsi znawcy tematu: Norbert Kasparek i Wacław Tokarz.

(Grafika Jana Nepomucena Lewickiego pt. "Kurpie" z 1841 r.)

Zauważa Pan jakiś wpływ pamięci o Kurpiach jako doskonałych strzelcach w powoływaniu ich pod broń w 1831 roku? Pamięć historyczna grała tu jakąś rolę?

Rzeczywiście można zauważyć, że już przed rokiem 1831 Kurpie cieszyli się opinią sprawnych strzelców. Opinie takie można znaleźć w źródłach z epoki. To najprawdopodobniej spowodowało, że już na początku grudnia grupa obywateli z ostrołęckiego wystąpiła z inicjatywą stworzenia oddziału złożonego ze strzelców kurpiowskich. Warto przy tym zanotować ciekawostkę, że z raportów z okresu od grudnia 1830 do stycznia 1831 r. wynika, iż oddziały kurpiowskie wcale nie były tak dobrze zaopatrzone w broń palną, jak można by wnioskować z mitu Kurpia-strzelca. Przykładowo w batalionie tworzonym w województwie augustowskim na 420 ludzi strzelb było tylko 94. W batalionie Kochanowskiego formowanym w województwie płockim chyba nie było lepiej, skoro przekazywano na jego rzecz broń zebraną w ramach ofiar dobrowolnych.

Jakby Pan podsumował udział Kurpiów w powstaniu listopadowym? Stanęli na wysokości zadania?

Pomimo pewnych negatywnych przykładów wymienionych wcześniej wydaje się, że postawę Kurpiów jako ogółu należy ocenić pozytywnie. Nie mogli oni samodzielnie odwrócić losów wojny, lecz do batalionów kurpiowskich zgłaszali się generalnie chętnie. W oddziałach Kochanowskiego, Godlewskiego i Zaliwskiego walczyli ofiarnie, a w źródłach z epoki zdecydowanie powszechniejsze są przykłady ich przychylnego stosunku do zrywu. Zatem ogólna ocena jest pozytywna.

Dziękuję za rozmowę.
_____________

Krzysztof Augustyniak - historyk, pracownik Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce, autor prac dotyczących powstania listopadowego. Publikował m.in. w „Zeszytach Naukowych Ostrołęckiego Towarzystwa Naukowego”.

czwartek, 22 listopada 2018

Kurpiowszczyzna, czyli słowo z historią

Tematem niniejszego artykułu jest termin „Kurpiowszczyzna”, używany w odniesieniu do Kurpiowskiej Puszczy Zielonej. Słowo to zadomowiło się w języku jako synonim określenia „Kurpie”, rozumianego jako „wyznaczony geograficznie, etnicznie region”, „część Mazowsza zamieszkana przez Kurpiów; ziemia kurpiowska”[1]. Do zajęcia się tym tematem skłaniają dwie sprawy. Po pierwsze, „Kurpiowszczyzna” znajduje swoje miejsce w licznych publikacjach poświęconych lokalnej historii. Wymieńmy dla przykładu następujące prace:
-Stanisław Pajka, Wpisani w Kurpiowszczyznę i w życie moje, Ostrołęka 2003.
-Stanisława Pajka, Słownik biograficzny Kurpiowszczyzny, Kadzidło 2008.
-Kultura religijna Kurpiowszczyzny, red. M. Ozorowski, Olecko 2004.
-Kurpiowszczyzna. Kultura, Historia, Gospodarka, red. J. Gołota, J. Mironczuk, Ostrołęka 2017.

Po drugie, słowo „Kurpiowszczyzna” wzbudziło przed laty kontrowersje, a w sprawie jego używania zabrała głos nawet Rada Języka Polskiego. Przyjrzyjmy się określeniu, które według korespondenta Rady miało być związane z latami po II wojnie światowej. Według anonimowego autora listu opublikowanego na stronie internetowej Rady Języka Polskiego, etymologię słowa Kurpiowszczyzna należy wiązać z następującymi faktami:

„Jeszcze w okresie międzywojennym „puszczaki” powszechnie wstydzili się tego, że są Kurpiami, swoje pochodzenie skrzętnie ukrywali, a określenie „Kurp” traktowali jako obraźliwe. Takiego stosunku do tego słowa nie mieli już jednak przedwojenni badacze regionu. W literaturze, jaką po sobie zostawili, znaleźć można jednak jedynie określenie „kurpie” – nigdy jednak „kurpiowszczyzna”. Po II Wojnie Światowej, wraz z masową migracją ze wsi do miast (w przypadku Kurpi głównie Ostrołęki), zaczęła zmieniać się mentalność tych ludzi i wkrótce powstał problem ich tożsamości i sięgania do korzeni. Wtedy powstało określenie „kurpiowszczyzna”. W brzmieniu miało coś z „kurpi”, a jednocześnie nie miało w odczuciu mieszkańców odcienia negatywnego. Nie za bardzo było wiadomo, co to jest „Kurpiowszczyzna”[2].

W odpowiedzi autorowi, prof. Aleksandra Cieślikowa przyznała, że trudno jej podać chronologię, kiedy w obiegu pojawiła się nazwa „Kurpiowszczyzna”. Jak jednak stwierdziła: „Kurpie i Kurpiowszczyzna są synonimami i określają region, stąd wielka litera. Sądzę, że Kurpiowszczyzna została utworzona, aby zróżnicować: Kurpie ‘mieszkańcy’ i Kurpie ‘teren, region’. Słowotwórczo nie różni się od Kielecczyzny, Lubelszczyzny, Białostocczyzny itp.”[3].

Używanie określenia „Kurpiowszczyzna” wydaje się więc jak najbardziej poprawne. Co jednak z chronologią? Czy autor cytowanego listu ma rację, pisząc, iż przedwojenni badacze regionu nie używali nazwy „Kurpiowszczyzna”?

(Fragment strony tytułowej powieści Kazimierza W. Wójcickiego)
Kurpiki i Kurpie

Określenie „Kurpie” pojawia się na stałe w XIX wieku. W XVIII stuleciu źródła notują „Kurpików”. „Swawolni i do rebellij skłonni Kurpikowie” to zapis z lat trzydziestych, kiedy Kurpie bili się w czasie konfederacji dzikowskiej po stronie Stanisława Leszczyńskiego, a przeciwko Rosjanom i Sasom, a więc wojskom popierającym Augusta III[4]. Z 1735 r. posiadamy relację, według której trudna sytuacja Kurpiów polegała na brakach w żywności. „Alimentu u Kurpikow już nie staie” – podaje raport z walk przeciw Rosjanom[5]. Słynny pamiętnikarz ks. Jędrzej Kitowicz opowiadał, jak niejaki Dzierzanowski „zjawił się w Polsce i zbierał konfederacyą w zielonej puszczy, sławnym kraju kurpików (…)”, a o samych Kurpiach pisał: „Kurpikowie, lud prosty (…)”[6]. Jeszcze Samuel Bogumił Linde w Słowniku języka polskiego, choć wydanym w XIX wieku, ale zawierającym materiał leksykalny z okresu wcześniejszego, opisał hasło „Kurp” odnośnie do obuwia, jak i wyrażenie „Kurpik”, tłumacząc: „W ziemiach Ciechanowskiey i Łomżyńskiey są osady pod nazwiskiem Kurpików Bast-schuh-bauern, bardzo ćwiczone w strzelaniu”[7].

W XIX wieku, mimo, że nazwa „Kurpik” nadal pozostaje w użyciu, zaczyna powoli być wypierana w druku przez określenie „Kurpie”, oznaczające zarówno sam region kurpiowski, jak i jego mieszkańców. Kazimierz Władysław Wójcicki w 1830 r.zamieścił w czasopiśmie „Ziemomysł” artykuł pt. O Kurpiach, w którym być może jako pierwszy zanotował powiedzenie „Strzela jak Kurp”[8]. Z kolei w 1834 r. napisał powieść pt. Kurpie. Już nie tylko na „Kurpików”, ale i na „Kurpiów” natrafiamy czytając prasę z okresu powstania listopadowego[9]. W drugiej połowie XIX wieku to „Kurpie” stają się nazwą dominującą na określenie mieszkańców puszczy, a także samego regionu. Jeśli chodzi o region, posługiwano się również określeniami takimi jak „Puszcza Myszyniecka”, „Puszcza Kurpiowska”, „Ziemia Kurpiów”, „Puszcza Zielona” czy „Puszcza Szkwańska”[10].


(Prawa, Konstytucye y Przywileie Królewstwa Polskiego, y Wielkiego Xięstwa..., Warszawa 1739)
Kurpiowszczyzna

W przypadku odpowiedzi na pytanie, kiedy dane słowo pojawiło się po raz pierwszy w użyciu, ryzykujemy pomyłkę. Podejmijmy jednak to ryzyko. Pierwsze poświadczone wystąpienie słowa „Kurpiowszczyzna” udało się odnaleźć w publikacji z 1892 roku i to nie byle jakiej. Ludwik Krzywicki w rozprawie Kurpie, drukowanej na łamach „Biblioteki Warszawskiej” zamieścił następujące zdanie: „Nazwy, właściwe wodom i bagnom Kurpiowszczyzny, wciąż tam występują w podobnem użyciu, natura gruntów jest równie ta sama”[11]. W kolejnych latach, o ile nam wiadomo, słowo „Kurpiowszczyzna” nie zagościło na stałe w dostępnych publikacjach. Dopiero w latach 20., a szczególnie 30. XX wieku znajdujemy większą liczbę artykułów, w których pada interesujące nas sformułowanie. Zaczyna posługiwać się nim prasa, zarówno lokalna, jak i ogólnopolska[12]. O Kurpiowszczyźnie pisał m.in. jeden z recenzentów Wesela na Kurpiach ks. Władysława Skierkowskiego[13]. „Kurpiowszczyzna” stała się pojęciem, którego używali też badacze regionu, m.in. Adam Chętnik i Franciszek Piaścik[14].

Podsumowując, należy stwierdzić, że termin „Kurpiowszczyzna” ma dość długą historię, a jego rozpowszechnienie można zauważyć już w latach międzywojennych. Po wojnie nastąpiła dalsza popularyzacja tego określenia, ktore na stałe zadomowiło się nie tylko wśród prac historycznych. 

____________

Przypisy:
[1] E. Sobol, Popularny słownik języka polskiego PWN, Warszawa 2001, s. 393.
[3] Ibidem.
[4]Wiesław Majewski, Puszcza Zielona ostatnią ostoją Dzikowian, "Zeszyty Naukowe OTN", T. 1, 1987, s. 12-27.
[5] „Gazety Polskie”, 1735, nr 72.
[6] J. Kitowicz, Pamiętniki do panowania Augusta III i Stanisława Augusta, wyd. A. Woykowski, Poznań 1840, s. 120.
[7] S. B. Linde, Słownik Języka Polskiego, T. 1, cz. 2, Warszawa 1808, s. 1190.
[8] K. W. Wójcicki, O Kurpiach, „Ziemomysł”, 1830, t. 3, nr 18, s. 173.
[9] „Goniec Krakowski”, 1830, nr 174, s. 1421.
[10] M. Samsel, Kurpie, Kurpiowszczyzna czy Puszcza Zielona?, 
„Pracownia”, 2001, nr 4, s. 105.
[11] L. Krzywicki, Kurpie, „Biblioteka Warszawska” 1892, t. 3, s.
[12] Np. „Przegląd Ostrołęcki”, 1936, nr 9, s. 4-5; „Dzień Dobry”, 1939, nr 31, s. 7.
[13]S. Klaczyński, Wesele na Kurpiach, 
„Kurier Wileński”, 1928, nr 226, s. 7.
[14] A. Chętnik, Jak ginie dawna Kurpiowszczyzna, Nowogród 1935.; F. Piaścik, Osadnictwo w Puszczy Kurpiowskiej, Warszawa 1939, s. 11.

Autor: Łukasz Gut