wtorek, 3 września 2019

„Na chwilę przed wojną”. Rozmowa z Wojciechem Szewczakiem o Kurpiach, wrześniu 1939 i rekonstrukcji historycznej

Przedstawiam rozmowę z Wojciechem Szewczakiem, pomysłodawcą i koordynatorem projektu „Na chwilę przed wojną” - Sierpień 1939 na Kurpiach, przedstawiającego cykl zdjęć, których celem jest propagowanie wiedzy na temat walk żołnierza polskiego na Kurpiowszczyźnie we wrześniu 1939 roku.  

Łukasz Gut: W połowie sierpnia w Internecie pojawiły się pierwsze zdjęcia z cyklu „Na chwilę przed wojną” - Sierpień 1939 na Kurpiach. Jak narodził się pomysł takiej wystawy?

Wojciech Szewczak: Pomysł zrodził się już dość dawno. Obecnie pracuję jako nauczyciel w Grodnie na Białorusi. Szybko zwróciłem tam uwagę na niewielką ilość informacji w tzw. przestrzeni publicznej na temat walk żołnierza polskiego w obronie Grodna i w boju pod Kodziowcami w 1939 roku. Od razu odniosłem to do walk na Kurpiach. Przecież niedaleko Myszyńca, miedzy Dąbrowami a Rozogami w 1939 roku przebiegała granica z Niemcami. Już pobieżne badanie źródeł potwierdziło, że rzeczywiście na terenie Kurpiowszczyzny toczyły się walki we wrześniu 1939 roku.
 
(Na zdjęciu uczestnicy projektu. Od lewej: Ewa Janiszewska, Zbigniew Janiszewski, Tomasz Posmyk (z tyłu), Iwona Parapura, Jakub Wójcik, Piotr Parapura, Jan Karpiński, Justyna Rolka, Kamil Puka, Wojciech Szewczak)

Jak więc przebiegały prace nad zdjęciami?


Pierwsze realne szanse na zrobienie tych zdjęć pojawiły się, kiedy poznałem Kolegów: Zbigniewa Janiszewskiego z Kurpiowskiej Grupy Historycznej „Ostoya” i Piotra Parapurę z Grupy Historycznej „Niepodległość 1863”. Obydwu spodobał się ten pomysł i mogliśmy myśleć o realizacji. Około roku temu zobaczyłem zdjęcia Justyny Rolki, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie a w maju br. zrobiliśmy z Justyną serię próbnych zdjęć w mundurze na tle grodzieńskich zabytków. Z tych zdjęć byliśmy bardzo zadowoleni więc mogliśmy rozpocząć prace nad zdjęciami na Kurpiach.

Czyli wynika z tego co Pan mówi, że w projekt zaangażowanych jest sporo osób?

Tak, nawet nie próbowałem udźwignąć tak dużego przedsięwzięcia sam, na szczęście w projekt zaangażowało się rzeczywiście wiele osób. Jakoś tak wyszło, że każdy z uczestników sam sobie wyznaczył i przyjął zadania w projekcie. Kilkugodzinna praca na planie zdjęciowym też przebiegała w serdecznej atmosferze pomimo upału. Trzeba także pamiętać, że przemieszczaliśmy się po terenie całego Skansenu Kurpiowskiego w Nowogrodzie ze sporą ilością sprzętu. Obecnie w projekcie udział biorą trzy grupy rekonstrukcyjne i fotograf, łącznie ok. 10 osób.

Dlaczego walki na Kurpiach we wrześniu 1939 roku są dla was tak istotne, że postanowiliście je propagować swoimi zdjęciami?

Walki na Kurpiach były tylko jednym z elementów Polskiej Wojny Obronnej 1939 roku. Istnieją jednak dwa ważne powody, dla których postanowiliśmy przypomnieć naszymi zdjęciami właśnie o nich.

Po pierwsze, jesteśmy z tego regionu, jesteśmy więc z Kurpiami związani emocjonalnie. Członkowie Kurpiowskiej Grupy Historycznej „Ostoya” - Zbyszek Janiszewski, Tomek Posmyk, Janek Karpiński, Jakub Wójcik i Kamil Puka urodzili się na Kurpiach i tu mieszkają, natomiast ja u dziadków na Kurpiach spędzałem wakacje. Rodzeństwo Iwona i Piotr Parapura są co prawda z Warszawy, ale bardzo dużo swego rekonstruktorskiego czasu poświęcają właśnie Kurpiowszczyźnie.

Drugim powodem jest to, że dużo mówi się o obronie Westerplatte, bitwie nad Bzurą, bitwie pod Kockiem, a zupełnie zapomina się o tym, że nasi żołnierze we wrześniu ginęli także na ziemi kurpiowskiej. Broniąc północnych rubieży Rzeczypospolitej również zasłużyli na to byśmy o nich pamiętali.

Zrobienie tego cyklu fotografii to nie jedyne wasze działania. Czym się jeszcze zajmujecie?

Przede wszystkim działamy na polu edukacji. Bierzemy udział w rekonstrukcjach walk z września 1939 roku, partyzantki 1939-45 i żołnierzy wyklętych, czyli okresu 1944-63. Poza tym KGH „Ostoya” i GH „Niepodległość 1863” odtwarzają wydarzenia historyczne od okresu Powstania Styczniowego do czasów Żołnierzy Wyklętych. Celem działań wszystkich trzech grup jest edukacja. Chodzi o to, żeby uczyć historii w sposób na tyle ciekawy, aby zainteresować również osoby, które historii nie lubią.

Znany jest mit o słabości polskiej kawalerii w 1939 roku. Czy macie zamiar obalać ten i inne mity związane z walkami we wrześniu 1939?


Ten mit to wymysł niemieckiej propagandy, podtrzymywany później w okresie powojennym przez komunistów. Celem takich działań było skompromitowanie polskiego żołnierza, dowództwa i rządu w oczach Polaków. Takich mitów wrześniowych jest wiele i oczywiście trzeba je odkłamywać, ale cała historia Polski XX wieku została mocno wypaczona w okresie powojennym. Naszymi działaniami staramy się to odkłamywać. Odtwarzanie danej formacji zbrojnej jest swego rodzaju nauką historii na żywo i dzięki temu właśnie jest to naszym zdaniem bardzo dobra forma edukowania nie tylko dzieci i młodzieży, ale też dorosłych. To doskonałe uzupełnienie wiedzy zdobywanej w szkołach.

Jakie macie plany na przyszłość?

Oczywiście najważniejsze są inscenizacje historyczne, ponieważ one przyciągają najwięcej widzów. Staramy się też brać udział w obchodach świąt narodowych i prowadzimy inne działania związane z prostowaniem naszej historii i przekazywaniem wiedzy historycznej młodszym i starszym. Naszym celem jest ukazanie historii w możliwie najatrakcyjniejszy sposób i oczywiście edukowanie wszystkich grup wiekowych.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę wielu dalszych sukcesów i udanych rekonstrukcji.

niedziela, 1 września 2019

Dwie relacje z walk w we Wrześniu 1939 roku na Kurpiach

80 lat temu Niemcy bez wypowiedzenia wojny zaatakowały Polskę. 1 września 1939 roku dotknął również Kurpiów. Pod Myszyńcem, Kadzidłem czy Dylewem polscy żołnierze bili się dzielnie, mimo znacznej, technicznej przewagi wroga. Poniższe dwie relacje z walk we Wrześniu 1939 roku obrazują wysiłek żołnierzy w wojnie z Niemcami.

Relacje sierżanta Czesława Święczkowskiego i podporucznika Jana Władysława Kurasia to kolejne z publikowanych przeze mnie "wrześniowych" relacji. Stosunkowo szczegółowe informacje z nich płynące są okraszone w przypadku Kurasia ogólną oceną kampanii, której fragment warto przytoczyć:

Wyrobiony żołnierz był dobrze, pragnął walki, pragnął odwetu. Bezsprzecznie, że żołnierz ten wykazywał mało inicjatywy, jednakże wykonawcą był b. dobrym. Odwrót jest najgorszą fazą wojny i najbardziej demoralizującą, lecz stwierdzić muszę z własnej obserwacji, że żołnierz, który się cofał przez dwa tygodnie, gdyby miał okazję pójść do przodu byłby poszedł i biłby się b. dobrze.

Każdy z d-ców musiał swoją inicjatywą pokrywać sprawę niedostatecznego zaopatrzenia w żywność i amunicję. Musiał walczyć z brakami, równocześnie utrzymywać stan posiadania oddziałów, bo żołnierz przy b. dużym wysiłku marszowym, przeciętnie dni marszu licząc od 20-50 km na dobę, wyzbywał się obciążenia do butów włącznie, rzadko się zdarzało, ażeby rzucił broń.


Zachęcam do lektury.

(Żołnierze niemieccy zrywają godło Polski ze szlabanu granicznego. Przejście graniczne w Kolibkach, 01.09.1939. Źródło: CAW)

__________________

Sierżant Czesław Święczkowski, zastępca dowódcy plutonu łączności I baonu 71 pp. 18 dywizji piechoty
 
31 sierpnia o godz. 19.00 zadzwonił ostro telefon. Podniosłem słuchawkę. Por. Kruszewski wydał krótki rozkaz: o godz. 20.00 należy osiągnąć południowy skraj lasu Zakrzewo Nowe na drodze Łomża – Zambrów. (…) O godz. 21.00 został wydany rozkaz marszu w kierunku na Myszyniec. O świcie w dniu 1 września pułk osiągnął wieś Chojny Stare w marszu w kierunku na Nowogród. 

Zarządzony został chwilowy postój w marszu. Oddziały rozlokowały się w sąsiednich laskach. M.p. d-cy pułku w Chojnach Starych. Przyjechał d-ca dywizji Kossecki. Słyszałem wydawane rozkazy. Zarządzono dwugodzinny postój. Łączność działała sprawnie. Dzień zapowiadał się pogodny. Słońce świeciło ostro, było ciepło, widoczność doskonała. Nagle tak ładnie zapowiadający się dzień został zakłócony, w górze słychać było głuchy warkot silników samolotów niemieckich. Niemcy rozpoczęli działania wojenne na tym odcinku frontu bombardując m. Łomżę.

Zarządzony został marsz forsowny przez Nowogród w kierunku na Myszyniec, nękany z broni pokładowej atakujących samolotów niemieckich. 71 pp. Wyszedł na przedpola obrony Narwi w Nowogrodzie, zapadając w marszu w lasach w odl. Około 7 km od Myszyńca. Miejsce postoju d-cy pułku zostało urządzone prowizorycznie w lesie. Kompania zwiadowców dostała rozkaz rozpoznania przedpola. Bataliony zajmowały wyznaczone stanowiska. Zwiadowcy penetrując teren związali się w walce z patrolem Niemców. W wyniku starcia byli zabici i ranni. Wzięto do niewoli dwóch jeńców, których doprowadzono do d-cy pułku. Z zeznań jeńców wynikało, że Myszyniec został zajęty. 

Niemcy nie atakowali. W dniu 3 września o godz. 8.00 włączyłem odbiornik na Warszawę. W stolicy entuzjazm. Francja i Anglia wypowiedziały wojnę Niemcom. Wiadomość przekazałem d-cy plutonu. I kompania I-szego Batalionu domagała się walki. D-ca kompanii prosił o zadanie d-cy pułku. Pułk. Zbijewski wysłuchał raportu d-cy kompanii i po chwilowym zastanowieniu powiedział: „dobrze, zadanie otrzymacie”. Zaraz nastąpiła narada z towarzyszącymi oficerami i ustalono: I kompania rozpozna, jakie siły niemieckie znajdują się w Myszyńcu i jeżeli to będzie możliwe, Myszyniec należy zdobyć.

Kompania została odpowiednio wzmocniona i następnego dnia o świcie uderzyła na Myszyniec. Niemcy nie dali się zaskoczyć. W wyniku starcia byli zabici i ranni. I kompania poniosła dotkliwe straty. 

5 września pułk otrzymał rozkaz wzmocnienia obrony Narwi na odcinku Ostrołęka – Różan. Wydane zostały odpowiednie rozkazy. Pułk maszerował w kierunku nakazanym. Koszmarny marsz w nocy przy łunach pożarów, a w dzień pod ogniem bomb samolotów trwał do następnego dnia do godz. 15.00. Dotarliśmy na wyznaczony odcinek frontu.

Pułk przystąpił do wykonania odpowiednich umocnień i przyjęcia walk obronnych. Byliśmy bez przerwy w zasięgu działań artylerii niemieckiej i lotnictwa. Niemcy przystąpili do forsowania Narwi przy użyciu zorganizowanego sprzętu i ludzi. Dalsza obrona okazała się niemożliwa. Pułk znalazł się w odwrocie. Maszerowaliśmy na Ostrołękę. Straty w ludziach i sprzęcie były znaczne. O świcie 8 września maszerowaliśmy przez Wojciechowice na wysokości koszar 5 p. ułanów. Alarm lotniczy, spadają bomby, są zabici i ranni. D-ca pułku decyduje marsz w kierunku na Śniadowo.

Źródło: IPMS, B.I.14e/2, Czesław Święczkowski, Wspomnienie z kampanii wrześniowej 1939 r. z działań 71 pp. 18 dywizji piechoty, s. 38-40.
___________________


Podporucznik Jan Władysław Kuraś, dowódca III plutonu 7 kompanii III batalionu 42 pp.

1 IX około godziny 21.00 dca komp. otrzymał rozkaz od dcy Baonu zorganizowania wypadu w kierunku na Myszyniec na Siarczą Łąkę. Dca komp. sam zabrał 4 drużyny i wyruszył pieszo około 8 km na wypad. Trafił w próżnię ponieważ nieprzyjaciel wycofał się na noc. O świcie dca Baonu wysyła resztę komp. kolejką wąskotorową, ażeby ułatwić wycofanie się plutonu wypadowego, do m. Kadzidło. Jeszcze nie zajęliśmy stanowisk gdy wycofujące i prowadzące walkę oddziały O.N. i pluton – wypadowy przeszedł przez naszą linię. Otrzymałem rozkaz przez gońca, ażeby się wycofać na południowy skraj Kadzidła do lasu, zająć stanowiska i powstrzymać szybkie posuwanie się npla.

Zatrzymując uciekających żołnierzy nie zauważyłem, że jestem sam [z plutonu(?) – słowo nieczytelne – przyp. Ł.G.]. Gdy się zorientowałem w sytuacji, już patrole npla podchodziły do najbliższych domów od stanowisk. Dałem rozkaz ogniowy, po kilku minutach walki zarządziłem wycofanie się pojedynczo. Łatwe było wycofanie ponieważ stanowiska były na skraju lasu. Odskoczyłem do tyłu około 300 m i zatrzymałem pluton na skraju polany leśnej. Wybrałem patrol celem stwierdzenia co npl. robi. Patrol z połowy drogi wrócił, już pod ogniem npla. Między drzewami ukazał się konny patrol npla. Rozkazałem otwarcie silnego ognia specjalnie z broni maszynowej. To powstrzymało agresywnego przeciwnego do tego stopnia, że bez przeszkód wycofałem się przez otwarty około 2 1/2 km teren, bez strzału. D-ca komp. otrzymał rozkaz przez motocyklistę zorganizowania obrony w m. Dylewo przez którą przechodziła szosa Myszyniec-Ostrołęka. W czasie organizowania obrony dla wzmocnienia, której przydzielony został pluton artylerii, na horyzoncie na kierunku lewego skrzydła zauważono tabun koni i koniowodnych maszerujących w kierunku npla. D-ca plutonu artylerii otworzył ogień na ten cel. Konie ruszone kłusem znikły w lesie.

Plan D-cy Baonu: Związać posuwającego się npla od czoła, zmusić go do rozwinięcia w otwartym terenie a resztą Baonu uderzyć ze skrzydła. Plan ten nie został wykonany, ponieważ npl. nie posuwał się dalej i d-ca dywizji płk. Kossecki osobiście wydał rozkaz nierealizowania go, a kompanię 7 wycofać na stanowiska obronne Łodziska. W czasie wycofywania się komp. 7 został otworzony b. silny ogień artylerii npla oraz broni maszynowej ze skrzydła. Ogień prowadzony ze skrzydła odcinał drogę odwrotu. Kompania zaskoczona ogniem podczas wycofywania się pierzchła w szalonym popłochu, rozsypując się w bezładną ucieczkę. Było to około godziny 14.00 drugiego września w m. Dylewo. O godz. 20.00 na stanowiskach w m. Łodziska było z komp. 3 oficerów i 36 prawie wszyscy bez broni, szeregowych. Stanowiska Baonu od m. Dylewo były około 2 km. Strat dużych nie było w ciągu nocy i następnego dnia, stan komp. był około 160 ludzi. Ciężko ranny w nogi został na polu bitwy obserwator mojego plutonu kpr. Aila[?], którego spotkał przy wycofaniu d-ca komp.
Stan moralny komp. po tej bitwie był bardzo marny. Około godziny 16.00 pięć naszych bombowców bombardowało kolumnę npl. od m. Kadzidło w kierunku na Myszyniec. Do bombowców był prowadzony bardzo silny ogień artylerii p.lot.

W dniu 5.IX Baon został marszem nocnym wycofany z m. Łodziska do m. Tobolice koło Ostrołęki. Po wydaniu śniadania w lesie Tobolice, Baon wyruszył około godz. 8.00 na stanowiska obronne na rzece Narew, poczynając od m. Ostrołęka do m. Kamianka.

(…) Trudności mobilizacyjne były dla nas tylko pod względem wozów a w związku z tym z zaopatrzeniem. Działanie „V kolumny” było widoczne przy wycofywaniu się; sianie paniki i podpalanie lasu obok kolumn, może wskazywanie celów dla artylerii npla.

Trudności w zaopatrzeniu były b. duże na skutek trakcji konnokołowej, daleko położone w tyle punkty zaopatrzenia, zniszczone drogi i mosty przez lotnictwo npla. Ewakuacji, wydaje mi się, prawie wcale nie było. Organizował sobie każdy d-ca na swoją rękę. Żołnierz ostatkiem sił, boso, uciekał, ażeby ujść niewoli, lecz były momenty, że nie wytrzymywał i zostawał. 

Oficerowi młodsi i podoficerowie dawali z siebie maximum wysiłku i dobrze zrozumiałej woli. Stawali się po prostu opiekunami każdego żołnierza w wojskowym pojęciu. Gorzej były kiedy przyszło do kryzysu. Wyczytać można było wyrzut w oczach podoficera, chociaż nic nie mówił, widać było żal do oficera. Nie wyobrażam sobie, ażeby obecny żołnierz mógł dać tyle wysiłku z siebie i być do tego stopnia zdolny do walki, tak jak nim był żołnierz 1939.

Żołnierz, który dziś był w odwrocie, gotów jutro iść do natarcia. Wyrobiony żołnierz był dobrze, pragnął walki, pragnął odwetu. Bezsprzecznie, że żołnierz ten wykazywał mało inicjatywy, jednakże wykonawcą był b. dobrym. Odwrót jest najgorszą fazą wojny i najbardziej demoralizującą, lecz stwierdzić muszę z własnej obserwacji, że żołnierz, który się cofał przez dwa tygodnie, gdyby miał okazję pójść do przodu byłby poszedł i biłby się b. dobrze. 

Każdy z d-ców musiał swoją inicjatywą pokrywać sprawę niedostatecznego zaopatrzenia w żywność i amunicję. Musiał walczyć z brakami, równocześnie utrzymywać stan posiadania oddziałów, bo żołnierz przy b. dużym wysiłku marszowym, przeciętnie dni marszu licząc od 20-50 km na dobę, wyzbywał się obciążenia do butów włącznie, rzadko się zdarzało, ażeby rzucił broń. Widziałem armię niemiecką w odwrocie, przedstawiała się daleko gorzej od naszych oddziałów.

Źródło: IPMS, B.I.14d/10, Relacja Jana Władysława Kurasia z 1 grudnia 1945 r., s. 29-37.

środa, 21 sierpnia 2019

Wrzesień 1939 na Kurpiach: Relacja ppor. Edwarda Busko

Przypadająca 1 września 2019 roku 80. rocznica wybuchu II wojny światowej to doskonała okazja do przypomnienia wysiłku polskich żołnierzy na Kurpiach. Warto pamiętać, że armia niemiecka przekroczyła granice Polski w okolicy Myszyńca już około godz. 5.00 rano. Tak więc wojna na terenach Kurpiowszczyzny rozpoczęła się niewiele później niż naloty na Wieluń, czy atak na Westerplatte.

Drugą relacją (po relacji por. Józefa Szewczyka), którą publikuję jest sprawozdanie podporucznika rezerwy Edwarda Busko, dowódcy II plutonu 7 kompanii III baonu 42 pułku piechoty, wchodzącego w skład 18 dywizji piechoty (część SGO "Narew"). Opublikowałem fragment dotyczący walk na Kurpiach, późniejsze losy pominąłem. Wszystkie z publikowanych relacji pochodzą ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. Zachowano pisownię oryginalną.
___________________

(Fragment mapy operacyjnej Polski z 1932 roku. Edward Busko walczył w Kadzidle i okolicach)

Podporucznik rezerwy Edward Busko, dowódca II plutonu 7 kompanii III baonu 42 p.p.:

1-2.IX. komp. 7 wyrzucona poza Kadzidło na wypad. Mój pluton powstrzymuje npla na płn. od cmentarza, następnie na płd. od miejscowości Kadzidło uniemożliwiając wyjście npla. Otrzymujemy silny ogień dodatkowy 2 km z flanki. Zgodnie z ustnym rozkazem kpt. Zniszczyńskiego, wycofujemy się na swą podstawę wyjściową, z tym że część plut. z moim zastępcą po wsch. stronie drogi, dwie drużyny zaś po zach. Spotykam w odl. 5 km od naszej pozycji obronnej dwie komp. pod d-ctwem mjr. Chmielewskiego. (Plan przeciwuderzenia z flanki na prącego npla wzdłuż szosy.) 

Rozkaz odwoławczy i łącznie z tymi oddziałami wracamy pod ogniem kmów na Durlasy.
Cały wieczór bezustanna wymiana ogniowa. Straty kompanii przy odwrocie duże, z plutonu – 6 ciu. Następnego dnia natarcie na Kadzidło, bez oporu zajmujemy północne skraje Kadzidła (Niemcy uderzają na Baranowo – Różan).

Rozkaz wycofania na Durlasy. W nocy otrzymuję rozkaz zaciągnięcia placówki oficerskiej w Olszewce (7 km na wschód od baonu) - ubezpieczenie baonu z flanki.

Tu tylko drobne starcia z patrolami kawaleryjskimi npla wzdłuż wsi Baranów – Różan. Po dwóch dniach rozkaz ściągnięcia placówki i dołączenie z plutonem do baonu wycofującego się na Ostrołękę.

Źródło: Instytut Polski i Muzeum gen. Sikorskiego w Londynie, B.I.14d/9, Relacja Edwarda Busko z 24 listopada 1945 r., s. 27-28.

oprac. Łukasz Gut

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Wrzesień 1939 na Kurpiach: Relacja por. Józefa Szewczyka

Przypadająca 1 września 2019 roku 80. rocznica wybuchu II wojny światowej to doskonała okazja do przypomnienia wysiłku polskich żołnierzy na Kurpiach. Warto pamiętać, że armia niemiecka przekroczyła granice Polski w okolicy Myszyńca już około godz. 5.00 rano. Tak więc wojna na terenach Kurpiowszczyzny rozpoczęła się niewiele później niż naloty na Wieluń, czy atak na Westerplatte.

Niniejszy wpis rozpoczyna serię tekstów, w których publikowane będą relacje żołnierzy walczących w okolicach Myszyńca, Kadzidła i Ostrołęki. Relacje te historykom są znane, ale, jak się wydaje, szerzej nie funkcjonują w świadomości mieszkańców regionu. Stąd decyzja o ich opublikowaniu, tym bardziej, że nic tak nie oddaje klimatu Września, jak opowieści uczestników.

Pierwszą relacją, którą publikuję jest sprawozdanie porucznika Józefa Szewczyka, dowódcy kompanii ON „Ostrołęka III”, wchodzącej w skład batalionu ON „Kurpie”. Opublikowałem fragment opisujący losy od 1 września. Wszystkie z publikowanych relacji pochodzą ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie. Zachowano pisownię oryginalną.
___________________
(Kadzidło we wrześniu 1939 roku)

Relacja porucznika Józefa Szewczyka, dowódcy kompanii ON „Ostrołęka III”, batalion ON „Kurpie”:

W dniu 1 września godz. 5 rano oddziały niemieckie przekroczyły granicę, stoczyły walkę z moimi placówkami, które pod silnym ogniem npla wycofały się na linię obronną 6 km w tyle na skraju miejscowości Myszyniec. Z tą chwilą, mając zadanie opóźniać po szosie Myszyniec – Ostrołęka, rozpocząłem wykonywanie zadania. W pierwszym dniu trzy razy zmieniałem stanowiska obronne na przestrzeni około 12 km. Stanowiska te były już z góry przygotowane. 

W nocy z 1 na 2 września walka osłabła, nie zmieniałem stanowisk, ograniczając się tylko do wysyłania patroli na przedpole. W dniu drugiego września nieprzyjaciel rozpoczął działalność bojową około godz. 5 rano. Przedtem, jeszcze w nocy około godziny 1.00 kompania strzelecka z 42 p.p. przeszła przez moje stanowiska, silnego npla nie spotkała, wracając nad ranem została silnym ogniem ostrzelana, ponosząc duże straty, równocześnie ruszyło natarcie npla na moje stanowisko, rozpoczęło się działanie opóźniające. 

Wieczorem około godziny 20-tej zostałem ranny w rejonie miejscowości Kadzidło. W czasie całego działania żadnych rozkazów z góry nie otrzymałem, natomiast w nocy przyjechał do mnie sam D-ca Baonu. Miałem do czynienia z piechotą npla, z czołgami w ilości czterech, pociągu wąskotorowego uzbrojonego w broń maszynową, a który mi najwięcej dokuczał. Nie miałem środków do zwalczania go, ograniczyłem się do niszczenia toru.

Ponieważ kompania składała się ze strzelców pochodzących z okolic przez które prowadziłem walkę, w drugim dniu w południe po sprawdzeniu okazało się brak około 40%. Zabitych nie widziałem w swoim rejonie, natomiast rannych miałem kilku, których sanitariusze na miejscu opatrzyli i odesłali ich do tyłu do komp. drugiej, która miała przedłużać kierunek opóźniania. Silną pozycję obronną na skraju miejscowości Myszyniec opuściłem nie tyle na silny ogień npla, ile na silny ogień pochodzący z samych budynków miejscowości Myszyniec. Opuszczając miejscowość ludzie moi chwycili dwóch cywili z bronią. 

Trudności w prowadzeniu walki miałem duże: przede wszystkim broń francuska, stara, powodowała ciągłe zacięcia, śruby łączące trzon zamkowy wylatywały, a karabin stawał się niezdolnym, broń maszynową francuską musieli żołnierze przenosić, gdyż wozy cywilne poruszać się nie mogły po terenie, po którym działałem, broń ta stara (magazynki), taśmy pogięte, powodowały przerywanie ognia. Broń tą dostałem kilka dni przed 1 września. Lekkie karabiny maszynowe stare magazynki pogięte. Tą dużą nieobecność ludzi w drugim dniu tłumaczę tym, że ludzie Ci widząc pożary spowodowane przez artylerię nieprzyjaciela, odchodzili ratując swego mienia. Lotnictwa npla nie spotkałem w działaniu.

Źródło
: Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego, B.I.14h/1, Relacja Józefa Szewczyka z 1 grudnia 1945 r., s. 2-3.

oprac. Łukasz Gut

sobota, 17 sierpnia 2019

W krainie bursztynu. Muzeum w Nowogrodzie w 1926 roku

Kurpiowska Puszcza Zielona wielokrotnie bywała przedmiotem reportaży w dwudziestoleciu międzywojennym. Dziennikarze rozpisywali się o trudnych warunkach życia Kurpiów, ich kulturze, zwyczajach lub charakterze. Rolę nie do przecenienia w zachowaniu reliktów kultury kurpiowskiej odegrał Adam Chętnik i założone przez niego Muzeum Kurpiowskie w Nowogrodzie. O tym jak ciekawym miejscem było przedwojenne muzeum jeszcze przed uroczystym otwarciem świadczy w znacznym stopniu interesujący tekst Stefanii Podhorskiej-Okołów z 1926 roku, który poniżej publikuję.

Autorka reportażu, Stefania Podhorska-Okołów (1884-1962), nie była postacią anonimową. W latach 1921-1922 i 1927-1939 pełniła funkcję redaktora naczelnego przeznaczonego dla kobiet tygodnika „Bluszcz”[1] i ten fragment jej działalności jest najlepiej poznany. Zresztą w poniższym tekście jej autorstwa, o kobietach, a zwłaszcza o ich stroju również jest mowa. Muzeum Kurpiowskie to miejsce szczególne, a tekst jest o tyle ważny, że powstał jeszcze przed uroczystym otwarciem placówki, które odbyło się 19 czerwca 1927 roku. Podhorska-Okołów zajmująco opowiadała m.in. o nabywaniu eksponatów do muzeum, co rzuca pewne światło na to w jaki sposób Chętnik musiał przekonywać Kurpiów do czynnego poparcia jego idei. A że nie było to łatwe, przekonują jego własne słowa z 1929 roku:

Obecnie od dłuższego czasu muzeum nie posiada żadnej pomocy znikąd (...). Ludność miejscowa z małemu wyjątkami nie docenia potrzeby podobnej pracy, zaś tzw. „inteligencja” okoliczna nie interesuje się zupełnie sprawami dawnej kultury ludowej i swego muzeum, jedynego w tych stronach[2].

(Kurpianki na terenie Muzeum Kurpiowskiego w Nowogrodzie. Widoczny fragment sosny bartnej, opisywanej w reportażu. Źródło: Fotografia udostępniona dzięki uprzejmości Centrum Fotografii Krajoznawczej PTTK)
Mimo licznych trudności, Muzeum Kurpiowskie cieszyło się znacznym zainteresowaniem. Relacja z 1933 roku zaświadczała: Zwiedzają je szkoły i uczelnie, studenci i wojskowi, profesorowie uniwersytetów i artyści, przedstawiciele władz i duchowieństwa, przybywają wycieczki nauczycielskie, harcerskie, wioślarskie itp. jak również ludowe dla zapoznania się z własną przeszłością i kulturą. Były wycieczki i gości z zagranicy: (Mazur pruskich, Bułgarji, Jugosławji a nawet Ameryki). Do r. 1930 przybyło razem 163 wycieczki i 4614 zwiedzających, w r. 1931 zwiedzających było 1255, w r. 1932 - 657 osób[3].

Adam Chętnik był przekonany o ważnym miejscu muzeum dla całej kultury kurpiowskiej. Mając poczucie, że nasza kultura rodzima całej połaci północnego Mazowsza (…) ulega już ogólnej niwelacji[4], widział ten badacz wyjątek na tle kosmopolitycznej powodzi. Tym wyjątkiem byli oczywiście Kurpie. Etnograf pod koniec lat 20. pisał: I kto wie, czy regjonalizm nie jest tą naszą ostatnią deską, której wszyscy chwycić się musimy dla ratowania tego, co się w gruzy sypie, a co być winno ostoją naszej kultury swoistej i narodowej[5]

Dzieło Chętnika interesowało publicystów, a jeden z ciekawszych tekstów zamieszczam poniżej, zachęcając czytelników do odbycia podróży wąskotorówką kurpiowską wraz z dziennikarką „Kuriera Warszawskiego”. Zapraszam do Nowogrodu Anno Domini 1926.

_______________________


W krainie bursztynu


Mała lokomotywka i wagoniki, dużo zgrzytu starego żelastwa, brzękania zardzewiałych łańcuchów, tempo tych dawnych dobrych czasów, kiedy pociąg stał tyle „ile trzeba”, – oto wązkotorówka kurpiowska. Niemcy ją zbudowali, w celu eksploatacji lasu, a dziś stanowi ona jedyny środek komunikacyjny, jedyny związek ze światem, a może i błogosławieństwo tej zapadłej okolicy.

Puszcza? Dziś za mocna i niezrozumiała nazwa dla kraju, w którym całemi godzinami można jechać, lasu nie widząc, chyba na widnokręgu. W niepamięć poszły dawne statuty bartne, o których surowości szepce pogłoska, jakoby złodzieja pszczół karał wypróciem jelit i okręceniem ich wokół zrabowanej barci. Mało już kto na Kurpiach umie zażyć liny bartniczej, z której pomocą wspinał się przemyślny pszczół hodowca na najgrubsze nawet barcie o własnej sile i miód wybierał do drewnianych skopków i stągiewek. Ostatnią bodaj taką linkę udało się zdobyć posłowi Adamowi Chętnikowi dla Muzeum krajoznawczego w Nowogrodzie i to w chwili, gdy jej właściciel już ją chciał pociąć na postronki do uprzęży.

– Ile chcecie za linkę? – zapytał zbieracz.

Chłop poskrobał się w głowę: pieniędzy nie ułaknął, powroza mu było szkoda. Sprzedać ani rusz nie chciał. Wreszcie zgodził się przywieźć linkę na targ do miasta, zważyć ją i otrzymać w zamian tyleż postronków na wagę. Tą drogą handlu zamiennego doszedł poseł Chętnik do posiadania oryginalnego zabytku dawnego życia puszczy.

W małym, ale malowniczym ogródku tegoż Muzeum, wspinającym się po stromem zboczu wysokiego brzegu Narwi, wyprostowała się dumnie, niegdyś potężna, dziś zdetronizowana królowa puszczy, barć pięćsetletnia, również niemal cudem ocalona od zagłady. Pszczoły dawno już opuściły w niej swe siedlisko, ale chciwość ludzka nie dała spokoju krzepkiej staruszce. Chodziła wieść, że w otworze barci, misternie dawną modą dłubanym, przechowuje się jeszcze dużo miodu. Dobrali się do niej złodzieje leśni. Dwa dni we czterech rąbali siekierami smolny, na kamień zakrzepły pień, aż powalili olbrzymkę. Wybrali pono trzy pudy miodu, zupełnie scukrowanego i to był ich jedyny łup. Bowiem trzon sosny, nawet porżnięty na kawały, wywieść się z puszczy nie dawał. Łamały się wozy, rwały uprzęże, ludzie klęli na czem świat stoi. A pan Chętnik się uparł zdobyć barć dla Muzeum. Nareszcie pewien gospodarz zgodził się przywieźć ją do Nowogrodu pod warunkiem, że mu zapłacą za wszystkie połamane wozy. Stanęła umowa, chłopek-roztropek zbudował sobie specjalny wóz i historyczną sosnę dostawił na miejsce. Dolna jej część z charakterystycznym otworem stanęła na terytorjum Muzeum krajoznawczego, z górnego kloca zdziałano pomnik dla Stacha Konwy, bohatera kurpiowskiego, co za saskich czasów zginął śmiercią bohaterską w obronie puszczy od obcego najazdu.
(Pomnik Stacha Konwy w Jednaczewie, powstały z sosny bartnej, wspomnianej w reportażu.)
Muzeum w Nowogrodzie prócz tych „curiosów” posiada sporo okazów pierwszorzędnej wartości folklorystycznej. Pełno tu statków już dziś nieużywanych. Jakieś dzbanki na jagody, plecione z białych korzeni sosnowych, jakieś prymitywne dłutka, któremi wioskowy snycerz wyciosywał z lipowego drzewa surowe świątki, sztywnie wyprostowane w cieniu borów odwiecznych, „Chrystusy frasobliwe”, dumające w kapliczkach przydrożnych nad nędzą grzesznego ludu, Matki Bolesne z ciałem Synaczka na kolanach, pełne naiwnego, wstrząsającego do głębi wyrazu, wywołanego najprostszemi środkami przez ubogiego duchem artystę.

Wycinanki, z powtarzającym się ulubionym motywem „leluji”, fantastycznego drzewka, z wplecionemi między gałązki postaciami „panny” i „ptaszków”. W jednej z chat w Myszyńcu Starym widzieliśmy przepysznie stylizowane pawie i brykę w parę koni, bardzo żywych w ruchu, potraktowanych z prymitywnym naturalizmem, dziwnie przypominającym rysunki na wazach staro-greckich.

Strój dzisiejszej kurpianki jest pełen surowej nieco prostoty. Ciemna, mieniąca się spódnica z samodziału, tkanego z wełny w dwóch kolorach, np. zielony z granatowym, bronzowy z ponsowym, długa po pięty, zszyta z pięciu brytów, ułożonych w głębokie fałdy, które się utrzymuje w stałem zaprasowaniu przez umiejętne złożenie, a przed schowaniem do skrzyni. Kaftanik luźny o krótkim stanie, też najczęściej ciemny. Tę surową nieco i jednostajną w kolorycie sylwetkę kurpianki, podobną kształtem do dzwonu, cicho, miękkiemi, choć szybkiemi ruchami płynącego po piasku, ożywia jasna, najczęściej żółta lub kremowa perkalowa chusteczka, którą się naprzód według pewnej metody wiąże w powietrzu w rodzaj czółka z wywiniętymi na tyle głowy rogami, a potem dopiero nakłada. Z pod chusteczki, jednakowo zawiązanej u panien i u mężatek, spływają na plecy dwa, obowiązkowo dwa warkocze, przy święcie związane jaskrawemi kokardami wstążek.

Zamożniejsze kurpianki wkładają do kościoła albo na wesele ciężkie naszyjniki z bursztynów, przezroczystych i ciemnych jak miód leśny. Zazwyczaj jest to jeden sznur, zaczynający się od drobnych kuleczek, wielkości grochu, kończący na bryłach, soczewkowato spłaszczonych, a tak dużych, jak leśne jabłuszka, albo koci łeb.

Są to pamiątki po babkach i po „prajbabkach”, jak się mówi po kurpiowsku, troskliwie przechowywane po skrzyniach zabytki tych czasów, gdy jednem z najbardziej dochodowych zajęć kurpia było kopanie bursztynu. 

Prześliczny jest strój druchny, który należałoby wyzyskać na naszych, tak ubogich w pomysły balach kostiumowych i reprezentacyjnych. Koszula z długiemi rękawami, zapięta pod szyję, z kołnierzykiem w drobniutkie gwiazdki haftowanym, gorset z ciemnej materji, lamowanej barwny, jedwabiem, na szwach złotem wyszyty, nie sznurowany, ale zapinany na kolorowe guziczki, z rozcinanemi, sięgającemi aż za biodra połami, spódnica czerwona w prążki, takiż fartuszek, a na głowie charakterystyczne czółko: wysoki, aksamitny kołpaczek bez denka, z przypiętym z boku bukietem sztucznych błękitnych kwiatów. Strój wykwintny, nie banalny i tak mało u nas znany, że widuje się go tylko po gablotach muzeów.

Zdaje się, że i na Kurpiach przejdzie on rychło do przeszłości. Wprawdzie kurpianka przechowuje go skrzętnie, pokazuje z dumą, ale rzadko go przywdziewa. Jeżeli wzdraga się go sprzedać ciekawemu przybyszowi z miasta, to poprostu dlatego, że wstrzymuje ją czysto kobieca troska: - A może jeszcze wróci taka moda?

I z pewnym sentymentem chowa wydobyty na światło odświętny strój do ciemnej komory, tak jakbyśmy chowały do szafy, woniejącej paczulą, krynolinę po prababce. I ta sama mgła rozrzewnienia i zadumy przesłania bystre oczy dziecka puszczy, co blade, zopalizowane od sztucznych świateł źrenice córki salonu.

Stefania Podhorska-Okołów

________________

Źródło: S. Podhorska-Okołów, W krainie bursztynu, „Kurier Warszawski” 1926, nr 228 (20 sierpnia), s. 7-8



Przypisy:

[1] A. Kowalczyk, Moda w wybranych czasopismach Towarzystwa Wydawniczego "Bluszcz" z lat 1921-1939, „Rocznik Historii Prasy Polskiej” 2005, t. 8, nr 1 (15), s. 67.
[2] A. Chętnik, Ostatni Kurpie, „Pamiętnik Warszawski” 1929, z. 4, s. 85.
[3] Nieco wiadomości o Muzeum Kurpiowsko-Nadnarwiańskiem w Nowogrodzie pod Łomżą, Łomża 1933.
[4] A. Chętnik, op. cit., s. 70.
[5] Ibidem, s. 85.

Autor: Łukasz Gut

wtorek, 6 sierpnia 2019

„Wspaniały lud – te Kurpie”! Reportaż z czerwca 1939 roku

Wrzesień 1939 roku to według słów jednego z historyków narodowa epopeja i największa tragedia w dziejach ojczystych[1]. Zanim jednak doszło do tragedii, zanim żołnierze polscy starali się wykonać niewykonalny obowiązek – obronę Polski[2], trwała już jedna kampania, toczona zaciekle przez wszystkie strony biorące udział w konflikcie: kampania propagandowa. Również Kurpie w ostatnich miesiącach pokoju stali się wdzięcznym tematem przedwrześniowej publicystyki.

Mieszkańcy miejscowości graniczących z Prusami Wschodnimi szczególnie, jak się wydaje, przeżywali narastającą atmosferę zbliżającej się wojny. Publicyści zgodnie zapewniali, że Kurpie to lud, na którym propaganda niemiecka nic wskórać nie zdołała[3]. Mimo takiego punktu widzenia, nie rezygnowano z oddziaływania na ludność z okolic Myszyńca, a także na czytelników z Warszawy czy Poznania, zapewnianych o bojowych nastrojach na pograniczu. Sięgano do przeszłości Kurpiów, by zilustrować ich patriotyzm i stawiano w szeregu z góralami podhalańskimi, jako wyróżniającymi się odłamami ludu spośród szarej masy chłopów[4].

(Kurpie przed wozem propagandowym Polskiego Radia. Źródło: "Antena" 1939, nr 25)
Rzeczywiście, biedny lud z ostrołęckiego okazywał patriotyzm już przed wojną. 29 czerwca 1939 r. w Myszyńcu odbyła się uroczystość przekazania armii ufundowanych przez mieszkańców trzech ręcznych karabinów maszynowych. O tym wydarzeniu szeroko rozpisywała się prasa, a Polskie Radio przeprowadzało relację, której można było posłuchać w całej Polsce.

Poniżej prezentuję reportaż z „Kuriera Warszawskiego”, w którym dziennikarz o inicjałach „H. K.” starał się przedstawić ówczesne nastroje, twierdząc, że wśród Kurpiów powszechnie panowały optymizm i pewność siebie. Poniższy tekst to świadectwo czasu, kiedy hasła zagrzewające do walki stały się elementem propagandy państwowej, by przypomnieć tylko najsłynniejsze: „Silni – zwarci – gotowi”. Często później krytykowane, miały w zamyśle doprowadzić do konsolidacji społeczeństwa polskiego u progu wojny, co właściwie się udało, choć klęska odwróciła radykalnie te nastroje[5].

Warto na koniec dodać, że jakkolwiek krytycznie nie patrzymy na ówczesne działania propagandowe sanacyjnego obozu rządzącego, to przecież nie były one zawieszone w próżni. Stanowiły próbę odparcia dla wrogiej propagandy późniejszych najeźdźców. Według jednego z badaczy, przedwojenne polsko-niemieckie zmagania propagandowe Rzeczpospolita przegrała[6]. To uwaga, o jakiej warto pamiętać, wszak generalicja, a przynajmniej jej część w 1939 r. nie żywiła złudzeń co do wyniku przyszłej wojny, jeśli Polska będzie walczyła w osamotnieniu[7]. Mimo to podjęto walkę.

Walkę propagandową podjęto wcześniej, a Kurpie, jak twierdził autor reportażu, kogo jak kogo, ale Niemca się nie bali.

_______________________


Wspaniały lud – te Kurpie

(Od specjalnego wysłannika „Kurjera Warsz.”)

Myszyniec, w czerwcu


Do ziemi Kurpiów, zamieszkałych tuż nad granicą wschodnio – pruską zawitał pewnego dnia samochód propagandowy Polskiego Radia.

Wielki wóz z instalacją elektro-akustyczną, z czterema głośnikami kierunkowymi o takiej sile, że głos ich dociera na 3 do 6 kilometrów. Te samochody radiowe (a jest ich trzy) krążą już po Polsce od dziewięciu miesięcy, przemierzyły blisko 20 tysięcy kilometrów, odwiedziły około 3 tysięcy miejscowości. Nadawały i nadają muzykę, śpiew, aktualne pogadanki z dziedziny obrony Państwa. Myślę, że w każdym małym miasteczku, w każdej wsi, choćby przy uczęszczanych szlakach położonej – wywoływały te wozy niemałą sensację, były „wydarzeniem” dnia, a potem – tematem rozmów na dobry tydzień. Cóż mówić o kurpiowskich stronach?

Te kurpiowskie strony, z Myszyńcem jako centrum, rozłożyły się wprawdzie tuż przy województwie warszawskim, wprawdzie stąd do Warszawy niedaleko, ale nikt tu niemal z tej wielkiej tajemniczej dla Kurpiów stolicy nie zagląda, mało kto się tym – nie waham się tak powiedzieć – wspaniałym ludem  nie interesuje. Dobrze więc się stało, że nie zapomniało o Kurpiach Polskie Radio.

("Kurpiowie przy mikrofonie" głos podpis powyższej fotografii. Źródło: "Radio dla Wszystkich" 1939, nr 28)
W ich dniu uroczystym, gdy Kurpie ofiarowały wojsku trzy karabiny maszynowe, samochód radiowy napełnił miasteczko dziarską muzyką i piosenkami wojskowymi, żywym słowem, co im mówiło o Polsce, o żołnierzu, o niepodległości, która takiej jest ceny, że przy niej wszystko inne nijakiej nie ma wartości.

Kurpie, gdy się rozlegała skoczna poleczka, przytuptywali i w uśmiechu szczerzyli zęby do swych kraśnych towarzyszek; gdy im mówiono o Ojczyźnie, o Bałtyku, o Niemcu, o tym, że ani grudki ziemi nie oddamy – słuchali uważnie i przytakiwali z powagą. Nie otwierali gęb w zadziwieniu, bo oni to wszystko dokumentnie rozumieją, bo ta Ojczyzna i ta wolność płynie im we krwi.

Kurp i wolność! Ten lud nigdy nie dźwigał jarzma pańszczyzny, ale zawsze żył swobodnie w swoich ongiś nieprzebytych puszczach. Gdy Szwed, co przed trzystu laty potopem zalał całą Rzeczpospolitą, w te się strony nieopatrznie zawieruszył, Kurpie prały najeźdźcę, aż zielone poszycie lasów poczerwieniało od krwi. Gdy w sto lat później zaczęli tu grasować Sasi, co chcieli wprowadzić Augusta Mocnego, i Szwedzi, co popierali Leszczyńskiego, Kurpie prały jednych i drugich. Oni tam nie wiedzieli, kto ma rację; wiedzieli jedno: ta ziemia jest polska, nie saska i nie szwedzka.

Tradycja ludu wolnego i bitnego nie zamarła wśród Kurpiów, mimo biedy i przeciwności losu; odwaga, rezolutność, fantazja w nich taka, że nie oni na panów z Warszawy, ale panowie z Warszawy na nich patrzą z zadziwieniem i niemal z otwartymi ustami... Tu chłop, co ma pięć mórg marnej ziemi, kupę dzieciaków i jedną krowę, co konia wypożycza do orki i na żniwa, jednym słowem: chłop boleśnie ubogi nie chce wziąć od ciebie papierosa. „Mom swoje!” – mówi. Tu chłopak piętnastoletni, co poza okoliczne wioski i to nędzne miasteczko nie wyjrzał, nie ucieka i gęby ze strachu nie rozwiera, gdy go zagabniesz, ale ci rezolutnie odpowiada i jeszcze sam zapyta: Jak się tam zyje w Warszawie?

A jak oni tańczą!

Małe, sześcio, ośmioletnie „pluskieweczki”, w barwnych strojach, jak kwiatuszki polne, młode, dorodne dziewczyny i dziarskie chłopaki pokazały nam, co to jest fantazja ludu polskiego. Patrzyli się na nich liczni goście z Warszawy, a one i oni bez żadnej tremy, z zachwycającym wdziękiem i lekkością, to znów z temperamentem, że aż się ściany trzęsły, tańczyli swoje „powolniaki”, „olendry”, „stare baby”, „zajączki”. Gdzież zawodowym tancerzom i tancerkom do nich!

Ks. Kłoskowski, przyjaciel i opiekun młodzieży kurpiowskiej, aż ręce zacierał z zadowolenia, a nam się oczy śmiały i ręce puchły od klaskania.

A wojna, a Niemce? Kurp, co nad granicą siedzi, jest przekonany, że wojny nie będzie.
– I ja tak myślę, gospodarzu, ale powiedzcie mi, dlaczego wojny nie będzie?
– A bo to one – i szeroki gest ku Prusom Wschodnim – się odwazą przyńść do nas? Niechby psysły...

U Kurpia to nie są przechwałki. Kurp się nikogo nie boi, a zwłaszcza Niemca. Jak to zwykle wśród ludu nadgranicznego, w dodatku wśród ludu tak ubogiego, znajdą się tacy, co się trudnią przemytem. Ma z tym kłopot nie tylko nasza straż graniczna, ale i niemiecka. Pewnego dnia postrzelili Niemcy Kurpia-przemytnika i rannego zabrali w głąb Prus, aż do Szczytna. Ze trzydzieści kilometrów od granicy. Tejże nocy czterech kompanów pojmanego przekradło się do Niemców, do Szczytna powędrowało, rannego wykradło i z powrotem do wsi rodzinnej, przez las zaniosło. Historia jak z awanturniczego romansu, a jednak prawdziwa.

– Tępimy przemytnictwo bezwzględnie – mówi mi oficer straży granicznej – ale przecież muszę powiedzieć: To fajne chłopaki!

Dobrze jest, że taki to właśnie lud, te „fajne chłopaki” zamieszkały nad pruską granicą.

H. K.

________________

Źródło: H. K., Wspaniały lud – te Kurpie, „Kurier Warszawski” 1939, nr 186 (wyd. wieczorne), s. 6.


Przypisy:
[1] P. Wieczorkiewicz, Rozważania o kampanii 1939 roku, [w:] Polski wiek XX. II wojna światowa, red. K. Persak, P. Machcewicz, Warszawa 2010, s. 9.
[2] T. Kutrzeba, Wojna bez walnej bitwy, Warszawa 1998, s. 5.
[3] T. Morawski, Z Radiem Polskim na „Kurpsie”. W krainie kolorów i dzieci, „ABC” 1939, nr 188, s. 5.
[4] W. Szumański, Rozważania „wojenne”, „Gazeta Robotnicza” 1939, nr 170, s. 6.
[5] P. Cichoracki, Konsolidacja społeczeństwa polskiego w obliczu wojny (marzec–wrzesień 1939 r.), [w:] Kampania polska 1939 r. Polityka – społeczeństwo – kultura, red. M. P. Deszczyński, T. Pawłowski, T. 2, Warszawa 2014, s. 72.
[6] G. Łukomski, Propaganda polska u progu II wojny światowej, [w:] Kampania polska 1939 r. Polityka – społeczeństwo – kultura, red. M. P. Deszczyński, T. Pawłowski, T. 2, Warszawa 2014, s. 171.
[7] Przekonuje o tym lektura chociażby Studium planu strategicznego Polski przeciw Niemcom Tadeusza Kutrzeby i Stefana Mossora.


Autor: Łukasz Gut

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Echa Katynia w Ostrołęce i okolicach

5 marca 1940 roku Biuro Polityczne KC WKP(b) postanowiło sprawy 22 tys. polskich jeńców znajdujących się w sowieckiej niewoli rozpatrzeć w trybie nadzwyczajnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelania. Na przełomie kwietnia i maja 1940 r. po starannym przygotowaniu się do operacji likwidacji „elementu polskiego”, NKWD rozpoczęło wykonywanie wyroku, który oddaje jedno słowo: Katyń. Katyń jako miejsce zbrodni i symbol kłamstwa dotknął również mieszkańców Ostrołęki i okolic.

(Fragment niemieckiego plakatu propagandowy z 1944 roku)
Zbrodnia katyńska wymierzona w kwiat polskiej inteligencji, otoczona była natychmiast kłamstwem na niespotykaną skalę. Przypomnijmy, że sam Stalin w 1941 r. w rozmowach z gen. Władysławem Sikorskim na temat „zaginionych” jeńców, odpowiadał, że być może niektórzy z nich (…) dokądś uciekli, na przykład do Mandżurii[1]. Stanowiska Stalina i ZSRS nie zmieniło odkrycie przez Niemców grobów zabitych polskich oficerów, urzędników, ziemian, policjantów, wywiadowców, żandarmów, osadników, pracowników służby więziennej. W kwietniu 1943 r. w związku z pogarszającą się sytuacją militarną Wehrmachtu, sprawa Katynia stała się orężem propagandy niemieckiej, dzięki któremu w Berlinie chciano dokonać rozłamu w koalicji antyhitlerowskiej. Ponadto, odkrycie masowych grobów miało służyć na użytek wewnętrzny III Rzeszy. Jak pisał 17 kwietnia 1943 r. Joseph Goebbels, Zdjęcia z Katynia zamieszczam teraz również w wydaniu krajowym [kroniki filmowej – przyp. Ł. G.]. Niemiecki naród powinien zobaczyć, czym jest bolszewizm, nawet jeśli oglądanie tego rodzaju zdjęć nie należy do przyjemności[2].

(„Nowiny. Gazeta ścienna dla polskiej wsi”, 1943, nr 59.)
W PRL kłamstwo katyńskie jako oficjalny państwowy dogmat trwało do 1989 roku. Jakie znajdujemy ostrołęckie „echa” w tragicznej opowieści o Katyniu?

Ostrołęckie ofiary Katynia

Jak zaznaczono wyżej, o czym warto pamiętać, w Katyniu, Charkowie i Kalininie (obecnie Twer) zamordowano nie tylko oficerów, ale też policjantów, ziemian, czy urzędników. Wśród prawie 22 tys. ofiar znalazły się osoby związane z Ostrołęką i okolicami.W Katyniu zostali zamordowani m. in.:
· podpułkownik Jan Certowicz – lekarz 5 Pułku Ułanów Zasławskich, profesor higieny w Gimnazjum w Ostrołęce
· pułkownik Władysław Kaliszek – dowódca 12-go Dywizjonu Artylerii Konnej stacjonującej w Ostrołęce
· major Kazimierz Mikołajewski – oficer 5 Pułku Ułanów Zasławskich, potem dowódca kawalerii Dywizyjnej 7-ej Dywizji Piechoty
· pułkownik Tadeusz Korniłowicz – oficer 1 Pułku Ułanów Legionów w Ostrołęce, uczestnik tajnego zjazdu oficerów legionowych zoganizowanego w Ostrołęce, w celu uniezależnienia się od zwierzchnictwa niemieckiego. Miał za żonę córkę Henryka Sienkiewicza
· rotmistrz Zygmunt Julian Dobrowolski – oficer 5 Pułku Ułanów Zasławskich
· rotmistrz Witold Rajski – oficer 5 Pułku Ułanów Zasławskich
· Józef Dobkowski – profesor Gimnazjum w Ostrołęce
· podporucznik Bolesław Madrak – urodzony w Lipnikach, gm. Łyse
· kapitan Zygmunt Aleksander Gacki – urodzony w 1907 roku w Ostrołęce. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, doktor farmacji
· porucznik. Franciszek Sobiewski – urodzony w 1908 roku w Ostrołęce. Absolwent Gimnazjum im. St. Leszczyńskiego w Ostrołęce
· Henryk Chrostowski – rolnik z Dębów, dostał się do niewoli sowieckiej, uwięziony w Starobielsku

Powyższa lista jest niepełna, ale obrazuje wyraźnie, że regionu Ostrołęki i okolic zbrodnia katyńska nie ominęła[3].

Kłamstwo katyńskie i powiat ostrołęcki

W pierwszym numerze czasopisma „Zeszyty Katyńskie”, wydawanego od 1990 roku napisano: Kłamstwo o Katyniu było w naszym kraju elementem ustroju, sytuacji geopolitycznej i fragmentem panującego światopoglądu. Lektura PRL-owskiej prasy potwierdza to dobitnie. „Życie Warszawy” pisało w 1952 r. o „miażdżącej prawdzie” dla hitlerowskich morderców z Katynia i dla ich amerykańskich protektorów i naśladowców[4], czy o tym, że mordując w lesie katyńskim Polaków, niemieccy najeźdźcy faszystowscy konsekwentnie realizowali swoją politykę eksterminacji narodów słowiańskich[5].

(Tytuł jednego z artykułów z "Życia Warszawy", 1952, nr 55)
Rok 1952. W Sprawozdaniu miesięcznym Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Ostrołęce czytamy m.in.: Biorąc pod uwagę to, że do 39 r. na terenie tutejszym nie było organizacji lewicowych, natomiast silnie działały organizacje endeckie i sanacyjne, w okresie okupacji silnie działało AK, a po wyzwoleniu WiN i NZW, oraz bandy […] ludność obecnie jest w dużym stopniu zacofana, znajduje się pod wpływem wrogiej propagandy, elementów wrogich, kułackich, kleru itp[6].

Tak scharakteryzowana ludność powiatu ostrołęckiego, znajdująca się zdaniem urzędników pod wpływem „elementów wrogich”, żywo interesowała się sprawą Katynia. To zainteresowanie było najprawdopodobniej związane z akcją propagandową, która w 1952 r. przetoczyła się przez oficjalną prasę, tradycyjnie już oskarżającą III Rzeszę o dokonanie zbrodni katyńskiej. W dziejach kłamstwa katyńskiego był to rok szczególny. Wówczas amerykańska Izba Reprezentantów powołała Specjalną Komisję ds. Zbadania Mordu w Lesie Katyńskim, czyli tzw. Komisję Maddena, pracującą pod kierunkiem kongresmana Raya Maddena. Komisja ta opublikowała raport, w którym stwierdzono, że bezspornie odpowiedzialność za śmierć polskich jeńców w 1940 roku ponosi Związek Sowiecki. W odpowiedzi na działalność komisji Maddena, po sowieckiej stronie Żelaznej Kurtyny doszło do największej w historii akcji propagandowej kłamstwa katyńskiego. W ZSRS, a szczególnie w „Polsce Ludowej” całe numery gazet poświęcano rzekomej niemieckiej winie, co więcej, wydano nawet książkę Bolesława Wójcickiego pt. Prawda o Katyniu[7].

Na tym tle łatwiej zrozumieć, skąd zainteresowanie mieszkańców powiatu ostrołęckiego tematyką katyńską akurat w 1952 roku. Propaganda robiła swoje, ale sprawozdanie PUBP nie wystawiało, chcąc nie chcąc, dobrej oceny dla skuteczności działań owej propagandy. W okresie sprawozdawczym, w/z z omawianą w prasie sprawą Katynia, ludność dużo o tym mówiła […] prawie wszystka ludność, szczególnie wiejska jest zdania, że dokonał tego Związek Radziecki. Propaganda ta pogłębia wrogi stosunek do Związku Radzieckiego – notował sprawozdawca. Jan Mirończuk twierdził, że tak wyraźne stanowisko okolicznej ludności wobec zbrodni katyńskiej można wiązać z postawą duchowieństwa powiatu ostrołęckiego i jego wpływem na mieszkańców[8].

Prawda o Katyniu mogła być w latach 1945-1989 głoszona jedynie w oparciu o działania nielegalne, w tym nielegalne organizacje. Jedną z takich organizacji było młodzieżowe Zjednoczone Stronnictwo Narodowe (ZSN), działające na terenie szkoły mechanicznej w Ostrołęce. ZSN w 1951 r. wydało i rozplakatowało w Ostrołęce ulotkę dotyczącą zbrodni katyńskiej[9]. Rok później w okolicy Ostrołęki, np. w miejscowości Rozwory w gm. Rzekuń rozpowszechniano również ulotki, w których informowano o sowieckim sprawstwie w zbrodni.

Pamięć o Katyniu

Trafnie pisał prof. Adam Dobroński o tym, że dla pokoleń Polaków Katyń pozostanie z pewnością na zawsze symbolem symbolem zakłamania władz PRL, tych centralnych, ale również wojewódzkich oraz powiatowych, powtarzających formułki przesyłane z Warszawy[10]. Skrupulatne badania skupione na temacie „Ostrołęka a kłamstwo katyńskie” mogłyby prawdopodobnie dać nam co najmniej kilka przykładów o powtarzaniu przez władze powiatowe formułek przesyłanych z Warszawy.

Warto sobie uświadomić, że pamięć o zbrodni katyńskiej przechowywali mieszkańcy, wśród których należy wspomnieć o Henryku Witkowskim, współzałożycielu i byłym prezesie ostrołęckiego oddziału Związku Sybiraków, który kolekcjonował bezcenne pamiątki o swoim ojcu, Antonim Wacławie Witkowskim, kapitanie WP, zamordowanym w Charkowie[11].

Dopiero po 1989 roku prawda o Katyniu zyskała aprobatę władz państwowych. Na szczeblu lokalnym o upamiętnienie ofiar Katynia upominał się Kościół. 5 kwietnia 1990 roku w ostrołęckim kościele farnym odbyła się uroczysta Msza św. w intencji ofiar, a w Domu Parafialnym otwarto wystawę „Zginęli w Katyniu”, zorganizowaną przez Zarząd Wojewódzki Stowarzyszenia PAX[12]. W 2020 roku w 80. rocznicę zbrodni otwarto wystawę poświęconą ofiarom zbrodni katyńskiej związanym z Ostrołęką i powiatem. Wystawę przygotowała Fundacja Splot Pamięci przy wsparciu finansowym powiatu[13].

Pamięć o zbrodni katyńskiej powinna być kultywowana w Ostrołęce i okolicach, a niniejszy artykuł jest skromną cegiełką, która – mam nadzieję – wpisuje się w dzieło upamiętnienia ofiar.


Przypisy:
[1] N. S. Lebiediewa, 60 lat fałszowania i zatajania historii zbrodni katyńskiej, „Zeszyty Katyńskie” 2000, nr 12, s. 104.
[2] J. Goebbels, Dzienniki, T. 3: 1943-1945, Warszawa 2014.
[3] Więcej nazwisk ludzi związanych z Ostrołęką, zamordowanych w Katyniu zob. J. Dziewirski, Katyń oskarża, „Zeszyty Naukowe OTN” 1993, t. 7, s. 314-317.; J. Karczewski, Katyń, Charków, Miednoje – miejsca, które spłynęły polską krwią, epowiatostrolecki.pl [dostęp: 5 marca 2021]
[4] „Życie Warszawy”, 1952, nr 59, s. 3.
[5] „Życie Warszawy, 1952, nr 55, s. 7.
[6] J. Mirończuk, Działania władz komunistycznych wobec Kościoła katolickiego w pow. ostrołęckim w latach 1945-1956, [w:] Powiat Ostrołęka. Materiały z sesji naukowej Powiat Ostrołęka w pierwszej dekadzie rządów komunistycznych zorganizowanej 23 października 2008 r. przez Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie i prezydenta Ostrołęki, Warszawa 2009, s. 462.
[7] W. Wasilewski, Ludobójstwo. Kłamstwo i walka o prawdę. Sprawa Katynia 1940-2014, Łomianki 2014, s. 16.
[8] J. Mirończuk, Działania…, s. 463.
[9] T. Łabuszewski, Działania operacyjne PUBP w Ostrołęce w latach 1945-1955 (wybrane aspekty), [w:] Powiat Ostrołęka…, s. 338, przyp. 245.
[10] A. Dobroński, Symbole wojny, „Zeszyty Naukowe OTN” 1995, t. 9, s. 70.
[11] B. Modzelewska, Wzruszający, wstrząsający, poruszający,
„Tygodnik Ostrołęcki”, 07.10.2007.
[12] C. Parzych, Sytuacja i działalność Kościoła rzymskokatolickiego w Ostrołęce w latach 1945-1990 (wybrane fakty i problemy), „Zeszyty Naukowe OTN” 1990, t. 4, s. 116.
[13] Jeszcze rosną drzewa, które to widziały. Zapraszamy do obejrzenia wystawy, powiatostrolecki.pl [dostęp: 05.03.2021]

Autor: Łukasz Gut